reklama

Wot, wriednyj gienierał

/-/ · 2012-09-14 22:14
Z generałem Zdzisławem Ostrowskim, ostatnim pełnomocnikiem rządu do spraw pobytu wojsk radzieckich w Polsce, rozmawia Ewa Starosta. Część druga.

- 17 września będziemy obchodzić podwójną rocznicę: agresji radzieckiej oraz pożegnania ostatnich rosyjskich żołnierzy, opuszczających terytorium Polski. O ile jednak Związek Radziecki faktycznie napadł na nasz kraj 17 września 1939 roku, o tyle wojska rosyjskie, zgodnie z podpisanym porozumieniem, miały opuścić Polskę do 15 listopada 1992 roku, ale bez kilku tysięcy żołnierzy, których wyjście było przewidziane dopiero na koniec roku 1993, po zakończeniu tranzytu wojsk rosyjskich z Niemiec. Skąd wzięła się więc data 17 września?

- W czerwcu zadzwonił do mnie prezydent Wałęsa i zapytał, czy jest możliwe szybsze wyprowadzenie wojsk rosyjskich niż to określono w porozumieniu. Odpowiedziałem, że technicznie taka możliwość istnieje, bo jednostki bojowe już Polskę opuściły, ale do załatwienia takiej sprawy ja jestem za mały. Przyznam, że w toku bieżących zajęć zapomniałem o tej rozmowie, ale sobie o niej przypomniałem, gdy na początku września Rosjanie zwrócili się do mojego biura z prośbą o zarezerwowanie im miejsc hotelowych w Warszawie, bo przyjadą na uroczystość pożegnania ostatniej grupy żołnierzy rosyjskich. Zarówno mnie, jak i pozostałych pracowników biura, kompletnie ta informacja zaskoczyła.

- Pełnomocnik ds. wojsk rosyjskich w Polsce takiej rzeczy nie wiedział?

- Okazało się, że wszystko Belweder organizował w tajemnicy, tylko z pomocą szefa sztabu generalnego, generała Wileckiego. Wałęsa z nikim nie chciał się dzielić sukcesem. Zadzwoniłem do Wachowskiego: – Panie ministrze, czuję się jakby mi ktoś w pysk strzelił. My się tu szarpiemy, wykłócamy dosłownie o wszystko, o każdy obiekt, o każdą klamkę, o każdy kaloryfer i ja nic nie wiem, że jest plan wycofania 17 września ostatniego żołnierza, plan za moimi plecami.

- Co na to szef gabinetu prezydenta?

- Zaczął się sumitować: – Przepraszam, panie generale. Myśmy to przeoczyli. To niech pan się włączy do tej ekipy. Pojechałem do sztabu generalnego i stwierdziłem, że cały harmonogram jest już przygotowany, więc po powrocie do biura dzwonię do Rokity i pytam: – Czy pan wie, panie ministrze, że 17 września ma być uroczyste pożegnanie ostatniej grupy żołnierzy rosyjskich? Rokita odpowiada: – Nic nie wiem. Dzwonię do Onyszkiewicza, on też nic nie wiedział, a był przecież ministrem obrony narodowej.

Wałęsa był tak pazerny na sukces, że nikt z rządu nie został powiadomiony, gdyż wtedy wypadałoby panią premier i kilku ministrów zaprosić. Uczestniczyłem w uroczystości pożegnania, oprócz mnie był tylko jeden przedstawiciel rządu, minister Skubiszewski, z MSZ, czyli resortu prezydenckiego. Rosjanie chyba początkowo nie skojarzyli sobie, że 17 września był ich najazd, a teraz ostatni ich żołnierz ma Polskę opuścić. Na dzień przed uroczystością wycofano przyjazd gen. Graczowa, pierwszego zastępcy ministra obrony i Federację Rosyjską reprezentował jedynie ambasador. Prezydent Wałęsa przyjął w Belwederze meldunek od generała Kowaliowa i wypiliśmy lampkę szampana.

- Nim wojska rosyjskie zaczęły opuszczać nasz kraj, trzeba było dokonać wielu uzgodnień. Jak długo trwał etap przygotowawczy?

- Polityczne rozmowy zaczęły się w grudniu 1990 roku i trwały do maja 1992 roku. W sumie było 15 tur rozmów. Odbywały się przemiennie, raz u nich, raz u nas.

- Bardzo długo trwały uzgodnienia.

- Rosjanie byli ciężkimi interlokutorami. Podczas jednej tury rozmów ustaliliśmy już pewne rzeczy, spotykamy się za miesiąc w Moskwie i okazuje się, że Rosjanie wymienili członków zespołu i musimy zaczynać wszystko od nowa. Byłem pełen podziwu dla naszych dyplomatów, bo oni potrafili ze stoickim spokojem o tych samych sprawach rozmawiać po raz drugi, piąty, dziesiąty. Mnie nerwy ponosiły.

- Nic dziwnego, że ponosiły. A puściły kiedyś?

- W sierpniu 1991 roku przebywał w Warszawie szef Sztabu Generalnego ZSRR, gen. Michaił Mojsiejew. Uznałem za właściwe poinformowanie go, że na teren radzieckich garnizonów nie są wpuszczane polskie komisje inwentaryzacyjne, co paraliżuje prace przygotowawcze do przejęcia tych obiektów. – A jak by pan postąpił, gdyby do pańskiego domu ktoś przyszedł i chciał przeprowadzać inwentaryzację? – zapytał Mojsiejew. – Pozwolę sobie zwrócić uwagę, panie generale – odpowiedziałem – że Polska to jest nasz dom. Armia radziecka jest tutaj gościem, a dobry gospodarz chce wiedzieć, jak gość użytkuje powierzone mu mienie. Reakcją Mojsiejewa były słowa: – Wot, wriednyj gienierał. I wtedy nie wytrzymałem: – Może i wredny, ale mówi prawdę. A wy się jednego tylko boicie, prawdy właśnie.

- Nie zachował się Pan Generał, jak rasowy dyplomata.

- Na pewno podpadłem Rosjanom. Następnego dnia odbywało się spotkanie u ministra obrony narodowej, w którym brali udział m.in. Mojsiejew i Dubynin. Kątem ucha usłyszałem słowa wypowiedziane przez Dubynina: – Ubrat’ gienierała Ostrowskowo. (Odwołać generała Ostrowskiego). Admirał Kołodziejczyk udał jednak, że tego nie słyszy.

- Ukoronowaniem wielomiesięcznych rozmów było podpisanie przez ministrów spraw zagranicznych i obrony narodowej porozumień, co nastąpiło 22 maja 1992 roku w Moskwie, w obecności prezydentów Wałęsy i Jelcyna. Nim do tego doszło przetoczyła się jednakże burza w związku z koncepcją utworzenia w wybranych bazach rosyjskich na terenie Polski spółek polsko-rosyjskich.

- Ta koncepcja została oficjalnie przedstawiona polskiej delegacji w marcu 1992, podczas spotkania w Moskwie. Rosjanie chcieli w wybranych bazach, które wcześniej zajmowali, utworzyć spółki z udziałem kapitału polskiego i rosyjskiego, przy czym ich wkładem byłyby opuszczone przez wojsko obiekty.

- Złoty interes! Wchodziliby do spółki aportem, którym była nieruchomość nie będąca ich własnością.

