Mieczysław Franaszek: Poczułem magię teatru jako piętnastolatek

Ewa Starosta · 2016-12-25 13:39
Z Mieczysławem Franaszkiem, aktorem prowadzącym zajęcia ze studentami na Akademii Muzycznej rozmawia Ewa Starosta.

- Przygotował pan na bazie prozy Krzysztofa Vargi monodram pt. „Siedem grzechów głównych” na temat polskich przywar. Jak świat światem, od stworzenia Adama i Ewy grzechem głównym człowieka jest pycha. A jaki jest grzech główny Polaków?

- W monodramie pokazane są nasze różne przywary, bez powoływania się na katechizm.

- Autor książek „Tequila” i „Trociny” nie jest człowiekiem wierzącym?

- Nie pytałem go o to. Krzysztof Varga jest w sposobie myślenia tradycjonalistą i to mnie w nim najbardziej, jeśli można tak powiedzieć, urzekło.

- Tradycjonalista związany z „Gazetą Wyborczą” i „Krytyką Polityczną”?

- Dla mnie też to było ogromnym zaskoczeniem. Wprawdzie Varga w swoich książkach atakuje często Kościół jako instytucję, ale jego proza jest właściwie protestem wobec tego, co propaguje „Krytyka Polityczna”. Kiedy mu powiedziałem, że w przygotowywanym przeze mnie monodramie nie ma żadnych innych tekstów oprócz fragmentów jego prozy, bardzo się ucieszył. Powiedział: “To świetnie, bo teraz taka moda jest, że bierze się trochę Biblii, trochę Marksa, to się miksuje i robi spektakl.”

- Już rozumiem, co pana w nim urzekło.

- On jest pół Węgrem, więc ma takie spojrzenie z boku. Przeczytałem „Trociny” i przemówił do mnie odmalowany tam obraz rzeczywistości apokaliptycznej w naszym kraju. Krzysztof Varga pisze w sposób frapujący dla aktora. Często przekaz literacki, chociaż poruszający w momencie, kiedy się czyta książkę, jest trudny do przełożenia na scenę, bo „szeleści papierem”. Tutaj tego nie było!

- Może pan przytoczyć frapujący dla aktora fragment prozy Vargi, który znalazł się pańskim monodramie?

- „Gruby miał problem z żarciem. Jak niektórzy goście łoją za dużo, to się mówi, że mają problem z alkolem, albo jak jadą w herę albo koksem, że mają problem z dragami. A Gruby miał problem z żarciem. Żarł wszystko. Śmieciożer.”

- Rzeczywiście, takiej diagnozy nie znajdzie się ani w katechizmie, ani na łamach „Krytyki Politycznej”. Ze środowiskiem „Krytyki Politycznej” jest chyba związany Paweł Wodziński, obecny dyrektor Teatru Polskiego.

- Ideowo jest blisko związany. Świadczy o tym jego ciągłe powoływanie się na nowe odczytanie romantyzmu przez prof. Janion, której jest wielbicielem, no i inscenizacje na deskach Teatru Polskiego.

- Wróćmy do polskich grzechów głównych wyłowionych przez pana z prozy Krzysztofa Vargi.

- To w pierwszym rzędzie bałwochwalcza akceptacja dla wszystkiego, co przynosi ze sobą kultura zachodnia. Chodzi o takie banalne rzeczy jak śmieciowe jedzenie, zachwycanie się Mc Donaldem…

- To nie jest grzech polski, ale o zasięgu światowym.

- Uleganie nowinkom jest u nas bardzo silne.

- Chyba to właściwy moment na zadanie pytania, co Mieczysław Franaszek sądzi o Polakach. Mamy cechy nieprzyjemne, które występują w większym nasileniu niż u innych?

