reklama

Powiem o rzeczach, o których nigdy dotąd nie mówiłem

/-/ · 2012-09-07 11:25
Z generałem Zdzisławem Ostrowskim, ostatnim pełnomocnikiem rządu do spraw pobytu wojsk radzieckich w Polsce, rozmawia Ewa Starosta.

- Był Pan Generał pełnomocnikiem rządu do spraw wyprowadzenia wojsk radzieckich z Polski.

- Byłem pełnomocnikiem rządu do spraw pobytu wojsk radzieckich w Polsce.

- Jak to?!

- Niewiele osób o tym wie, ale takie stanowisko utworzono w 1957 roku, a ja byłem jednym z kolejnych pełnomocników, a zarazem ostatnim.

- Jaki był sens powoływania pełnomocnika ds. pobytu? Do wyprowadzenia to rozumiem.

- Do 1956 roku wojska radzieckie przebywały na terenie Polski bez żadnych uzgodnień. Kiedy w 1944 roku front przesuwał się na zachód, oddziały radzieckie zajmowały kolejne poniemieckie garnizony i w nich pozostawały. Natomiast po zakończeniu wojny na terenie Polski osiadł wycofujący się 2 Front Białoruski pod wodzą Rokossowskiego. W 1945 przebywało tutaj około 200 tys. żołnierzy radzieckich. Rosjanie zajmowali bez pytania nas o zgodę najlepsze kompleksy koszarowe i już ich nie opuścili. A armia przebywająca latami na cudzym terytorium jest armią okupacyjną, jeżeli nie towarzyszą takiej sytuacji odpowiednie umowy. Umowy podpisano dopiero po powrocie Gomułki do władzy w 1956 roku.

- Czy były one publicznie znane?

- Porozumienie składało się z dwóch części, jawnej i tajnej. Kiedy objąłem funkcję pełnomocnika, doprowadziłem do odtajnienia części tajnej, bo publicznie znana była tylko część jawna „Umowy o statusie prawnym wojsk radzieckich czasowo stacjonujących w Polsce”.

- Czasowo? Na jaki czas?

- Tego, niestety, umowa nie określiła.

- Co wobec tego zawierała?

- W części tajnej m.in. ograniczenie liczby stacjonujących tutaj wojsk radzieckich do nie więcej niż 66 tys. żołnierzy, a także zobowiązanie do przekazywania informacji o zmianach w składzie wojsk. Ale Rosjanom ani w głowie było przestrzeganie tego wszystkiego, a pełnomocnicy nic nie mogli na to poradzić.

- To czemu służyło to stanowisko? Temu, żeby kolejny generał miał jakąś posadę?

- No nie. Biuro pełnomocnika prowadziło dokumentację na temat rozmieszczenia wojsk radzieckich w Polsce, ich liczebności , szacunkowo oczywiście. Nie istniała możliwość pojechania do jednostek i policzenia znajdujących się tam żołnierzy, bo Rosjanie nie wpuszczali obcych. Ważną rolę odgrywali pełnomocnicy w polsko – radzieckiej komisji mieszanej, powołanej umową z 1956 roku do rozstrzygania spraw spornych. Od 1957 do 1989 roku komisja rozpatrzyła ponad 5 tys. wniosków.

- Mieliśmy więc dobrą umowę ze stroną radziecką, która jednakowoż nie była przestrzegana.

- Kto powiedział, że ona była dobra? Umowa przewidywała, że bardzo wiele spraw zostanie rozwiązanych w oddzielnych porozumieniach, które zostaną zawarte z poszczególnymi ministerstwami. A porozumienia te w ani jednym przypadku nie były dla nas korzystne. Dla przykładu, wojska radzieckie nie musiały płacić za użytkowane tereny (ok. 70 tys. hektarów), a jedynie dzierżawę za przejęte budynki. Przy czym ustalona w 1957 roku wysokość czynszu mogła być zmieniona tylko w drodze negocjacji, co faktycznie oznaczało, że nigdy nie ulegnie zmianie. Zwolnieni byli z kontroli celnej żołnierze tu przybywający, dotyczyło to także samochodów, okrętów i samolotów radzieckich.