- Byłem temu pomysłowi zdecydowanie przeciwny. Nie byłem przeciwny tworzeniu polsko-rosyjskich przedsiębiorstw handlowych czy produkcyjnych, ale na normalnych zasadach. Nie można się było zgodzić na koncepcję przedstawioną w Moskwie również dlatego, że było oczywiste, iż do tych spółek wprowadzeni zostaną pracownicy rosyjskich służb specjalnych.

- Jak premier Olszewski zareagował na tę koncepcję?

- Po powrocie do Polski przedstawiłem swoje stanowisko premierowi i zostało w pełni zaakceptowane. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że część polskiej delegacji uznała, że rosyjską propozycję można rozważyć.

- Jaka część?

- W polskiej delegacji byli również przedstawiciele tzw. resortów prezydenckich.

- Przed wyjazdem do Moskwy, gdzie miało dojść do podpisania porozumień, odbyła się ostatnia tura rozmów z Rosjanami.

- Na początku kwietnia 1992 roku przyjechał do Warszawy pierwszy zastępca ministra obrony narodowej, gen. Paweł Graczow, który przewodniczył rosyjskiej delegacji i temat spółek znowu odżył. Zgoda na ich utworzenie miała być swoistą gratyfikacją za to, że Rosjanie się wcześniej niż to zapowiadali z Polski wycofają. Konsultacje odbywał Graczow wyłącznie z ośrodkiem belwederskim. Niewątpliwie Wałęsa był głodny sukcesu. Jak nam wszystkim, zależało mu na możliwie najszybszym wyjściu wojsk rosyjskich z naszego kraju. Jednak on myślał tylko o tym, a w ogóle nie zastanawiał się nad konsekwencjami niektórych decyzji. Obojętnie, na jakich warunkach, byle jak najszybciej wychodzili. Jeśli ceną miało być utworzenie spółek mieszanych, to Wałęsa był gotów ją zapłacić.

- W jaki sposób dowiedział się Pan Generał, że sprawy idą w tym kierunku?

- Przyjechałem o 8.00 rano do pałacyku MSZ przy Foksal, gdzie redagowano tekst porozumień, które miały zostać podpisane w Moskwie. Oficer dyżurny mówi mi, że nie pozwalają nikomu wchodzić do środka. Okazało się, że już od 7.00 ekipa redakcyjna tam urzędowała. Nie przejąłem się tym zakazem. Byłem w końcu pełnomocnikiem rządu, więc sądziłem, że mnie nie wyrzucą. Wszedłem do pokoju i zobaczyłem grupę Rosjan oraz Polaków pod wodzą prof. Makarczyka, pierwszego zastępcy ministra Skubiszewskiego. Zajmowano się właśnie sprawą spółek polsko-rosyjskich. Usłyszałem dyktowany głośno tekst artykułu siódmego: „obie strony stworzą sprzyjające warunki do powstania na części obiektów armii ZSRR wspólnych przedsiębiorstw polsko-rosyjskich”.

- I co Pan Generał na takie dictum?

- Podszedłem do Makarczuka i mówię: – Panie ministrze, ale przecież stanowisko rządu polskiego jest zupełnie inne . – No tak – odpowiedział – ale to władze najwyższe ustaliły. Nie powiedział, jakie władze, ale premier nie, więc tylko prezydent wchodził w rachubę.

- Wziął sprawy w swoje ręce.

- Zawiadomiłem premiera Olszewskiego o tym, że przygotowane do podpisania porozumienie zawiera artykuł siódmy w brzmieniu, skrótowo mówiąc, rosyjsko-wałęsowskim. Kilka dni później zostałem niespodziewanie wezwany do URM-u. Moja sekretarka powiedziała, że wzywa mnie szef, więc sądziłem, że chodzi o Włodarczyka, ówczesnego szefa URM-u. Siedzę w jego sekretariacie, piję kawę, którą zostałem poczęstowany i czekam cierpliwie, bo go nie było u siebie. Nagle wpada do sekretariatu Włodarczyk: – Wszędzie pana szukam, panie generale, premier pana wzywa.

W gabinecie oprócz premiera byli Skubiszewski, Szeremietiew i Macierewicz. Kiedy weszliśmy tam z Włodarczykiem, zobaczyłem, że atmosfera jest napięta. Skubiszewskiego twarz była tak czerwona, jakby mu miała zaraz krew trysnąć z policzków. Premier się poderwał (dusza człowiek, ale na szefa to on się nie nadawał), żeby przynieść dla mnie fotel, bo nie było już miejsc siedzących przy stole. Odebrałem od niego ten fotel i sam sobie przyniosłem.

- Czego oczekiwano od Pana Generała?

- Skubiszewski wydawał się zaskoczony moim pojawieniem. Powiedział: – Widzę, że specjalista został wezwany. Gdybym o tym wiedział, też bym przyszedł ze specjalistą. Premier poprosił, żebym przedstawił swoje stanowisko na temat artykułu siódmego przygotowywanego porozumienia, który mówił o powołaniu spółek polsko-rosyjskich. Powiedziałem, że to jest nieporozumienie i taką sprawą w ogóle nie powinno się zajmować Ministerstwo Spraw Zagranicznych. A Skubiszewski: – To jak pan generał to sobie wyobraża? – Normalnie – odpowiedziałem. – Bez żadnych warunków wstępnych strona rosyjska powinna przekazać wszystkie obiekty wojewodom jako przedstawicielom skarbu państwa, a potem, jeśli rząd polski wyraża zgodę na tworzenie spółek z kapitałem mieszanym, mogą one powstawać na normalnych zasadach ekonomicznych. Premier mi podziękował i wyszedłem.

- Jak wiadomo, spotkanie to nie wpłynęło na zmianę poglądów w obozie prezydenckim.

- Prezydent Wałęsa pojechał do Moskwy, mnie nie zabrał, choć jako pełnomocnik rządu jeździłem dotąd na wszystkie spotkania związane z wyprowadzaniem wojsk rosyjskich, ale w ślad za prezydentem poszedł telegram, podpisany przez Olszewskiego, że rząd nie wyraża zgody na artykuł siódmy w kształcie zredagowanym w pałacyku MSZ przy ul. Foksal. W Moskwie zrobił się rwetes, istniała groźba zerwania rozmów, ale Wałęsie udało się namówić Jelcyna do wspólnego ustalenia nowej wersji. Słyszałem, że Skubiszewski na kolanie ją pisał. Ostatecznie doszło do podpisania porozumienia, którego artykuł siódmy brzmi: „Rzeczpospolita Polska i Federacja Rosyjska będą podejmować działania na rzecz rozwoju współpracy i będą poszukiwać sposobów tej współpracy. W tym celu powołają wspólną komisję polsko-rosyjską.”

- Po podpisaniu porozumień moskiewskich sprawy nabrały tempa.

- Wyprowadzanie wojsk odbywało się głównie podczas rządów Suchockiej. Wtedy też było najwięcej konfliktów. Jeśliby to wszystko opisać, to sensacyjna książka by powstała. Szefem URM-u był wówczas Rokita. Z nim miałem najwięcej kłopotów i z Wałęsą. Rokita był jednak na tyle porządny, że jednego dnia straszył mnie dymisją, a drugiego potrafił przeprosić i przyznać rację.

