Ja się starzałam, a on się nie zmieniał. Kiedy poznałam Jana Góreca-Rosińskiego, miałam 24 lata, a on 59, siwe włosy i brodę. Dla świeżo upieczonej absolwentki polonistyki był starszym panem. Spotykając go wiele lat później, mówiłam: – Szefie, to nie jest sprawiedliwe, ja się starzeję, a pan się w ogóle nie zmienia. Górec odpowiadał: – Ja nie mam czasu umierać, zbyt jestem zapracowany.
Mimo że miał osiemdziesiątkę na karku, działał na pełnych obrotach. Redagował kwartalnik ?Metafora?, jeździł po różnych instytucjach, wydeptując środki na jego wydanie, korespondował z pisarzami z całej Polski i sam ciągle pisał.
W 2001 roku wyszła książka, nad którą Górec myślał i pracował bardzo długo, dramat mityczny ?Mesjasz Zbuntowany?. Nazywał ją dziełem życia. Ponad połowę 500-stronicowego utworu zajmuje dyskusja między Agnostykiem i Mistrzem, a jej przedmiotem są najistotniejsze problemy ontologiczne i epistemologiczne, takie jak istnienie szatana, nieśmiertelność duszy, wiarygodność objawienia czy rola wolnej woli.
Także ja toczyłam z szefem wielogodzinne dyskusje, w których on występował w roli agnostyka, a ja usiłowałam mu przekazać sens wiary w istnienie Boga Osobowego. Odpierał moje argumenty słowami, które później znalazłam w ?Mesjaszu Zbuntowanym?: ?Takiego Boga w Kosmologii nie ma: stworzyli go ludzie, ale ta Idea jest twórcza, konieczna: żyć pomaga ludziom, wypiękniać swe wnętrze, budować nadzieję, wierzyć w nieśmiertelność.?
Dyskusje prowadziliśmy również z innych powodów. Pewnego dnia zostałam wezwana na dywanik. Weszłam do gabinetu redaktora naczelnego, a szef przywitał mnie pytaniem: – Nie podoba się pani święto ludu pracującego, pani Ewo? Okazało się, że chodzi o moją nieobecność na pochodzie pierwszomajowym. No i zaczęła się wymiana poglądów na temat sposobów świętowania, rozmiarów kontroli partyjnej, istoty wolności itd, itd. Kiedy pod dwóch godzinach wychodziłam z gabinetu naczelnego, Górec był usatysfakcjonowany, że miał możliwość podyskutowania na kilka interesujących tematów i w ogóle nie pamiętał, z jakiego powodu zostałam przez niego wezwana.
Długą dyskusję odbyliśmy też w 1980 roku, kiedy wstąpiłam do NSZZ ?Solidarność?. Szef przekonywał mnie wtedy, że lepiej bym postąpiła, zapisując się do PZPR, gdyż, jak twierdził, w partii wrze teraz i jeśli znajdzie się w niej wielu porządnych ludzi, jest szansa, iż ulegnie gruntownej przemianie. Po latach stwierdził: – To pani miała rację.
Górec zawsze był lewicowych poglądów, już we wczesnej młodości wstąpił do PPS. Miał pretensje do Cyrankiewicza, że swoimi działaniami unicestwił ruch socjalistyczny. W czasie jednej z rozmów uświadomiłam sobie, że tym samym, czym dla mojego pokolenia był rok 1980, był dla niego rok 1956. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie przeżył rozczarowanie, kiedy oczekiwane przez niego zmiany okazały się iluzją. Pracował wtedy w redakcji Polskiego Radia i zdradził, że w 1957 roku postanowił, wraz z kolegą redakcyjnym Stanisławem Mędelskim, iż na znak protestu popełnią samobójstwo. Jeszcze pięćdziesiąt lat później nękało go poczucie winy: – Staszek odebrał sobie życie, a ja stchórzyłem.
Wierność ideom socjalizmu szła u niego w parze z niechęcią do partyjnego zamordyzmu. Był nie cierpiany przez miejscowy aparat PZPR, którego czołowych przedstawicieli opisywał w satyrycznych utworach, ukrywając ich nazwiska pod zwierzęcymi imionami. Ale wszyscy rozpoznawali pod postacią żubra ówczesnego sekretarza KW Żmudzińskiego. Górec mógł sobie pozwolić na dworowanie z miejscowych watażków, bo miał liczących się przyjaciół w Warszawie, głównie ludzi pióra, m.in. Mieczysława Rakowskiego.
Pamiętam, jak się zdenerwował, gdy dowiedział się, że byłam przesłuchiwana przez SB. – Dlaczego pani mi nie powiedziała, że dostała wezwanie? Zrobiłbym dziką awanturę w komitecie, że ośmielają się wzywać moich dziennikarzy – oświadczył.