- Denerwuje janusowe oblicze Polaka, oczywiście nie generalizuję, który idzie do kościoła i przekazuje z sąsiadem znak pokoju, a potem z tym sąsiadem toczy różne walki „o miedzę”. Poza tym mamy skłonność do nadużywania…

- Chyba nie myśli pan o alkoholu? Nie dorastamy niektórym do pięt. Mój znajomy chciał otworzył filię swojej firmy na Ukrainie, ale po rekonesansie odstąpił od tego zamiaru. Stwierdził, że wątroba tego nie wytrzyma.

- Mam w pamięci obrazki z zagranicznych podróży. Kiedy natykałem się na hałaśliwą grupę, to mimo że nie było słychać, w jakim mówią języku, wiedziałem, że to Polacy. Podchodziłem bliżej i okazywało się, że to faktycznie Polacy. My i Rosjanie zwracamy na siebie uwagę za granicą. Rosjanie dodatkowo strojem.

- Są inaczej ubrani niż wszyscy?

- Noszą odzież z lat 60. i 70. minionego wieku.

- Panuje opinia, że polscy migranci zarobkowi są skłóceni, nie pomagają sobie nawzajem.

- Jako student pracowałem z kolegą w szklarniach pod Amsterdamem. Chcieliśmy spać w namiocie na kempingu, ale gospodarz zaproponował nam miejsca noclegowe w nowo wybudowanej stodole. Powiedział, że na kempingu jest nieprzyjemnie, ciągle policja musi przyjeżdżać, „bo tam Polacy mieszkają”.

- Przejdźmy do grzechów bydgoskich. Jak pan trafił do naszego miasta?

- Kiedy Paweł Łysak i Paweł Wodziński zaczęli w 2000 roku kierować Teatrem Polskim w Poznaniu zwolnili 75% zespołu aktorskiego, więc musiałem szukać roboty. Przyjął mnie do pracy Adam Orzechowski, ówczesny dyrektor Teatru Polskiego w Bydgoszczy.

- Aktor to zawód wędrowny. Do jakich miast poza Bydgoszczą pan zawędrował?

- Urodziłem się w Krakowie, tam skończyłem Szkołę Teatralną i mieszkałem do 32. roku życia. Potem pracowałem w Sosnowcu, Opolu, Koszalinie, Szczecinie, Poznaniu i w Bydgoszczy.

- Każde miasto ma swój koloryt.

- Każde jest zupełnie inne. W Krakowie, jeśli się nie jest „z rodzin”, nie ma się wejścia do salonów. Obowiązuje „ę, ą” i panuje tytułomania.

- Do dzisiaj?

- Tego nie wiem. W Krakowie bywam rzadko, raz w roku, we Wszystkich Świętych.

- A jakie ma pan wspomnienia z innych miast?

- Z czasów pracy w Sosnowcu pamiętam niekończący się konflikt między Ślązakami a Zagłębiakami. Opole, kiedy tam pracowałem, żyło festiwalem. Teraz zmieniło się na niekorzyść. „Małe jest piękne”, a Opole rozrosło się i zmieniło charakter. Z kolei Koszalin jest takim miastem bez właściwości. Co to za miasto, które nawet prawdziwego rynku nie ma? Bliskość morza była przyjemna w lecie. Szczecin miło wspominam, bo dużo grałem ważnych ról, ale pamiętam też, że w tym mieście dominuje niemiecka architektura.

- Zostały jeszcze Bydgoszcz i Poznań na trasie pana wędrówki po kraju.

- Poznań to miasto przede wszystkim muzyczne. Podobnie jak w Bydgoszczy, mieszkańcy interesują się bardziej muzyką i poziom placówek muzycznych jest wyższy od teatralnych. Pracowałem w Teatrze Polskim, na którym ciąży klątwa Horzycy. (Kiedy został odwołany ze stanowiska dyrektora przeklął ten teatr.) Coś w tym jest, coś tam rzeczywiście nie funkcjonuje jak należy. Ale budynek jest wspaniały. Przyszedłem tam za dyrektora Grzegorza Mrówczyńskiego. Jeden z kolegów sobie z niego zażartował. Na frontonie budynku jest złocisty napis „Naród sobie”, a on niżej sprayem dopisał „a Mrówa sobie”.

