Harcmistrz Mariusz Dopierała - bydgoski wkład w historię ZHP i ZHR (4)

Jan Pacyno · 2016-11-06 14:19
Tę opowieść przedstawiam w kilku odcinkach. Po części ,,białej” nastąpi część w ciemniejszym kolorze.

Mariusz ułożył sobie w marcu 1983 roku, jak będzie przebiegał atak na niego. Po pierwsze, chorągiew lub hufiec zażąda zwrotu sprzętu. Z tym zresztą był niezły bałagan, podobnie jak z polityką kadrową. Po pierwsze, nie wiedziano, co trzeba zwrócić, po drugie, gdzie, co jest!!! Potem, w wyniku rozliczeń sprzętowych, posądzą Mariusza o defraudację, a za karę zawieszą w uprawnieniach instruktorskich. To w praktyce oznaczało zakaz prowadzenia drużyny oraz obozów, niejako administracyjny zgon 19 PDHL. No ale wybory do Rady Hufca były wygrane i funkcja szefa komisji rewizyjnej została obsadzona przez swojego. Z czasem uzyskano spis rzeczy, które trzeba zwrócić... no i znaleziono miejsca skąd to pozyskać! Sprawa wydawała się rozwiązana.

Jednak Mariusz był zdesperowany, chciał sprzęt zatrzymać… legalnie lub nie. Po prostu, nakazała mu to powinność instruktorska. Obóz letni jest w harcerstwie ukoronowaniem całorocznej pracy. Obozy 19 PDHL były bardzo wymagającym sprawdzianem umiejętności, niektórzy uczestnicy nie wytrzymywali i byli pod opieką rodziców odsyłani do domów. Był to naturalny odsiew. Dopiero co najmniej jeden przeżyty obóz konstytuował dziewiętnastaka. Mariusz nie chciał odpuścić. Było wiadomo, że zwróconego sprzętu już nie odzyska!

Sama akcja ,,kompletowania” sprzętu przebiegła łagodnie. Otóż czerwone harcerstwo… w swych nylonowych chusteczkach (19 PDHL nosiła zupełnie innego kroju chusty, co widać na zdjęciach) to delikatnie mówiąc wielki bałagan. Czerwone ZHP nie miało pojęcia, czym dysponuje i zbytnio nie dbało o swój stan posiadania.

Poprzez swojego znajomego, Mariusz załatwił samochód. Bodajże żuka z plandeką. Na budzie zawsze była folia budowlana lub coś w tym rodzaju, a pod nią puste miejsce. Samochód z kolegą jechał np. do składnicy sprzętu hufca bydgoskiego w Półku. Był kierowca oraz dwóch 13-16-latków. Mieli dokumenty, że w składnicy znajduje się, dajmy na to, 26 łóżek składanych typu kanadyjka (typ łóżka polowego) 19-nastki. Miejscowy kwatermistrz patrzył na nich przez chwilę, pytał, czy dadzą radę i odchodził. Wtedy oni ładowali owe 26 kanadyjek plus, powiedzmy, 14, a conto ,,strat moralnych”, pod folię. Kwatermistrz w ogóle nie zwracał na nich uwagi. Po prostu nie mieściło mu się w głowie, że ci niewinnie wyglądający chłopcy, prawie jeszcze dzieci, mogą coś takiego robić. Ale jego psim obowiązkiem było sprzęt pobrany policzyć.

Najzabawniejsze było to, że za każdym razem oglądał magazyn i oceniał, że wszystko jest OK, no to: Czuwaj i w drogę druhowie! Ktoś powie, że młodzi byli wtedy zmanipulowani. Nie! Oni sami rwali się do tego, aby sprzęt nielegalnie zachować.

Sprzęt skompletowano szybko. Wydzielono też artykuły, które będą potrzebne do wtedy jeszcze potencjalnego zdania. Mariusz zarządził poczwórne sprawdzanie. Musiało się zgadzać.