- Kłopoty z Rokitą? On uchodzi za propaństwowca, więc musiało mu się podobać wyprowadzanie obcych wojsk z naszego kraju.

- Bardzo go cenię za zmysł organizacyjny. Świetnie, twardą ręką, kierował Urzędem Rady Ministrów. Tylko miał wygórowane ego. Wydawało mu się, że wszystko wie najlepiej i w lot potrafi znaleźć rozwiązanie każdego problemu. Na tym tle dochodziło między nami do konfliktów.

- Z jakiego powodu Jan Rokita straszył Pana Generała dymisją?

- Otrzymałem od wojewody legnickiego, Andrzeja Glapińskiego, faks z informacją, że rosyjscy żołnierze uprawiają kontrabandę. Wykorzystując lotnisko wojskowe w Legnicy, przerzucają bez cła zachodnie samochody samolotami do Rosji. Zadzwoniłem do wojewody, żeby się dowiedzieć, skąd o tym wie, a on wyjaśnił, że strażnicy miejscy widzieli, jak Rosjanie na lotnisku przeładowywali samochody osobowe i nawet zdjęcia zza ogrodzenia porobili.

- Jaki był status lotniska w Legnicy?

- Wojsko radzieckie zajęło je w 1945 roku i od tego czasu używało do swoich celów, a Polacy nie mieli na nie prawa wstępu.

- Co Pan Generał zrobił w związku z informacją od wojewody Glapińskiego?

- To nie była taka prosta sprawa. Kiedy Rosjanie mieli coś za uszami i chciałem interweniować, mój rosyjski odpowiednik stawał się kompletnie nieuchwytny. Wydzwaniałem do jego biura, a tam stale : – Komandujuszczego niet. Komandujuszczego niet. (W czerwcu 1992 roku gen. Dubynina na stanowisku rosyjskiego pełnomocnika ds. wojsk w Polsce zastąpił gen. Kowaliow)

- Kpiny w żywe oczy. Nic nie można było na to poradzić?

- Przedstawiłem sprawę szefowi Sztabu Generalnego i zaproponowałem zamknięcie strefy powietrznej, czyli niedawanie Rosjanom zezwoleń na start i przelot samolotów. Generał Stelmaszuk dał się przekonać, że innego wyjścia nie ma. Zawiadomiłem więc ministra Rokitę i panią premier o zamknięciu strefy.

- I to stało się podłożem konfliktu?

- Powód był inny. Spotyka mnie Rokita, krótko po zakończeniu konferencji prasowej: – Panie generale, pan mi powiedział, że strefa jest zamknięta, a dziennikarze twierdzą, że to nieprawda, bo samoloty radzieckie ciągle latają. – Pan im wierzy? – zapytałem. – Zapewniam pana, że nie latają. A Rokita: – Jeśli się okaże, że latają, to ja pana zdymisjonuję. Odparłem: – Ja się tu nie pchałem, panie ministrze. Jak zostanę zwolniony, to odejdę. Następnego dnia mnie przeprosił.

- Wróćmy do kontrabandy. Rosjanie przemycali skradzione na Zachodzie auta?

- Przerzucali samochody z Niemiec. Albo skradzione, albo kupione w sposób nielegalny. Powiedziałem wojewodzie Glapińskiemu, żeby zawiadomił prokuraturę i żeby celnicy weszli na teren lotniska. Ale Rosjanie nikogo nie chcieli wpuścić. Kowaliow oświadczył, że to jest ich teren i ani polscy prokuratorzy, ani celnicy nie mają prawa wstępu. Jednak kiedy strefa została zamknięta, po paru dniach zmiękł. Wpuszczeni na lotnisko polscy celnicy znaleźli kilkadziesiąt samochodów, do których nikt nie chciał się przyznać, a miały przebite numery nadwozi. Dopiero gdy Rosjanie pozwolili służbom celnym na dokonanie przeglądu wszystkich hangarów, otworzyłem strefę powietrzną.

- Lepiej się układała współpraca z Kowaliowem czy Dubyninem?

- Kulturalniejszy był Dubynin. Prywatnie można z nim było normalnie porozmawiać, ale kiedy pojawiały się mikrofony , zmieniał się od razu w czerwonoarmistę i zaczynał operować wyłącznie żargonem propagandowym. Wtedy dochodziło między nami do scysji, nawet telewizja jedną z takich scysji pokazała.

- Kłótnia na wizji miedzy polskim a rosyjskim pełnomocnikiem?

- To była misternie zaplanowana akcja. Jeszcze w czasie rządu Olszewskiego. W Legnicy miała się odbyć uroczystość przekazania Kościołowi okazałej willi, w której wcześniej był klub oficerski. Powstawała nowa diecezja i był potrzebny reprezentacyjny budynek na siedzibę dla biskupa. Na początku stycznia 1992 roku otrzymałem zaproszenie od Dubynina do udziału w tej uroczystości.

- Nie bardzo rozumiem. Dubynin chciał podarować Kościołowi budynek, który do tej pory był użytkowany przez Rosjan?

- No właśnie. Wszystko, cokolwiek było na naszym terenie użytkowane, obojętnie, czy dzierżawione, czy też przez wojsko radzieckie wybudowane, stanowiło własność skarbu państwa i tylko wojewodowie mogli decydować, jakie ma być przeznaczenie danego obiektu. Tymczasem Dubynin chciał sprawiać wrażenie, że to Rosjanie są dysponentami. Ale mu się nie udało.

- Tupnął Pan nogą?

- Wstrzymałem uroczystość. Wojewoda legnicki przyrzekł wcześniej kardynałowi Gulbinowiczowi, że ten budynek będzie przekazany Kościołowi. Miało się to jednak odbyć zgodnie z ustaloną procedurą, czyli najpierw zostać przeprowadzona inwentaryzacja i wycena, następnie podpisanie przez pełnomocników obu krajów protokołu zdawczo-odbiorczego i dopiero wtedy mogło dojść do przekazania obiektu. Otrzymałem od wojewody zaproszenie do uczestniczenia 26 stycznia w dwóch uroczystościach.

- Kościelnej i świeckiej?

- Dwóch świeckich. Tego samego dnia miało nastąpić przekazanie budynku Kościołowi oraz uroczyste otwarcie prywatnej szkoły menedżerów dla oficerów armii Federacji Rosyjskiej, którzy po wyjeździe z Polski wybierali się do cywila i zamierzali uruchomić własną działalność gospodarczą. Otwarcie szkoły miał uświetnić wykład inauguracyjny prof. Kalety.

- Ciągle nie widzę powodów do scysji.

- Zaraz pani zobaczy. Wojewoda Glapiński i kardynał Gulbinowicz podpisali przygotowane dokumenty i przeszliśmy do budynku przewidzianego na szkołę, gdzie miał się odbyć wykład. Zdumiałem się. Sala wypełniona po brzegi dziennikarzami, nabita tak, że i na podłodze, i na parapetach siedzą, stoi też stół prezydialny i widzę na nim duże wizytówki z nazwiskami moim i Dubynina pośrodku, a po bokach wojewody, ambasadora rosyjskiego i prof. Kalety.

- Trochę inaczej urządza się wnętrze przeznaczone do wysłuchania wykładu.