- Jakie sprawy rozstrzygała polsko – radziecka komisja mieszana?

- W większości wnioski dotyczyły odszkodowań dla Polaków lub polskich instytucji za straty poniesione w wyniku działań radzieckich żołnierzy lub jednostek wojskowych. Nie mogło być w dokumentacji najdrobniejszej nawet luki, bo strona radziecka wykorzystywała każdy pretekst, by odmówić rozpatrzenia sprawy. Tak stało się na przykład z wnioskiem o odszkodowanie za zastrzelenie krowy. Czterech radzieckich oficerów przyjechało wozem bojowym na pole należące do polskiego chłopa i używając tzw. szperacza, czyli broni działającej na podczerwień, strzelało do krowy. Rosjanie odrzucili to roszczenie, gdyż nie ustalono, który z oficerów pociągnął za spust.

- Chętnie Rosjanie przyjeżdżali na służbę do Polski?

- Ależ oczywiście. W porównaniu z warunkami, jakie były w Związku Radzieckim, oni tutaj mieli jak w raju.

- Ile szacunkowo przebywało żołnierzy radzieckich w Polsce, kiedy Pan Generał został pełnomocnikiem?

- Około 50 tysięcy.

- Nie potrafię zrozumieć, po co oni tu siedzieli. Na wszelki wypadek?

- Myśmy też ich pytali: – Po co żeście tu tak długo byli? Gdybyście wcześniej wyszli, Polacy by was chwalili. A oni tłumaczyli cały czas i nie dali sobie tego wybić z głowy, że powinniśmy być im wdzięczni, że oni obronili nam zachodnią granicę, bo by jej już dawno nie było, już by Niemcy te tereny zajęli. Mówili: – Powinniście nam dziękować, że granica jest na Odrze i Nysie Łużyckiej i że przetrwała do roku 1990. A zamiast dziękować, chcecie nas złośliwie wyrzucić. Oni po prostu nie umieli pojąć, że sytuacja się zmieniła, i na świecie, i w Europie.

- Czy zanosiło się kiedykolwiek na naruszenie granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej?

- Między innymi o to żeśmy się też sprzeczali. Mówiłem: – Dajcie choćby jeden przykład, że gdzieś była próba naruszenia naszej zachodniej granicy. Nie mogli odwołać się do takich przypadków, bo ich nie było. Przecież faktycznym celem, w jakim wojska radzieckie zostały rozmieszczone na terenach NRD i Polski, była ewentualna operacja zaczepna w kierunku zachodnim. Nasze terytorium było w tej koncepcji logistycznym zapleczem. To dlatego znajdowała się tutaj tak ogromna ilość materiałów bojowych.

- Porozmawiajmy więc o procesie wyprowadzania wojsk radzieckich z naszego kraju. Na pewno towarzyszyło temu wiele napięć i ciekawych wydarzeń.

- Ależ ja o tym napisałem. Można przeczytać w paru książkach. Lepiej powiem pani o rzeczach, o których jeszcze nie mówiłem i nie pisałem. Już teraz mogę mówić. Jestem na emeryturze.

- Niczego lepszego nie mogłam usłyszeć. Zacznijmy wobec tego od początku, czyli od października roku 1990, kiedy został Pan powołany na funkcję pełnomocnika.