W maju zrodziła się inicjatywa zorganizowania imprezy przedobozowej pod nazwą Wielka Włóczęga. Pojechali na nie harcerze i harcerki, którzy mieli wziąć udział w obozie ,,gdzieś, lecz jeszcze nie wiadomo gdzie” – jak brzmiał początek ,,Pszczółki Mai”.

Czasu na zorganizowanie obozu w trybie zwykłym już nie było. Miała to być improwizacja!!! Nadal Mariusz nie wiedział, czy obóz się odbędzie i gdzie. Skompletowano pod kątem obozu dwa zastępy męskie i jeden żeński. W sumie 18 osób, co do których była pewność, że w rzemiośle harcerskim są biegli. Ponadto Mariusz znał większość ich rodziców i wiedział, że w razie kłopotów można na nich liczyć. A zakładał, że trzeba być przygotowanym na każdy rozwój wypadków.

W końcówce czerwca, tak jak już w marcu przewidywano, hm Mariusz Dopierała został, chyba przez Komendę Chorągwi, zawieszony w prawach instruktora. Powód – nierozliczenie pobranego sprzętu. Wcale się tym nie przejął. Hufiec został przecież obsadzony przez środowisko postkihamowskie. Mariusz był członkiem władz hufca i to hufiec był władny go odwieszać. Odpowiednia komisja hufcowa ,,rozkaz- wyrok” dh G. anulowała i zarządziła komisyjne zdanie sprzętu. Wszystko było dograne i sprzęt w odpowiedniej liczbie Mariusz zabezpieczył. Inwentaryzacja przebiegała sprawnie. Skład komisji przejmującej sprzęt był chyba czteroosobowy. Jedynym ,,niedopasowanym” był dh ,,Senior Wargas” i to jego zachowanie wzbudziło zaniepokojenie. Szukał czegoś… Mariusz uznał, że wiedział, czego. Ale formalnie wynik był pozytywny. Hm Dopierała oficjalnie sprzęt w całości zdał i… powód zawieszenia stracił moc!

W tym czasie nadeszła informacja, że jest miejsce na obóz w Czarnym Dunajcu na Podhalu. Ale były jeszcze inne problemy logistyczne do przeskoczenia.

Po pierwsze, Mariusz musiał zebrać pieniądze. A tych nie można było już pozyskać w sposób tradycyjny dla tamtych czasów (karta kolonijna i zakład pracy przelewa gotówkę). Nie było na to czasu. Ale ówczesną dziewiętnastkę tworzyły w większości dzieci robotnicze ze Szwederowa. Chwała ich rodzicom, bo wysupłali potrzebne pieniądze, i to w czasie, gdy na nic nie starczało. To jednak, paradoksalnie, stworzyło nowy kłopot. Normalnie wydatki na obóz rozliczane były za pośrednictwem konta. W tym przypadku trzeba było jakoś przechować znaczną kwotę.

Po drugie, Mariusz nie mógł legalnie wystąpić o transport (a potrzebny do przewiezienia sprzętu był samochód ciężarowy). Dlaczego nie mógł? Bo wówczas musiałaby zostać wystawiona faktura na szczep i każdy głupi, widząc taką fakturę, odkryłby, że Mariusz jakiś sprzęt posiada!!! I ten problem został rozwiązany po dziewiętnastacku :) Po prostu postanowiono ów sprzęt przewieźć przez całą Polską... stopem (m.in. kilka namiotów 10-osobowych w całości z brezentu, sprzęt biwakowy i 26 ,,kanadyjek”!!!) .