- Też pomyślałem, że to sala przygotowana do konferencji prasowej, w której na dodatek, bez uzgodnienia ze mną, zaplanowano mój udział.

- I raczej się Pan Generał nie pomylił.

- Pół biedy, gdyby to była jedynie nie uzgodniona ze mną konferencja prasowa. Ale to był perfidny atak na Polskę. Większość dziennikarzy, głównie korespondenci zagraniczni, choć nie tylko, zostali zaproszeni przez ambasadę rosyjską, nawet przywiezieni z Warszawy specjalnym samolotem, a telewizja transmitowała to wydarzenie na żywo. Dubynin chciał, żeby w świat poszedł przekaz, iż Rosjanie robią wszystko, żeby nam nieba przychylić, dla przykładu, oddają właśnie na potrzeby polskiego Kościoła własny klub oficerski, a my się im odwdzięczmy szerzeniem kłamliwych informacji, że stwarzają problemy. Na koniec zakpił, że nawet jeśli któregoś dnia rano Polacy zobaczą, że już nie ma w Polsce żadnego rosyjskiego żołnierza, to i tak będą twierdzić, że jeszcze tutaj wojska rosyjskie stacjonują.

- Jaka była reakcja Pana Generała?

- Najpierw wyliczyłem różne przypadki utrudniania przez Rosjan procesu przekazywania zajmowanych przez nich nieruchomości, a potem powiedziałem: – Jeśli idzie o hipotetyczną sytuację, w której Polacy budzą się rano i stwierdzają, że już nie ma w naszym kraju żadnych wojsk sowieckich, to zapewniam pana generała, że reakcją na taką wspaniałą wiadomość będzie festiwal radości w całej Polsce. I to nadała telewizja. W nocy urywały się telefony z gratulacjami. Dzwonili do mnie i z URM-u, i koledzy z wojska.

- Jaki był finał tej nieszczęsnej konferencji?

- Wieczorem odbyło się uroczyste przyjęcie z udziałem wszystkich oficjeli, ale panowała chłodna atmosfera. Wzniosłem toast, żebyśmy to, co było na konferencji, puścili w niepamięć. Zerwały się oklaski, a do mnie podszedł kardynał Gulbinowicz i zaproponował brudzia.

- Zakończył Pan Generał pracę w charakterze pełnomocnika rządu wraz z wyjściem ostatniego rosyjskiego żołnierza?

- Minister Rokita zawnioskował o przedłużenie okresu działalności, bo trzeba było zarchiwizować wszystkie materiały i przygotować dla rządu sprawozdanie z wypełnienia misji, które złożyłem, gdy premierem był Waldemar Pawlak. Ktoś, nie wiem kto, wystąpił o bardzo wysokie odznaczenie dla mnie: Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Odznaczenie to wręcza prezydent. Mnie Wałęsa nie wręczył.

- Ktoś z jego upoważnienia udekorował Pana Generała?

- Nic nie wiedziałem, że dostałem to odznaczenie. W lutym 1995 odbywało się posiedzenie Rady Ministrów, podczas którego miałem złożyć sprawozdanie. Nim to nastąpiło zadzwonił do mnie Mieczysław Węgorowski, kadrowiec URM-u, i mówi: – Słuchaj, ja nie wiem, co mam z tym zrobić, bo przysłali dla ciebie order z Belwederu. Przyszedł pocztą, a przecież prezydent powinien go wręczyć. Zareagowałem z głupia frant: – To odeślij, Mietek, z powrotem. – No nie, nie wygłupiaj się, tak nie można – powiedział. – To wiesz, co zrobię? – zapytałem. – Wezmę pół litra i przyjdę do ciebie, powiesisz mi na szyi ten medal i wypijemy.

- Żarty żartami, ale urzędnik miał poważny problem do rozwiązania.

- Szefem Urzędu Rady Ministrów był wówczas Michał Strąk. Wprowadził zwyczaj spotykania się raz w tygodniu z podlegającymi mu podsekretarzami i dyrektorami generalnymi. Podczas jednej z tych środowych nasiadówek minister Strąk wręczył mi medal, dodając przy okazji, że po raz pierwszy w życiu dokonuje aktu dekoracji tak wysokim odznaczeniem państwowym. Tak mnie upokorzył Wałęsa za to, że nie chciałem go odwiedzać oraz za to, że sprzeciwiłem się tworzeniu spółek polsko-rosyjskich.

- Chyba rzeczywiście prezydent Wałęsa nie lubił Pana Generała.

- Po zakończeniu procesu wyprowadzania wojsk rosyjskich wszyscy pełnomocnicy rządów, czyli oprócz mnie niemiecki, czechosłowacki i węgierski, opisali swoje działania i powstała książka, której wydanie sfinansował minister obrony Słowacji. Wstęp do poszczególnych rozdziałów napisali prezydenci krajów, których dany rozdział dotyczył. Za wyjątkiem Polski. Wysłałem do Lecha Wałęsy pismo z prośbą o napisanie wstępu do rozdziału dotyczącego wyprowadzania wojsk rosyjskich z naszego kraju w czasie jego kadencji. Nawet mi nie odpisał. Onyszkiewicz napisał wstęp.

- Nieprzyjemna sprawa. Proszę opowiedzieć coś weselszego na zakończenie.

- Opowiem o jeszcze jednym telefonie od prezydenta. To będzie dość humorystyczne. Melduję się, a Wałęsa: – Proszę mi wykonać plan przedyslokowania jednostek wojska polskiego do obiektów po armii radzieckiej. Chodziło mu o garnizony w Świeciu i Gdańsku. Mieliśmy przenieść całe jednostki wraz z rodzinami. Mnie dosłownie wcisnęło w fotel.

- Czemu miało służyć to przeniesienie?

- Tak się Wałęsie umyśliło. Wojsku polskiemu obiekty poradzieckie były niepotrzebne. Powiedziałem: Bardzo przepraszam, panie prezydencie, ale tego polecenia nie mogę wykonać. Z trzech powodów: po pierwsze, nie jestem upoważniony do przygotowywania planów dotyczących wojsk polskich, po drugie, jestem czynnym generałem i nie mogę narzucać ministrowi obrony narodowej żadnych rozwiązań, po trzecie, jestem pełnomocnikiem rządu, więc wykonuję polecenia premiera. Mogę panu prezydentowi przekazać wykaz pozostawionych przez Rosjan obiektów, z którymi nie mogą sobie poradzić wojewodowie.

- Może również dlatego Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski został przekazany drogą pocztową.

Pierwszą część wywiadu Ewy Starosty z generałem Zdzisławem Ostrowskim zatytułowaną “Powiem o rzeczach, o których nigdy dotąd nie mówiłem” można przeczytać: TUTAJ

Opinie

No cóż, nie o wszystkim Pan Ostrowski teraz opowiada:
Z rekomendacji wiceministra Komorowskiego pochodził też ostatni pełnomocnik rządu RP ds. pobytu wojsk rosyjskich w Polsce, gen. Zdzisław Ostrowski. W latach 70. odbył on studia w Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR, czyli sławnej „Woroszyłówce”, po czym otrzymał awans generalski i kolejne nominacje na dowódcze stanowiska w różnych okręgach wojskowych.