- A dlaczego pan został aktorem?

- Zaczęło się od konkursu organizowanego przez MDK, podczas którego czytało się własne wiersze. Poprosiłem kolegę, z którego zdaniem się liczyłem, żeby przyszedł zobaczyć moją prezentację. Wicio powiedział potem: twoje wiersze to do (i tu wymienił część ciała), ale nieźle je czytałeś. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że może tym powinienem się zajmować. Kiedy miałem 15 lat obejrzałem w Teatrze Starym spektakl „Tramwaj zwany pożądaniem”. Tato dostał bilety i mnie wysłał. Zobaczyłem to przedstawienie, zrobiło na mnie wstrząsające wrażenie. Poczułem magię teatru. Poza tym mój brat pracował jako elektryk w Teatrze Rozmaitości (obecnie Bagatela). Chodziłem jako licealista za kulisy. To był dla mnie zaczarowany świat. Zakochałem się oczywiście w jednej z aktorek.

- Całe życie grał pan w teatrach dramatycznych. Jak doszło do tego, że zagrał pan w filmie i to główną rolę?

- Byłem chyba pomysłem na „Bohatera roku” Jurka Stuhra, z którym znamy się ze studiów. Myśmy na drugim roku byli w grupie założycieli Teatru STU, Jurek wtedy studiował polonistykę. Naszym guru był Janek Łukowski, który reżyserował pierwsze przedstawienia. Jasiński zajmował się sprawami administracyjnymi i technicznymi. Gdyby Janek żył, pewnie inaczej by się moje drogi potoczyły. To był talent na miarę Swinarskiego. Niestety, zginął w wypadku samochodowym.

- Skąd wziął się w panu pociąg do podróżowania?

- Podróże na początku były związane z przedstawieniami. W Teatrze STU grałem w „Pamiętniku wariata” Gogola. Tam w jednym z monologów są słowa „spaceruję po Newskim Prospekcie”. No to pomyślałem, że trzeba zobaczyć jak Newski Prospekt wygląda. Bohater „Ucieczki” Bułhakowa tęsknił za Kijowem i Dnieprem. Chciałem namacalnie poznać te miejsca.

- Wszystkie „grane” miejscowości pan zobaczył?

- Raz mi się nie udało. W spektaklu „Sny Sindbada Żeglarza” (rola trudniejsza chyba niż „Hamlet”, bo dwie i pół godziny ze sceny nie schodziłem) wielokrotnie mówiłem „nazywam się Sindbad, mieszkam stale w Bagdadzie”. Oczywiście, chciałem pojechać do Bagdadu. Udałem się do ambasady irackiej po wizę. Tam jedna pani zapytała mnie, czy jadę sam, czy w grupie. Opowiedziałem, że sam. Okazało się, że sam nie mogę jechać. Wszystkie grupy od granicy podlegały inwigilacji, dla jednej osoby szkoda było czasu.

- Prowadzi pan obecnie zajęcia na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej. Z Teatrem Polskim pan się już pożegnał?

- Teatr znalazł się w jakimś ślepym zaułku. Eksperymenty tak zwanych nowatorów mnie nie przekonują, raczej irytują. Współczuję kolegom, kiedy widzę, co muszą wyczyniać na scenie. Teatr zrobiony po Bożemu, ale kiepsko, też mnie nie przekonuje. Bardzo dobrze czuję się występując w kameralnej salce w Galerii Autorskiej. Bliskość widza zmusza do oszczędności w używaniu środków wyrazu. Tam jest przestrzeń, która uruchamia specjalny rodzaj porozumiewania z widownią.

- Dziękuję za rozmowę.

Opinie

Nie znając go bliżej mam dużą sympatię dla człowieka. Czasami tak jest
~czesc · 4 stycznia 2017 15:00