Gdy Mariusz otrzymał sygnał z południa, że ma miejsce, nie spodziewał się, iż to nie koniec, lecz początek kłopotów. Ich przedsmakiem było żądanie dysponenta miejsca w Czarnym Dunajcu, aby druhów było co najmniej 24, czyli drużyna, a on ich miał 19,

W akcie determinacji postanowił sięgnąć po najmłodszych. Same zuchy nie były tragedią, ale Mariusz nie znał ich rodziców. A na spotkaniu z nimi okazało się, że jedna z matek nie rozumiała kompletnie, o co chodzi i w czym jej pociecha weźmie udział. W każdym razie Mariusz dał słowo honoru, że zuchy całe i zdrowe wrócą zgodnie z terminarzem (nie wiedział wtedy, jak te słowa były ważne).

Dh Dopierała był coraz bardziej przekonany, że ktoś sypie, a panie z KPH go w tych obawach utwierdziły (w tym czasie KPH stanowiło jakieś 10 osób, w większości nie byli to rodzice druhów z 19 PDHL). Najpierw sądzono, że któryś z harcerzy opowiada coś w domu i jego rodzice przekazują to dalej. Ta koncepcja szybko upadła, bo uczestniczący w naradzie pan Tadeusz powiedział: ,,Mariusz, gdyby tak było, to dawno już byś siedział albo w domu wariatów, albo w więzieniu”. I to była prawda! Istniał nawet plan, że gdy sytuacja będzie tego wymagać, Mariusz zostanie pacjentem pewnego doktora, który pomagał „spalonym” ludziom „Solidarności” (potem psychiatryk, a w razie procesu niepoczytalność, czyli niemożność odbycia kary więzienia). Wbrew utartej później legendzie Mariusz umiał przewidywać. Ale kto sypał? Jeden ,,kanał” to był wspominany wielokrotnie tajemniczy pozabydgoski podharcmistrz. Czy był ktoś jeszcze?

Nad obozem w Czarnym Dunajcu od początku wisiało jakieś fatum. Najpierw problemy z lokalizacją. Potem ze znalezieniem instruktora, który odprowadziłby grupę na miejsce. Z trzech pierwszych kandydatów wszyscy odmówili. W końcu grupę zdecydował się dowieźć na miejsce wspominany we wcześniejszych częściach Piotr Grądziel.

Grupa dotarła bezpiecznie, jednak błyskawicznie popadła w konflikt z komendantem miejsca. Był on emerytowanym oficerem LWP, zapewne pionu wychowawczego. Otóż dwa dni po przybyciu grupy wypadało chyba najważniejsze święto Polski Ludowej – 22 lipca. Całe zgrupowanie miało wziąć udział w defiladzie. Dziewiętnastacy tego zrobić nie mieli ochoty. Najstarszy rangą harcerz tak długo robił przegląd umundurowania, aż... zgrupowanie wróciło z defilady. Kości zostały rzucone.

Na dodatek operacja przerzutu z Bydgoszczy do Czarnego Dunajca sprzętu autostopem, zaplanowana na 24- 36 godzin, trwała już trzecią dobę. 22 lipca w ówczesnej Polsce nic nie działało. W końcu 24 lipca Mariusz zdecydował się spod Wadowic dowieźć sprzęt ciężarową taksówką.

Pierwsze 10 dni obozu miały przebiegać w towarzystwie zuchów. Był to spokojny czas. Normalna praca harcerska. Ponieważ Mariusz nie dysponował kontem do dokonywania rozliczeń, ustalił z kwatermistrzem zgrupowania, że wszelkie koszty będą pokrywane codziennie w gotówce. Kwatermistrz wyraził na to zgodę.

Gdy zbliżała się pora powrotu zuchów do Bydgoszczy, komendant zgrupowania pod jakimś durnym pretekstem wyraził sprzeciw. Oświadczył, że kolonia zuchowa może wrócić, ale… dwa dni później. Mariusz zrozumiał, na czym polegała gra. Otóż zgromadzeni na dworcu rodzice nie doczekaliby się swoich pociech. Nietrudno było sobie wyobrazić ich zdenerwowanie. Mariusz podejrzewał, że ktoś mógłby zgłosić sprawę na milicję, a wówczas zarzut uprowadzenia dzieci byłby gotowy. Coś takiego byłoby kamieniem do trumny Mariusza na polu harcerstwa.