Charakterystyczne, jak marszałek Sejmu wspomina tego oficera: „Dosyć skutecznie uzgadniał z Rosjanami różne sprawy techniczne, walcząc o to, żeby nie pozostawili całkiem zdewastowanych terenów i obiektów. W nagrodę miał on złożyć meldunek pani premier Suchockiej o zakończeniu misji i tym samym o zakończeniu pobytu wojsk rosyjskich w Polsce. Ja też byłem bardzo dumny, że oto, proszę bardzo, generał III Rzeczypospolitej składa premierowi III Rzeczypospolitej meldunek o tym, że ostatni obcy żołnierz opuścił nasz kraj. Ostrowski ćwiczył ten meldunek wcześniej wiele razy. Przed uroczystością na jednym z korytarzy Urzędu Rady Ministrów, zawieszono mapę Polski. Kamery w ruchu. I Ostrowski rozpoczyna:
- Melduję, Pani Premier, że terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej opuściły ostatnie oddziały armii radzieckiej!
W tym momencie orientuje się, że zamiast Rzeczypospolitej powiedział Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Więc sam sobie wydaje rozkaz:
- Wróć!
Wraca. I:
- Melduję, Pani Premier, że terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej opuściły ostatnie oddziały… Okazało się, że nie był w stanie się przełamać. Po prostu automatyzm funkcjonował. Z wielkiego święta zrobiła się anegdota”
~lech · 15 września 2012 14:00
nie kończył woroszyłówki, działał w solidarności i komitecie prymasowskim a przemawiając 15 sierpnia na Starym Rynku też powiedział Polska Rzeczpospolita Ludowa; czy dlatego że nie mógł się przełamać?
~senator Kobiak · 15 września 2012 14:30
Co Kobiak robił w Bydgoszczy, przecież to człowiek caUBeckiego i leń-ca? Czy już robił rozeznanie w sprawie zapowiadanej przez nich pacyfikacji naszego miasta? Czy spotkał się z AA, Peronem, Starostą, Dombrowiczem w celu ustalenia szczegółów ??
~przerażony · 16 września 2012 15:43
Zabieram głos jeszcze raz, bo poruszyło mnie to, co jeszcze wyskoczyło z google na temat tego pana. Okazało sie, że planując swoją karierę wojskowa wstąpił do oficerskiej szkoły KBW - czyli nie chciał być lotnikiem, marynarzem, czy czołgistą. Chciał dowodzić oddziałami w korpusie bezpieczeństwa wewnętrznego powołanego do zwalczania AK i innych żołnierzy opozycji wobec władz PRL. Wcześniej został elewem, czyli szkolił się na podoficera

Został generałem u schyłku okresu gierkowskiego, kiedy generałami zostawali tylko zaufani, posiadający silną legitymację pzpeerowską.

W stanie wojennym awansował, jako np. szef sztabu okręgu odpowiadał za działania planistyczne związane z udziałem wojska w tłumieniu opozycji.

Rozumiem, że Komorowski i Wałesa mogli nie mieć kogoś innego pod ręką, a peerlowscy generałowie mieli tę cechę, że weszliby murzynowi bez mydła, byle tylko zachować gwiazdki i przywileje, ale promowanie teraz tej osoby to chyba przesada. Przecież on nawet okulary nosił takie, jak Jaruzelski.

Poniżej oficjalna internetowa notka biograficzna.


Zdzisław Ostrowski (ur. 16 lutego 1933 w Puznowie k. Garwolina) – generał brygady Wojska Polskiego.

W latach 1948-1951 był elewem Korpusu Kadetów Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a w latach 1951-1952 słuchaczem Oficerskiej Szkoły KBW w Legnicy. Po ukończeniu nauki pozostał w szkole. W latach 1952-1953 był zastępcą dowódcy kompanii, w latach 1953–1955 dowodził plutonem, a przez kolejne dwa lata kompanią. W latach 1958–1960 był szefem sztabu batalionu w 9 Pomorskim Pułku KBW w Bydgoszczy. Do 1963 roku wykładał w Oficerskiej Szkole KBW w Legnicy.

W latach 1964-66 studiował w Akademii Sztabu Generalnego w Warszawie, a po jej ukończeniu pozostał w niej jako pracownik dydaktyczny – starszy asystent ds. taktyki, a następnie – wykładowca taktyki i sztuki operacyjnej (do 1968 roku).

W 1967 roku uczestnik misji rozjemczej w Wietnamie Północnym. W 1969 roku szef sztabu 2 Brygady Wojsk Obrony Wewnętrznej W Białymstoku, następnie do 1972 roku dowodził tą jednostką. W 1970 roku został mianowany na stopień pułkownika.

W latach 1972-74 był szefem sztabu dywizji zmechanizowanej. W latach 1974-76 studiował w Akademii Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych ZSRR. W latach 1977-1979 dowodził 15 Dywizją Zmechanizowaną im. Gwardii Ludowej w Olsztynie. Awansowany na stopień generała brygady w październiku 1979 roku.

W latach 1979-80 szef sztabu Śląskiego Okręgu Wojskowego, następnie szef Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego w Olsztynie (15 września 1980 - 4 listopada 1981), szef sztabu Pomorskiego Okręgu Wojskowego (1981-1984) i zastępca dowódcy Pomorskiego Okręgu Wojskowego ds. Obrony Terytorialnej (1984-1990).

Od października 1990 roku pełnomocnik Rządu Rzeczypospolitej Polskiej ds. Pobytu Wojsk Radzieckich w Polsce i przewodniczący Delegacji Polskiej w Polsko-Rosyjskiej Komisji Mieszanej. Razem z zespołem rządowym prowadził rokowania dotyczące wycofania wojsk radzieckich. Kierował wycofaniem Północnej Grupy Wojsk Armii Radzieckiej, zakończonym 17 września 1993, po 48 latach ich "czasowego pobytu".

Zawodową służbę wojskową zakończył 13 lutego 1995 roku. Zamieszkały w Bydgoszczy, działacz społeczny organizacji kombatanckich – Związku Byłych Żołnierzy Zawodowych i Oficerów Rezerwy.