- Pracowałem wówczas w Bydgoszczy na stanowisku zastępcy dowódcy Pomorskiego Okręgu Wojskowego do spraw obrony terytorialnej. Niespodziewanie zostałem wezwany do Warszawy, do ministra Ambroziaka, szefa Urzędu Rady Ministrów w rządzie Mazowieckiego. Ambroziak to był taki zapędzony facet, ciągle mu się spieszyło. Śmiano się, że jak ktoś wchodzi do jego gabinetu z jakimiś sprawami, to on od razu jesionkę zakłada na jedno ramię na znak, że zaraz wychodzi. W tej sprawie postąpił podobnie. Nie zdążyłem jeszcze usiąść, a minister Ambroziak mi oznajmia: – Premier powołał pana generała na funkcję pełnomocnika rządu do spraw pobytu wojsk radzieckich w Polsce – przewodniczącego delegacji polskiej w polsko-radzieckiej komisji mieszanej. Następnie wręcza mi bordową teczkę z aktem powołania, nie pyta, czy wyrażam zgodę, tylko mówi: – To jedziemy na Żurawią. Tam mieściło się biuro pełnomocnika. Zapytałem: – Ale dlaczego ja zostałem wybrany? – Doszły do nas sygnały, że pan się nie daje okręcić wokół palca – odpowiedział Ambroziak.

- Czy funkcja pełnomocnika nie była w tym czasie obsadzona?

- Była. Na Żurawiej czekał na nas generał Dębicki. Minister Ambroziak zakomunikował : – Od tego momentu pełnomocnikiem rządu jest pan generał Ostrowski, a pan jest zwolniony. Potem zrobił w tył zwrot i wyszedł.

- Pewnie mu się spieszyło. Generał Dębicki wiedział, że będzie odwołany?

- Zapytałem go o to. Powiedział, że poinformowano go poprzedniego dnia wieczorem. Później się dowiedziałem, że były naciski parlamentarzystów, żeby go odwołać.

- Proszę opowiedzieć o wydarzeniu związanym z objęciem nowej funkcji, które zapadło Panu w pamięć.

- Pojechałem do Bydgoszczy, żeby przekazać obowiązki i załatwić sprawy rodzinne. W tym czasie miało miejsce uroczyste otwarcie kaplicy w Szpitalu Wojskowym, na które przybyło wielu gości z prymasem Glempem na czele. Po uroczystości wszyscy udali się do pobliskiego hotelu na przyjęcie. Brał w nim też udział ks. Jankowski.

- Przyjechał z Gdańska na bydgoską uroczystość?

- On się wówczas kręcił koło wojska, gdyż sądził, że zostanie biskupem polowym WP. Kiedy ówczesny dowódca POW, generał Zalewski, zdradził, że zostałem właśnie nowym pełnomocnikiem rządu ds. wojsk radzieckich, pochylił się nade mną i powiedział: – W związku z tą funkcją powinien pan generał złożyć wizytę kardynałowi Gulbinowiczowi. On wszystko wie na temat wojsk radzieckich. Ja to panu załatwię.

- Posłuchał Pan Generał ks. Jankowskiego?

- Prawdę mówiąc, uleciało mi. Obydwaj byliśmy wówczas po kielichu. Wróciłem do Warszawy i utonąłem w wirze przygotowań do pierwszej tury rozmów ze stroną rosyjską, która miała się odbyć w grudniu. Przychodzę pewnego dnia do biura, a sekretarka mi mówi, że szuka mnie ktoś z POW. Zadzwoniłem i cóż się okazuje: ksiądz Jankowski przekazał informację, iż umówił mnie z kardynałem Gulbinowiczem. Mam się stawić tego a tego dnia o godz. 12.00 we Wrocławiu na Ostrowie Tumskim. No to pojechałem. Kardynał Gulbinowicz przywitał się ze mną i zapytał: – A po co pan generał właściwie przyjechał? Kiedy mu wyjaśniłem, jak doszło do wizyty, uśmiechnął i powiedział: – No tak. Cały Jankowski. Cały Jankowski.

- Ksiądz kardynał na pewno serdecznie Pana Generała ugościł.