W porozumieniu z harcerzami Mariusz postanowił, co następuje: zuchy muszą zostać wyprowadzone z terenu stanicy dwa dni przed planowanym wyjazdem do Bydgoszczy pod pretekstem wycieczki do Zakopanego. Owe dwa dni służyły za manewr usypiający na wypadek rozpoczęcia akcji poszukiwawczej przez MO. Zuchy rzeczywiście zostały wyprowadzone w ustalonym przez Mariusza dniu (ich podhalańska odyseja – chłopcy byli m.in. przewożeni w sianie przez górali w czasie poszukiwań prowadzonych przez MO – to oddzielny temat) i na czas, ku zdziwieniu Chorągwi Bydgoskiej, wróciły do Bydgoszczy. Z późniejszych ustaleń wynikało, że w międzyczasie z inicjatywy Hufca oraz Komendy Chorągwi do poszukiwania zuchów zaangażowano MO, ORMO oraz WOP. Pachniało grubo szytą prowokacją.

Pewnej nocy, niedługo po zniknięciu zuchów, na terenie zgrupowania rozległ się głośny okrzyk: ,,Druhowie!!! Chcą mnie aresztować!!!” Jak się potem okazało, krzyczał wyskakujący z milicyjnego radiowozu Mariusz. 19 PDHL została bez swojego komendanta.

Tymczasem Mariusz w cywilnych ciuchach dotarł do Krakowa w bagażniku pewnego górala, którego część rodziny została internowana w stanie wojennym. Tu trzeba wyjaśnić, że wtedy stanu wojennego już nie było, został kilka dni wcześniej zniesiony. W Krakowie Mariusz planował krótki postój u swojego przyjaciela. Niestety, ów „przyjaciel” współpracował z SB, aczkolwiek pojawienia się Mariusza chyba szybko nie ujawnił. Mariusz zapamiętał tylko, że był bardzo zdziwiony, kiedy go zobaczył. Ów przyjaciel był instruktorem harcerskim. Co było szczególnie intrygujące, wiedział, że Dopierała wraz z grupą 19 PDHL przebywa w Czarnym Dunajcu.

Wkrótce dwóch dziewiętnastaków z obozu powiozło dokumenty Mariusza do Krakowa. Na wypadek kłopotów lokale kontaktowe zostały ustalone jeszcze w Bydgoszczy. Mariusz przeniósł się w pobliże obozu. Zatrzymał się w Nowym Targu na terenie parafii Świętej Katarzyny Aleksandryjskiej. Schronienia udzielił mu były olimpijczyk i nadzieja polskiej bramki w hokeju na lodzie, a wówczas młody wikary Paweł Łukaszka (kontakty Mariusza z nim trwały jeszcze kilka lat).

Z Bydgoszczy nawiązał z nim kontakt Janusz Pruski oraz KPH. Od Janusza Mariusz dowiedział się, że cała akcja z zuchami była prowokacją, że jest gorąca linia pomiędzy różnym instytucjami oraz że chcą zlikwidować obóz, do którego końca pozostało 17 dni.

Z obozu raz na dzień, czasami pieszo w obie strony, udawali się łącznicy po wytyczne do Nowego Targu.

Władze chciały zlikwidować podobóz dziewiętnastki w Czarnym Dunajcu. Był on obserwowany z czterech stron przez cywilnych pracowników MO, którzy nawet nie kryli przed harcerzami swojej misji. Tu wypada dodać, że w oparciu o ich obserwacje, sporządzono bardzo pochlebny opis dziewiętnastaków, że, co prawda, z ustrojem na bakier, piosenki śpiewają zakazane itp., ale grupa bardzo zdyscyplinowana, hierarchiczna, świetnie umundurowana, o wojskowym sposobie bycia itp. Cudo!!!