Odznaczony Krzyżem Komandorskim i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski oraz Złotym Krzyżem Zasługi.
~lech · 15 września 2012 14:32
Mój ojciec też został wcielony do KBW choc zgłosił się na ochotnika mając 17 lat. Myslę że to był taki dziwny czas i młodych zagubionych po wojnie szczeniaków nie można oceniać w perspektywie ex 50 lat. Wobec ruskich zachował się godnie i z honorem. SZACUNEK GENERALE !
~erkisha · 13 września 2013 22:02
Poniżej bohaterski życiorys "Lecha" napisany własnoręcznie przez niego samego:
Rafael Budzbon, ur. 10 VII 1961 w Bydgoszczy. Ukończył II LO tamże (1982).
W 1987 pracownik SP w Dobrczu, 1987-1988 Młodzieżowego Domu Kultury, 1988-1989 fotograf i drukarz w firmie Polmax. XI 1979 – VIII 1980 członek grupy Gniewni i Solidarni organizującej akcje ulotkowe i malowania na murach.
V 1981 – 13 XII 1981 członek, od VI 1981 wiceprzew. Rady Okręgowej Związku Młodzieży Demokratycznej w Bydgoszczy. W III 1981 członek Uczniowskiego KS w II LO. IX-XII 1981 współzałożyciel, autor i redaktor niezależnego pisma „Bydgoski Demokrata”. Po 13 XII 1981 działacz podziemia (we współpr. m.in. z Magdaleną Leś i Krzysztofem Maciejewskim); drukarz ulotek i niezależnych pism, m.in. „Solidarność Stanu Wojennego” (wraz z Wiesławem Gościnnym i Wiesławem Wójcikiem). 17 III 1982 aresztowany, przetrzymywany w AŚ w Inowrocławiu, uczestnik tygodniowej głodówki przeciwko wstrzymaniu korespondencji, widzeń z rodziną, adwokatem, 15 VI 1982 zwolniony po umorzeniu śledztwa. 1 V 1983 uczestnik niezależnej manifestacji, 9 V 1983 aresztowany, przetrzymywany w ZK w Koronowie, 27 VII 1983 zwolniony na mocy amnestii. W X 1983 współzałożyciel, autor i redaktor podziemnego pisma „Szansa”. W 1984 współautor (wraz ze Zbigniewem Zielińskim) wystawy fotograficznej z pogrzebu ks. Jerzego Popiełuszki, zorganizowanej w ramach Tygodnia Kultury Chrześcijańskiej w Bydgoszczy. Od 1985 współpracownik Ruchu Młodzieży Demokratycznej Wolność; 1985-1986 współzałożyciel, autor, redaktor i drukarz pisma bydgoskiego oddziału RMD „Raport”; drukarz Młodzieżowej Oficyny Literackiej (wydano m.in. wiersze więzienne Stefana Pastuszewskiego i kasety z koncertem Jacka Kaczmarskiego). 1984-1988 współwydawca (m.in. wraz z Piotrem Różyckim i Zbigniewem Zielińskim) podziemnych kalendarzy, znaczków poczt podziemnych i in. materiałów. W 1985 uczestnik spotkań RMD dot. powołania struktur krajowych, w 1986 uczestnik rozmów w zw. z wejściem RMD do Federacji Młodzieży Walczącej. 3 XI 1986 odesłał książeczkę wojskową do WKU, w X 1987 uczestnik głodówki w kościele św. Andrzeja Boboli w obronie Piotra Różyckiego i Oskara Kasperka. 13 II 1987 skazany przez Kolegium ds. Wykroczeń na karę grzywny za uchylanie się od służby wojskowej; w II 1988 autor listu do ministra obrony narodowej; 18 IV 1988 skazany wyrokiem Sądu Pomorskiego Okręgu Wojskowego na 2,5 roku więzienia, 21 VII 1988 zwolniony na mocy aktu łaski Rady Państwa. W VIII 1988 uczestnik strajku w Stoczni Gdańskiej im. Lenina; 1988-1989 (wraz z P. Różyckim, Sławomirem Dudkiewiczem) prowadził punkt konsultacyjny dla osób zainteresowanych wojskową służbą zastępczą; współorganizator akcji ekologicznych, petycji do gen. Wojciecha Jaruzelskiego ws. wyprowadzenia lotniska wojskowego z Bydgoszczy.
1989-1990 zatrudniony w firmie Pubrex. 1991-1992 współzałożyciel (wraz z Piotrem Różyckim) pierwszego niezależnego klubu Trytony; 1993-2005 własna działalność gospodarcza (fotografia); 1999-2001 fotoreporter w „Ilustrowanym Kurierze Polskim”, 2005-2007 pracownik Nadleśnictwa Żołędowo; od VI 2009 współpracownik „Gazety Pomorskiej”. Autor kilku wystaw fotograficznych (zbiorowych i indywidualnych). W 2002 laureat II nagrody w Ogólnopolskim Konkursie Fotograficznym. Wyróżniony odznaką Zasłużony Działacz Kultury (2000), odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski (2009).

Lech zapomniał dodać, że order "dostał" za założenie Ruchu Młodej Polski, z którym to ruchem nie miał nigdy nic wspólnego.
http://www.prezydent.pl/aktualnosci/ordery-i-odznaczenia/art,700,ordery-z-okazji-jubileuszu-30-lecia-powolania-ruchu-mlodej-polski.html
~Peron · 15 września 2012 15:33
Mam wielki szacunek dla takich ludzi jak pan Generał. To jest człowiek, który aktywnie tworzył naszą najnowszą historię. Kiedy czytam życiorys gieroja Budzbona to ogarnia mnie śmiech na mitomaństwo niektórych "opozycjonistów" którzy g.. znaczyli i zdziałali, ale to g.. tak opisują jakby to było własnoręcznie obalenie komuny. Fakt, że on ma order dowodzi tylko, że u Kaczyńskiego kiedy się miało wejścia można było sobie wszystko załatwić. Nawet wielgachny order.
~Meron · 15 września 2012 16:26
Powiedz to zamordowanym przez KBW.

Peron - przestrzeliłeś, jak łysy jajami o peron.
~lech · 15 września 2012 18:13
Znalazł się właściciel poległych i uciśnionych. Spójrz na swój prawdziwy życiorys łachudro, na swoje kłamstwa i przekręty, to się okaże czy możesz innych oceniać, ty pisarzu nienapisanych książek. Zapomniałeś już o swojej gorącej modlitwie o śmierć ciotki, u której kątem mieszkasz? Łysy ty jesteś moralne DNO i żaden po znajomości order tego nie przekreśli.
~Peron · 15 września 2012 19:39
Peron, nie kryj organizacji zbrodniarzy! Jaki masz w tym interes? Może jesteś autorką tego artykułu. W takim razie, po co to ukrywasz? Dla niektórych Starosta przecież brzmi dumnie, masz przecież swoje zasługi w tropieniu afer. Czy myślisz, że jak będziesz udawała chorą psychicznie, to będzie to bardziej wiarygodne? Nie każdy przecież da się na to nabrać.
~lech · 15 września 2012 19:56
Może dla niektórych Budzbon brzmi dumnie, dla mnie jednak jest symbolem oszustwa i skrajnego matactwa, a więc tego co w nas polakach najgorsze, pacjencie poradni zdrowia psychicznego. By rzucać w innych kamieniami, trzeba samemu być bez grzechu. Ty mataczałyś i kłamałeś, a szło tylko o jakiś order, nie wiem jak byś się zachowywał gdyby szło o przeżycie. Podejrzewam, że równie brutalnie byś walczył jak o swój wymarzony order.
~Peron · 15 września 2012 20:11
Napiszcie łachudry wniosek o dwa ordery dla Pana Perona, to ja go przyznam i będzie po ptokach.
~prezydent · 16 września 2012 14:38
O order orła białego dla Rafała Budzbona i Krystiana Frelichowskiego wystąpiło Prawo i Sprawiedliwość.
~z-ca prezydenta · 16 września 2012 22:00
Jestem za zrzutką na order dla perona - merona.
~psychiatra · 18 września 2012 08:12
Popatrzcie na życiorysy polskich dowódców w II RP. Gdzie się szkolili? U wrogów Polski!! U zaborców!!! Skandal? Straszny. Wołający o pomstę do nieba. Nawet tam na wierność musieli przysięgać. I co? I po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wiernie służyli ojczyźnie.
~Opanujcie się ! · 15 września 2012 20:27
Podtrzymuję problem: co innego wstąpienie do wojska, jako takiego, co innego wstąpienie do KBW, a zwłaszcza zostanie oficerem i dowódcą w KBW.
Być może młodszym to nie przeszkadza (nie szukaj w tym określeniu złośliwości) ale dla starszych Polaków KBW ma jednoznaczny wydźwięk.