- Oświadczył, że skoro taki kawał drogi do niego jechałem, muszę zostać na obiedzie. Przenieśliśmy się do pokoju z długim stołem. Asystent pokazał kardynałowi dwie butelki wina do wyboru. Gulbinowicz poniuchał najpierw pierwsze, potem drugie i zawyrokował: – Zaczniemy od tego, ale drugą butelkę też zostaw. Za chwilę zakonnice przyniosły zupę kalafiorową, a kardynał Gulbinowicz je skrytykował: – Generała podejmuję, a wy kremówkę mi fundujecie, zamiast porządnej grochówki. Siostry się śmiały, widać było, że są przyzwyczajone do tego, że metropolita często żartuje. Zupa była wyśmienita. Na drugie danie zjadłem pieczeń, ale gospodarz domagał się, żebym skosztował też ekologicznie hodowanej kaczki: – Na ile znam wojskowych, to wiem, że lubią uda. Odpowiedziałem: – Ale nie kacze, jego eminencjo.

- A co z winem?

- Wydoiliśmy obie butelki. Trzy godziny rozmawialiśmy. Gawędziarz jest niesamowity z Gulbinowicza. To wspaniały człowiek. Wspaniały. A poza tym zdroworozsądkowy, racjonalnie myślący facet. Pożegnał mnie słowami: – Widzę, na podstawie naszej rozmowy, że pan sobie z Rosjanami poradzi.

- Jak pełnomocnik rządu usytuowany jest w hierarchii administracyjnej?

- W randze podsekretarza stanu. To oznacza, że byłem w tak zwanej erce.

- Jakie przywileje posiada osoba na stanowisku wiceministra?

- Kilka posiada, ale musiałem o tym niektórym osobom przypominać. Nie zdaje sobie pani sprawy, jaka atmosfera panowała wtedy w URM-ie. Starzy urzędnicy bali się nowej władzy jak ognia. Poradzono mi nawet, żebym nie chodził w mundurze, bo to może niektórym nie odpowiadać. Odpowiedziałem: – Ani myślę. Kocham mundur, z zamiłowania do munduru zostałem wojskowym, poza tym kobietom się podobam w mundurze. I wszędzie chodziłem w mundurze. Muszę powiedzieć, że traktowany byłem z szacunkiem.

- Podlegał Pan Generał bezpośrednio premierowi?

- Formalnie tak, ale faktycznie szefowi URM-u, który był prawą ręką premiera.

- Trwała wtedy wojna na górze oraz walka o wpływy między ośrodkami prezydenckim i rządowym.

- Wiem coś o tym. Pewnego dnia słyszę zdenerwowany głos mojej sekretarki: – Panie generale, dzwoni prezydent, czy mam połączyć? Myślałem, że ona żartuje i mówię: – Co ty, Aniu, prezydenta nie połączysz? Sądziłem, że dzwoni ktoś z gabinetu. Podnoszę słuchawkę: – Ostrowski, słucham. A z drugiej strony charakterystyczny głos Wałęsy: – Mówi prezydent Rzeczypospolitej. Na to ja: – Melduję się panie prezydencie, generał brygady, Zdzisław Ostrowski. On wtedy: – Ja mam do was pretensje. – O co, panie prezydencie? – Dlaczego wy do mnie nie przychodzicie?

- Prezydent Wałęsa mówił „wy” do Pana Generała?

- Tak się do mnie zwracał. Odpowiedziałem mu: – Panie prezydencie, jak ja mogę do pana przychodzić? Za wysokie dla mnie progi. Jak mnie pan prezydent wezwie, to ja natychmiast się stawię.
Wałęsa oświadczył, że interesują go sprawy, którymi się jako pełnomocnik zajmuję. Dowiedział się ode mnie, że co miesiąc wydaję specjalny komunikat, coś w rodzaju meldunku bojowego, o wszystkich odbytych rozmowach oraz przeprowadzonych działaniach i ten materiał przekazywany jest do jego kancelarii. On jednak chciał, żebym go odwiedzał i osobiście informował. Nie wyobrażałem sobie, jak by to miało wyglądać. Zapukać do Belwederu i powiedzieć, że chcę do prezydenta? Przecież obowiązuje hierarchia. Ja jestem podsekretarzem, nade mną jest minister, a nad nim premier. To Wilecki chodził bez przerwy do Wałęsy, pomijając ministra obrony. Ja tak nie zamierzałem postępować.