Bez wchodzenia w szczegóły, dziewiętnastacy byli poddani silnej presji. Dwa razy przysłano autobus z Bydgoszczy, aby ich zabrać (rzekomo na polecenie Komendy Chorągwi). Zmniejszono racje żywnościowe, argumentując to brakiem finansowania. Druhowie odpowiedzieli, że gdy wróci komendant Dopierała wszystkie koszty zostaną pokryte (pieniądze tak naprawdę cały czas były w podobozie 19 PDHL). Raz poinformowano o postanowieniu użycia ZOMO w celu zwinięcia obozu. Na taką groźbę druhowie błyskawicznie ewakuowali się na Podhale. Potem odbyły się w Podczerownem pertraktacje pomiędzy Komendą Zgrupowania a przedstawicielami 19 PDHL w celu powrotu harcerzy na teren stanicy. W ich wyniku ustalono powrót dziewiętnastaków oraz przywrócenie pełnych racji żywnościowych. Co pewien czas informowano członków podobozu 19 PDHL, że ich podobóz nie ma załatwionej legalnie lokalizacji. Była to kompletna bzdura, gdyż w takim przypadku nie wpuszczono by ich po prostu na teren stanicy!!!

Obok Janusza Pruskiego, druga ważną osobą był członek KPH (Koła Przyjaciół Harcerstwa) pan Wojciechowski. Kim był pan Wojciechowski? Otóż był takim dziewiętnastackim majorem Hodyszem. Byłym pracownikiem MO, który serdecznie nie lubił socjalizmu. To on zobowiązał się poprzez swoje kontakty powiadomić Dopierałę, gdyby milicja chciała zrobić nalot na jedną z „melin”, gdzie był przechowywany sprzęt. Ktoś może sądzić, że dziewiętnastacy byli naiwni. Otóż, pan Wojciechowski na pewno nie był wtyką SB w 19 PDHL.

Gdyby chociaż część wiedzy z głowy pana Wojciechowskiego (np. o wyprowadzonym sprzęcie) dotarła do MO i SB, to Mariusz, a i członkowie KPA byliby po wyrokach za kradzież oraz współdziałanie (same namioty ,,wyprowadzone” z ZHP miały wartość trzech samochodów).

Pomagał i teraz, w czasie obozu. Podczas pobytów w Czarnym Dunajcu pan Wojciechowski spotykał się tylko z dwoma łącznikami. Łącznie był cztery razy. Jako ciekawostkę można podać, że tylko raz spotkał się z synem. I to on przywiózł kluczową wiadomość, że władze milicyjne odstąpiły od koncepcji użycia ZOMO wobec 14-16-latków.

Obóz z licznymi perypetiami dotrwał do końca. Dziewiętnastacy wrócili z niego niezwykle zintegrowani. Wiadomo było, że za rok, dwa pojawią się nowe szlify instruktorskie i pewnym się wydało, że 19 PDHL znów wypłynie na szerokie wody (niestety, w życiu niczego nie można być pewnym… poza śmiercią).

Po powrocie do Bydgoszczy czekała dziewiętnastaków przykra niespodzianka. Byli przyzwyczajeni, że np. władze Komendy Chorągwi wieszały na dh Dopierale przysłowiowe psy. Ale harcerze z innych drużyn postkihamowskich byli postrzegani przez nich jako naturalni sojusznicy. Jakież było zdziwienie dziewiętnastaków, gdy na mieście słyszeli różne bzdury na temat Czarnego Dunajca: a to, że Dopierała porzucił obóz, a to, że obóz nie miał lokalizacji, a to, że nie było pieniędzy itp. Wszystko to była nieprawda! Co ciekawe, opowiadali te bzdety właśnie owi naturalni sojusznicy (część z owych przekłamań funkcjonuje nawiasem mówiąc do dzisiaj).