~lech · 15 września 2012 20:39
chłopak chciał być wojskowym i rodzice wysłali 15-latka do szkoły kadetów.
~jakie wstąpienie do KBW? · 15 września 2012 22:16
Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) – specjalna formacja wojskowa, wchodząca w skład sił zbrojnych PRL, podporządkowana z uwagi na cele działań ministrowi bezpieczeństwa publicznego (1945–1954) a następnie ministrowi spraw wewnętrznych, powołana uchwałą Krajowej Rady Narodowej z dnia 25 maja 1945 roku dla walki z polskim podziemiem niepodległościowym.

Według danych oficjalnych, oddziały KBW zabiły w okresie od marca 1945 do kwietnia 1947 ponad 1 500 żołnierzy podziemia niepodległościowego, raniły 301, wzięły do niewoli 12 200 osób, aresztowały ok. 300 współpracowników podziemia oraz dalszych 13 000 osób oskarżanych o przynależność do antykomunistycznych organizacji konspiracyjnych.

KBW wziął udział w pacyfikacji wystąpień robotniczych w czasie Poznańskiego Czerwca 1956. W sumie do walk z demonstrantami w dniu 28 czerwca 1956 skierowano 329 żołnierzy KBW stacjonujących w Poznaniu (z 10 Wielkopolskiego Pułku KBW), którzy przy użyciu transporterów opancerzonych mieli odblokować oblężony przez protestujących gmach WUBP, co zakończyło się fiaskiem. Wobec niepowodzenia KBW dostarczało następnie amunicję oddziałom UB. Wobec decyzji władz PZPR o użyciu broni pancernej (głównie czołgi) przeciwko manifestantom, zastępca dowódcy KBW płk. Mieczysław Puteczny – wszedł w skład sztabu dowodzącego operacją gen. Stanisława Popławskiego. Następnie żołnierze KBW zostali podzieleni na kilkunastoosobowe grupy, które w nocy z 28 na 29 czerwca 1956 likwidowały stanowiska ogniowe powstańców.
~historyk · 16 września 2012 10:26
Panie historyku, ile ludzi zabił Zbigniew Ziobro kiedy był w szeregach PiS? Zapomniałeś oszuście?
~Pytek · 16 września 2012 21:56
Przed rozmową z generałem Ostrowskim przeczytałam jego życiorys i zmroziła mnie informacja, że służył w KBW, bo ta formacja kojarzy mi się wyłącznie ze zwalczaniem niepodległościowego podziemia, więc zapytałam go, czy ma krew na rękach. Powiedział, że po zakończeniu przez niego nauki wyszło na jaw, że jego ojciec był w czasie okupacji żołnierzem Armii Krajowej. Po przeprowadzeniu dochodzenia uznano jednak, że Ostrowski nie zataił tej informacji, ale naprawdę nie wiedział, co ojciec robił w latach okupacji, bo był wtedy dzieckiem. Nie mniej uznano go za element niepewny i nie powierzano mu zadań, które wymagały "politycznej dojrzałości".
~Ewa Starosta · 16 września 2012 18:13
Czy sama z nim rozmawiałaś czy był z tobą Peron czyli fryzjer-frajer golący łysych ?
~do pani Strosty -Gąski · 16 września 2012 19:32
Był przy tej rozmowie autor wybitnego poematu "Noc jak Dzień" Rafał Budzbon http://www.skutecki.pl/mowibydgoszcz/ludzie.php jak również współtwórca wybitnego dzieła historycznego odznaczonego przez Lecha Kaczyńskiego wielgachnym orderem "Niezależne inicjatywy obywatelskie i społeczno-kulturalne bydgoskiej młodzieży w latach 1979-1989" Rafał Budzbon.
~Peron · 16 września 2012 22:17
Boże co za życiorys ma pan Budzbon. On musi mieć dużą fantazję by sobie taki życiorys napisać.
~Zazdrośnik · 17 września 2012 22:19
Trzeba było nie zdradzać PIS na rzecz Konstantego toruńskiego, /co ci obiecał, golenie łysych przez 20 h dziennie czy pasienie gęsi u CaUBeckiego?/, może wówczas też mielibyście jakiś order od śp. Lecha Kaczyńskiego?
Teraz walcz o order z kartofla od AA ,tylko przed zdejmij kominiarkę.
~ES+ Peron · 17 września 2012 08:37
Pani Ewo, dobrze, że Pani odezwała się w tej w prawie na forum i dobrze, że tym samym pokazała Pani swój dystans do tego człowieka.
Swoją drogą, wynika z tego, że gdyby nie ten ojciec w AK, to pan Ostrowski dopiero by się w KBW rozwinął.