- Wróćmy do przywilejów, jakie przysługiwały Panu Generałowi w związku z piastowanym stanowiskiem.

- To wszystko są właściwie sprawy drugorzędne, ale pokazują panujące wówczas nastawienie. Najpierw nie chciano mnie dopuścić do stołówki dla erki. Miałem jeść z szeregowymi pracownikami, wystawać w generalskim mundurze w kolejce przy kuchni. To wolałem się stołować w kasynie wojskowym. Dopiero po jakimś czasie zacząłem jeść obiady w tej samej stołówce, co inni ministrowie, na Alejach Ujazdowskich.

Sekretarka w moim biurze nie dysponowała żadnym poczęstunkiem dla gości. Za sprawy administracyjne odpowiadał człowiek w randze podsekretarza stanu, który pracował w URM-ie w czasach PRL-u, a teraz trząsł się ze strachu, przerażony nową władzą. Umówiłem się z nim. Sekretarka przyniosła kawę, owoce i ciasteczka. – Panie ministrze – powiedziałem – gdyby pan przyszedł do mojego biura, niczym bym pana nie mógł poczęstować. – Jak to? – zdziwił się. Wyjaśniłem, że niczego moja sekretarka nie dostaje z URM-u. Okazało się, że obowiązuje tabela należności, a z niej wynika, jak mają być zaopatrzone sekretariaty osób z erki.

Samochodu służbowego też nie posiadałem. Mój poprzednik jeździł polonezem wojskowym, chociaż jako pełnomocnik rządu był pracownikiem URM-u, a nie MON-u. Chyba jednak wyrobiłem sobie jakąś pozycję, bo pewnego dnia zastałem w sekretariacie młodego człowieka w eleganckim garniturze. Sekretarka, widząc moje pytające spojrzenie, wyjaśniła , że to mój nowy kierowca. – A gdzie samochód? – pytam. Okazało się, że stoi na podwórzu. Poszedłem obejrzeć. To była lancia. Kiedy jechałem na rozmowy z Dubyninem, nie musiałem się wstydzić, że jakimś rzęchem polski pełnomocnik zajeżdża.

- Kim był Dubynin?

- Generał Wiktor Dubynin był od 1989 roku dowódcą Północnej Grupy Wojsk i pełnomocnikiem rządu ZSRR do spraw pobytu wojsk radzieckich w Polsce, czyli moim rosyjskim odpowiednikiem. Wielokrotnie się z nim ścierałem.

/O starciach z generałem Dubyninem oraz sporach z prezydentem Wałęsą będzie można poczytać w drugiej części wywiadu, którą opublikujemy w najbliższym czasie./

Opinie

ale to o dupie Maryni w zasadzie...
~Sorry, · 9 września 2012 16:12
to masa ciekawych wiadomości i jeszcze ten śliczny Ambroziak z paltem na jednym ramieniu
~W zasadzie · 9 września 2012 17:52
jeden jeździł polonezem, drugi lancią a u Gulbinowicza serwowali kalafiorową... Dziadek leci ze Starostą w kulki a ta nam sprzedaje to jako bombę...
~Jasne, · 9 września 2012 18:08
Z takich szczególików składa się życie. Nie można tylko wyliczać królów, wodzów i bitwy. Te drobne fakty są cenne dla historyków, bo przedstawiają ludzi i oddają atmosferę.
Do percepcji takich rzeczy trzeba po prostu dojrzeć.
~kuba18 · 3 listopada 2012 02:28
ale osoby wychowane na reklamach telewizyjnych mają zawężoną percepcję do nazw produktów. Z długiego, naszpikowanego informacjami przekazu potrafią wyłuskać tylko trzy słowa : kalafiorowa, polonez i lancia. Reszta jest za trudna.
~To smutne · 9 września 2012 19:16