Opinie

Niezły bur...del.
~Mona · 6 listopada 2016 16:50
Autor popracuj nad stylistyką, skup się na formułowaniu myśli, tekstowym przekazem, albo zleć to komuś lepszemu za kasę. Nie da się tego czytać!!! Ten Harcerz domaga się, jak sądzę , lepszego przekazu.
~autor! · 6 listopada 2016 21:25
Mnie się podoba. Jestem stałym i wiernym czytelnikiem tego cyklu. A jeśli ,,Autor!" cierpi czytając Pana Pacyne , to niech po prostu przestanie czytać!! Chyba, że cierpi na syndrom ,,sado-maso" - to wówczas do psychiatry niechaj się uda. Na pewno na Bydgoszcz24 znajdzie adres i pomogą !!
ryszard.ochucki · 6 listopada 2016 21:54
i wszytko wiadomo
~ochucki · 6 listopada 2016 22:11
te adresy na Bydgoszcz24 znają...
~Tak, tak · 6 listopada 2016 22:18
Mama nie puściła mnie do harcerstwa, żebym nie nauczył się brzydkich rzeczy. No i miała rację.
~pronto · 6 listopada 2016 23:42
Fajna historia, szkoda tylko tych głupich komentarzy. Ciągle nie rozumiem, co się stanie i skąd u autora ta uwaga na początku tego cyklu, ze nie wszystko będzie różowe. Na razie bohater tego cyklu jest pozytywny. Poza tym widziałem te mundury w tamtym czasie i sam się dziwiłem, że są tacy porządnie ubrani harcerze w PRL. Czy autor ma zamiar w oparciu o fachowe źródła zbadać sprawę owej agentury, bo ona ewidentnie w tej historii jest ? Już wcześniej ktoś o to pytał. Powiedziało się A - to trzeba powiedzieć i Z.
dredi36 · 7 listopada 2016 00:12
Bez przesady, proszę autora tekstu.
Kilka używanych namiotów 10-osobowych w roku 1983 na pewno nie miało wartości trzech samochodów.
I jeszcze ta – chyba nie do końca przemyślana - uwaga pod adresem kwatermistrza Pólka : „Ale jego psim obowiązkiem było sprzęt pobrany policzyć”. Wybielanie poprzez oczernianie ?
~tomasz · 7 listopada 2016 03:35
Teraz to kosztuje tyle : http://www.wgl.pl/namiot-10-osobowy-dach-gruby-brezent-boki-poliester.html . Wtedy mogło więcej i całość tego sprzętu to jednak było kilka samochodów zapewne :)
ryszard.ochucki · 7 listopada 2016 08:33
Pomimo uwag, zainteresowanie było :) Dziękuje i zapraszam do części ostatniej.
Jan Pacyno · 8 listopada 2016 17:04
To może przypomnę specyfikę rynku motoryzacyjnego w latach 80. przytaczając wypowiedź prokuratora generalnego S. Wyciszaka na posiedzeniu Centralnej Komisji do walki ze Spekulacją :
„Sytuacja w Polsce wygląda następująco. Można mieć miliony złotych, ale nie można kupić oficjalnie w sklepie prywatnie samochodu polskiej produkcji […]. Niestety. O ile nie ma się asygnaty, o ile nie ma się przedpłaty, o ile nie wygra się w totka, nie wygra się w loterię państwową, o ile nie ma się dolców, bądź bonów, samochodu prywatnie się nie kupi. Zatem teraz można kupić samochód tylko i wyłącznie giełda, komis, pośrednictwo, biuro pośrednictwa sprzedaży”.
W II połowie 1982 roku na giełdzie za nowego Poloneza chciano ok. 3 tys. dolarów. Ówczesna średnia pensja w przeliczeniu na czarnorynkowego dolara wynosiła ok. 30 USD.
Dodam, że w latach 80. podobne 10-osobowe namioty niektórym drużynom fundowali ich opiekunowie ( zakłady pracy, szkoły ).