A może ten ojciec w AK, to fikcja, bo jak to może być, że syn żołnierza AK, który w czasie okupacji jest na tyle dojrzały, że dostrzega zło wojny, zło (dla innych być może - dobro) okresu powojennego, jest wśród tego wszystkiego, co czyni UB i KBW, pozostaje oficerem KBW, zamiast przenieść się do innej formacji, a nawet szkoli oficerów KBW w zakresie taktyki.
Ja akurat wiem, co sądzić o takim człowieku, młodszym być może to jest obojętne.
~lech · 17 września 2012 09:20
Niestety, nie jeden syn akowca zapisał się do PZPR. Mało tego, nie jeden były akowiec był członkiem tej partii. Nawet niektórzy stalinowscy sędziowie wojskowi mieli akowska przeszłość. Akowcem był m.in. osławiony stalinowski spiker radiowy Martyka, zgładzony zresztą przez innych akowców za wyjatkowe zaprzaństwo.
Były to oczywiście wyjątki wśród tysięcy prawdziwych patriotów z akowskim rodowodem. Niemniej, zdarzały się.
Wydaje mi się jednak, że gdyby ojciec przyszłego generała był w AK, syn zostałby wyrzucony z KBW zaraz po odkryciu tej prawdy. W okresie stalinowskim obowiązywały takie "standardy". Pozostaje więc domniemanie, że Ostrowski, po ujawnieniu akowskiej przeszłości ojca, szczególnie czymś się dla władzy zasłużył i dlatego pozostał w Korpusie. Nie chcę jednak robić człowiekowi krzywdy taką sugestią, bo nic na ten temat nie wiem.
W każdym razie jest to ciekawa sprawa.
~Sten · 18 września 2012 11:34
Ludzie,,,może nie pamietacie już czasów socjalizmu?? Gdzie miał iść młody człowiek po mundur?Pracowac na poczcie?? w lesie??Kiedyś wszyscy przecież chodziliśmy do "socjalistycznych" szkół,,,nie było innych!!Teraz gdy czytam różne spostrzeżenia,,ludzi którzy niby się nie "splamili" współpracą z "komuną" śmiech mnie ogarnia!!! Ale to było,,, Nie oceniajmy już innych,,cieszmy się że znalezili się kiedyś ludzie pokroju pana Generała,,że im się chciało coś zrobić dla Ojczyzny!!!!!!! Wielki szacun dla p Starosty za b ciekawy artykuł,,i pozdrowienia dla p Generała!!!!!
na marginesie;znam p Generała osobiście i jestem dumny z tego że poznałem bardzo ciekawego Człowieka!!
~banas · 18 września 2012 20:50
banas : Masz sporo racji. Z całą pewnością rozdział życia pana generała Ostrowskiego związany z wyprowadzaniem wojsk sowieckich z Polski należy uznać za udany i pozytywny. Nie bardzo natomiast mogę zgodzić się z pierwszymi zdaniami Twojej wypowiedzi. Czy praca na poczcie albo w charakterze leśniczego jest czymś hańbiącym ? Uważam, że bardziej dwuznaczna była slużba w KBW.
~Sten · 18 września 2012 21:39
no dobra, baz już nie ma a za gaz trzeba płacić jak za zboże i jeszcze pasterze wzywają, by jednać się z braćmi w wierze - Rosjanie wyszli, bo ustalili z Berlinem, że tu będzie strefa zdemilitaryzowana i to jest skutecznie forsowane od 20 lat - teraz to generał dumnie wypina pierś, co to on nie zrobił, solidarność wyjeżdża ze styropianowym męczeństwem, a chyba ostatni, którzy coś konkretnego zrobili dla Polski to wykonawcy wyroku na Martyce
~The Big E · 18 września 2012 21:59
Sten - ok. znasz temat, z Tobą można rozmawiać. Jednak nim wypowiesz typowe stwierdzenie o "dwuznacznej służbie w KBW", winieneś wpierw zajrzeć do biogramu Pana Generała. Otóż do Korpusu Kadetów wstępował chłopak, wręcz dziecko. Wiadmo, że po ukończeniu KK prostą konsekwencją była służba wojskowa. KK podlegał KBW - czy rodzice Pana Gen. o tym wiedzieli? Pewnie tak. Jeśli podjęli takową decyzję, to myślisz, że kierowali się złą wolą? chcieli źle dla swego syna? Tak więc to oni wyznaczyli Mu przyszłość. Poza tym, jaką możliwość wyboru ma żołnierz? Chyba wiesz, czym grozi nie wykonanie rozkazu? Mądrość życiowa nakazywała tak kroczyć przez życie, by się nie splamić i nie zostać "płk. Kuklinowskim".
~Bren · 19 września 2012 08:25
Ja też poznałem Ostrowskiego w 79 roku, gdy byłem żołnierzem służby zasadniczej w Olsztynie. Świeżo został generałem, potem podobno miał jakiś wypadek i zastąpił go płk. Skotnicki. Wtedy zapamiętałem spotkanie z nim z tego, że opowiadał nam o wyższości socjalistycznego wojska nad innymi, ze szczególnym zwróceniem nacisku na socjalistyczne.

A do Stena - przenoszę ci blokiem oficjalny biogram Ostrowskiego zamieszczony wyżej, zresztą jest on chyba częścią oficjalnego biogramu.
Trzeba oddzielić lata pacholęce od lat dorosłych. Kto ma uwierzyć, że mamusia kazała Ostrowskiemu wstąpić do szkoły oficerskiej, a potem tatuś kazał mu zostać dowódcą kompanii, a potem Rodzina uchwaliła, że będzie innych KBWowców uczył taktyki działań wobec opozycji.


"w latach 1951-1952 słuchaczem Oficerskiej Szkoły KBW w Legnicy. Po ukończeniu nauki pozostał w szkole. W latach 1952-1953 był zastępcą dowódcy kompanii, w latach 1953–1955 dowodził plutonem, a przez kolejne dwa lata kompanią. W latach 1958–1960 był szefem sztabu batalionu w 9 Pomorskim Pułku KBW w Bydgoszczy. Do 1963 roku wykładał w Oficerskiej Szkole KBW w Legnicy."
~lech · 19 września 2012 10:36
Lech : Drugi akapit wypowiedzi powinieneś kierować raczej do "Brena", a nie do mnie. Ja bowiem zgadzam się z Twoją wypowiedzią na ten temat, chociaż z pewnymi zastrzeżeniami : Otóż 15-latek, także w okresie stalinizmu, nie posiadał pełnej zdolności do czynności prawnych, czyli nie mógł samodzielnie decydować o wyborze szkoły wbrew woli rodziców. No chyba, że był w tym czasie sierotą. Należy więc domniemywać, że do szkoły KBW posłali go rodzice. Z drugiej strony patrząc, od 15-latka, nawet gdyby podejmował decyzje samodzielnie, nie można wymagać prawidłowej oceny rzeczywistości społeczno-politycznej w kraju. Ostatecznie dlatego ustalono próg pełnoletniości oraz nabycie praw wyborczych począwszy od 18 roku życia, że dopiero od osób w tym wieku można wymagać pełnej świadomości obywatelskiej. 15-letni Ostrowski miał prawo żyć młodzieńczymi iluzjami.
Inaczej jednak oceniam jego wybory jako osoby dorosłej . Nie chodzi mi nawet o ten formalny próg ukończenia 18 roku życia, ale o czasy późniejsze.
Z pewnością mógł w pewnym momencie postarać się o zmianę formacji w której służył jako żołnierz zawodowy. Nie musiał tak długo pozostawać w ubeckim KBW. Zwyciężyła prawdopodobnie chęć zrobienia znaczącej kariery. Jest to skadinąd całkiem ludzkie dążenie, ale kariera wojskowa w PRL wymagała legitymowania się odpowiednią postawą "ideowo-polityczną".
Myślę jednakże, że pod koniec kariery wojskowej generał Ostrowski swoimi działaniami zapisał się pozytywnie w historii Polski.
Reasumując : Nie ma na świecie ludzi idealnych, ludzi bez skazy. Nie na darmo Jezus powiedział w odniesieniu do wrogów Marii Magdaleny : " Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem".
~Sten · 19 września 2012 12:34
Do " The Big E" : Za gaz płacimy jak za zboże dlatego, że sami gazu nie mamy. Wina generała Ostrowskiego, działaczy "S" oraz zabójców Martyki w tym żadna. Należy wiercić "łupki', wykłócać się do upadłego z Brukselą, by nas nie hamowała w tych poczynaniach. Zamiast narzekać, że wszystko dzieje się źle, najlepiej samemu się zaktywizować.
A z Rosyjską Cerkwią Prawosławną jednać się można, ale nie trzeba. Nie ma takiego obowiązku. Niech każdy w tej materii postępuje według własnej woli i własnego rozeznania geopolitycznego.
~Sten · 19 września 2012 12:46
My w Brukseli śledzimy z wielką uwagą toczącą się na tym portalu dyskusję. Ja jako szef UE zaczynam dzień pracy od uważnego przeczytania wszystkich wpisów, gdyż dostajemy od was cenne wskazówki jak mamy rządzić w Europie. Bez waszych całodobowych wpisów ziemia zaczęła by się kręcić w drugą stronę. Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję.
~Hose M. Barroso · 19 września 2012 16:21
Dobre!!!Pozdrawiam!
~banas · 20 września 2012 13:12
Brawo. Genialne. Pozdrawiam!!!!!!
~jan jose · 20 września 2012 14:29