Dlatego, tezę Pana Jana Pacyno że kilka namiotów ,,wyprowadzonych” z ZHP miało wartość trzech samochodów wkładam między bajki.

Pomimo powyższej krytyki, dziękuję za przypomnienie o Mariuszu.

Pozdrawiam.
~tomasz · 8 listopada 2016 18:34
Dziękuję Panie Tomaszu za krytyczną i dobrze uargumentowaną korektę !!!! :)
Jan Pacyno · 8 listopada 2016 19:27
Czyżby w Polku harcerze zdobywali sprawność "Złodzieja", a w Czarnym Dunajcu sprawność "Kombinatora" i wyzszy stopień "Cwaniaka"?

Nie wiem jakie były intencje, ale tym cyklem Pacyno dobił Kiham, który wcześniej kusil otumanionych niby dziewica swym pięknym obliczem, a po wypuszczeniu do łóżka i obnazeniu okazał się krakowską posłanka Grodzka w czasie metamorfozy.
~????? · 9 listopada 2016 11:15
W Polsce według badań UNSCO 3% umie czytać w sensie ścisłym ( przeczyta, zrozumie i zastosuje) i sądząc z twojego rozumienia tekstu "~?????" ty się do nich na pewno nie zaliczasz. Więc na tym poprzestanę, jeśli chodzi o komentarz do twej ,,niebywałej inteligencji...niestety inaczej" :)
Jan Pacyno · 9 listopada 2016 12:04
Znalazłem w googlach tekst Ziemkiewicza: Pycha kroczy przed upadkiem, a za upadkiem kroczy śmieszność.
Ciekawe, kogo z pisarzy Ziemkiewicz miał na myśli?




~????? · 9 listopada 2016 13:04
ano tych o których pisał Melchior Wańkowicz: dobrze czy źle, byle z nazwiskiem :)
~??? · 9 listopada 2016 18:05
W trakcie degustacji 0,7 Pionierskiej Wyborowej ustaliliśmy ze Szwagrem Prawdziwą Historię Smoka Wawelskiego - część pierwsza:

Senior Don Pedro Wargas – Tajny Agent z Krainy Deszczowców, razem z Dziedzicem Wawrzyńcem z Pruskiej Opozycji , postanowili a conto przyszłych Strat Niemoralnych” zdobyć z magazynu w Głębokim Lesie Ostatnie Paróweczki Hrabiego Barry Kenta, żeby zawieść je do głodującego na Podhalu podobozu Smerfów.
Wynajęty przez Don Pedro Wargasa Gang Olsena, znany w Krainie Deszczowców jako HA-HA, podstawił poszczącemu w Stumilowym Lesie w niedziele i ranki Kwatermistrzowi ponętną Ha-hę (pseudonim operacyjny „Lola”) i zapytał: Kwatermistrzu, czy dacie radę?). Ok, Czuwam i Trwam!!! - odpowiedział Kwatermistrz i udał się na podchody z szukaniem ukrytych skarbów Loli. Lola jęczała w rytm znaków Morsa, a Gang Olsena osłaniany przez Lolę załadował do bagażnika przydziałowe paróweczki Barry Kenta w Celach Moralnych i dodatkowo te Ostatnie 14 Paróweczek Barry Kenta w Celach Niemoralnych.
Paróweczki Barrego Kenta przejął od Egona Olsena Chuck Norris, który przyczepiony pod zadem konia wiernego Winnetou – górala z Jugosławii i przykryty góralskim sianem przekradł się nocami do Krakowa, przedzierając się przez zasieki i myląc Końskim Rechotem tropiące go w dzień i w noc patrole Agentów Chaosu z Krainy Deszczowców.
W Krakowie Chuck Norris schował Paróweczki Barrego Kenta w Sejfie u Wierzynka, którego Zła Wrona wsadziła do pancernego gniazda za niedowagę Schabowego z Kapustą. Żona Wierzynka dała Chuckowi cudownie odnaleziony Gar Niedoważonej Kapusty i resztki z kolacji na Jedzenie dla małych Smerfów w Podobozie na Podhalu. Tam komunistyczny komendant Całego Obozu Trep Gargamel obciął biednym Smerfom Racje Żywnościowe pod Żenującym, Kłamliwym i Prowokatorskim pretekstem Braku Zapłaty (Hucpa!Hucpa!!!!!). Była to oczywista Prowokacja i oczywista Zła Wola Trepa Gargamela, ponieważ pieniądze na Jedzenie w podobozie były, ale jakoby ich nie było, a lepiej się Łapać na Sępa (taka Smerfowa Sprawność – Tańczący z Sępami)). Poza tym pieniądze były pewnie bardziej potrzebne na dynamit i łuki, bo prawdziwy Smerf musi albo coś wysadzić w powietrze, albo przynajmniej komuś przy.…lić z łuku. W ogóle, Smerfy były na pewno strasznie wdzięczne Chuckowi Norrisowi i Kołu Przyjaciół Chucka Norrisa, bo nie ma to jak Smerfowe wakacyjne ćwiczenia w Chowaniu, Kombinowaniu i Przedzieraniu się Furmanką przez kordony Agentów Chaosu z Krainy Deszczowców (pewnie Frajda była Za…rąbista). W dorosłym Smerfowym życiu – umiejętności jak znalazł.
~Szewczyk Dratewka · 10 listopada 2016 01:25
Prawdziwa Historia Smoka Wawelskiego – część druga:

We wszystkim połapał się jednak Smok Wawelski, który jako Agent Chaosu z Krainy Deszczowców (pseudonim „Pod-Harc-Miszcz”), podążał autem Baltazara Gąbki za Seniorem Don Pedro Wargasem i Chuckiem Norrisem. Pod-Harc-Miszcz doniósł na Chucka, którego Agenci Chaosu złapali w zastawione sidła, zakuli w dyby i wsadzili do Łodzi Kosmicznej, zwanej pieszczotliwie Suką z Krainy Deszczowców. Nagle grobową ciszę w Galaktyce przerwał donośny głos Norrisa: ZIEMIANIE, KOSMICI MNIE BIJĄ! Chuck Norris najpierw zawołał donośnym głosem to co zawołał, a potem trzasnął Sukę drzwiami przez łeb, aż jej wycieraczki pospadały. Dzielny Chuck oddalił się dumnym krokiem na Z Góry Upatrzoną Planetę, zostawiając w pobitym polu skamlącą Sukę i nie oddając Agentom Chaosu z Krainy Deszczowców ani kapelusza, ani żadnego guzika przy preriowym mundurze.

Następnie Chuck wyruszył nocą na długą wyprawę Szlakami Tajnych Melin, pozyskując w nich dla Smerfowych Idei nowych Wyznawców wiernych wezwaniu: Pij, zapij! Zgodnie z Podręcznikiem Konspiratora Chuck zmieniał meliny o każdej Pełni Deszczowego Księżyca, trzy kwadranse na nieparzystą. Towarzyszył mu wierny Szarik, który w brezentowej torbie przenosił meldunki od Dziedzica Wawrzyńca. Szarika eskortował wierny Scherlock Holmes ze Scotland Yardu, który tak bardzo nie lubił Scotland Yardu (wiadomo – po Szkockiej łeb boli), że pracował w nim wzorowo przyjmując awanse i nagrody, czym zmylił nawet Smoka Wawelskiego i Agentów Chaosu.
Szczęście odwróciło się od dzielnego Chucka Norrisa, gdy z kolejnej meliny wygonił go Gajowy Marucha, ale o tym w następnym odcinku.

Ps. Wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe i całkowicie niezamierzone.



~Szewczyk Dratewka · 10 listopada 2016 01:28