Postawił się okoniem również w stanie wojennym, gdy nie chciał dopuścić do weryfikacji zespołu dziennikarskiego. Pojechał nawet do Warszawy, do KC. Skończyło się na tym, że nie stanęliśmy przed komisją weryfikacyjną, jak to było w innych redakcjach. Do nas osobiście przybył sam główny weryfikator Janusz Zemke, żeby porozmawiać z dziennikarzami. Nikt nie stracił pracy, choć regułą było w całej Polsce, że wyrzucano na bruk za przynależność do ?Solidarności?, a w ?Faktach? było więcej członków ?S?, niż we wszystkich innych redakcjach bydgoskich łącznie.
Górec ? jako prezes tutejszego oddziału ZLP, szczególnie dbał o pisarzy. Przytulił na pół etatu nie mającego grosza przy duszy Bruno Milczewskiego. Kiedy Kazimierz Hoffmann zwolnił się z PAP na znak protestu przeciw zmanipulowaniu jego informacji o wydarzeniach marcowych w 1981 roku, Górec natychmiast zatrudnił go w ?Faktach?. W redakcji pracowało kilku innych poetów: Krzysztof Nowicki, Andrzej Baszkowski, Lesław Ordan, Piotr Cielesz, Czesław Slezak.
Szef też pisał wiersze i chociaż zajmowałam się krytyką literacką, z żadnego tomiku poetyckiego jego autorstwa nie napisałam recenzji. Nie mógł tego pojąć Leszek Bugajski, bo jego szef, redaktor naczelny ?Życia Literackiego?, wymagał od niego recenzowania wszystkich swoich książek. To był przymus redakcyjny. W ?Faktach? panowały inne obyczaje. Dostawałam od Góreca jego kolejne zbiory wierszy z dedykacją, ale do nich nawet nie zaglądałam. Świadomie. Gdybym przeczytała, wyrobiłabym sobie jakiś pogląd i na pewno bym napisała recenzję. Pochwalną recenzję uznano by za maślenie szefowi, a krytyczna sprawiłaby mu przykrość, gdyż cenił moją opinię. Przy każdym naszym spotkaniu w minionych latach mówił, że moim życiowym błędem jest to, że przestałam się zajmować krytyką literacką.
Kiedy w zeszłym roku usłyszałam w słuchawce smutny głos Wojtka Góreca, przestraszyłam się, że dzwoni, by powiadomić nas o śmierci ojca. Wiadomość, którą przekazał była bolesna, ale też szokująca. Zmarła jego mama, Barbara Dobrzalska, żona Jana Góreca?Rosińskiego, młodsza od niego o 18 lat, utalentowana reportażystka i moja ulubiona koleżanka redakcyjna.
Basia opowiedziała mi kiedyś, jak się poznali. Górec odwiedził w jakiejś sprawie jej rodziców i został ugoszczony kawą. Pili tę kawę i rozmawiali, a Baśka zorientowała się w którymś momencie, że siedzący obok niej przy stole Górec rzucił jej na kolana karteczkę. Widniało na niej tylko jedno zdanie: Pani zostaniesz moją żoną.
Basia była wyjątkowej urody kobietą i nic dziwnego, że poeta zakochał się w niej na zabój od pierwszego spojrzenia. Stanowili zresztą wspaniałą parę. On poświęcił jej ogromną liczbę miłosnych wierszy, ona, choć sporo od niego młodsza, była nie tylko jego muzą, ale trochę też matkowała chodzącemu z głową w chmurach mężowi. Mówiła o nim po nazwisku: – Górec jeszcze nic o tym nie wie. Ciekawe, co Górec powie. Górec myśli, że rzuciłam palenie. Wszyscy w redakcji mówili o szefie Górec.
Zabawną historię mi kiedyś Basia opowiedziała. Przygarnęła bezdomnego psa, który okazał się szczenną suką. Potem był kłopot ze znalezieniem chętnych na szczeniaki, więc Górec powiedział, że może okazywać zwierzętom dobre serce, ale niech już więcej nie sprowadza do chałupy żadnej suki. Kiedy więc Baśka przygarnęła kolejną bezdomną kundelkę, okłamała męża, że to pies, a ponieważ suczka była mocno owłosiona i przyrodzenie było ukryte, Górec dał się nabrać. Po jakimś czasie suka dostała ruję i zapach zwabił okoliczne psy. Górec wyszedł przed dom, zobaczył psy koło ogrodzenia i stwierdził: – Świat stanął na głowie. Kiedy byłem dzieckiem, widziałem jak psy, nawet z sąsiedniej wsi, biegały do suki. A teraz suki przybiegają do psa.
Kilka lat temu zatelefonowałam, by powiadomić Basię o zebraniu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Słuchawkę podniósł Górec. Powiedziałam: – Dzień dobry, szefie. Wyraził zdziwienie : – Ciągle mnie pani tak nazywa? – A jak mam pana nazywać? ? zapytałam. – Jest pan jedyną osobą w moim życiu, do której mówiłam szefie, więc zawsze tak będę mówić.
Jan Górec-Rosiński
Samorodek
Prawda jest prosta
jak samorodek
przeleżeć może w tobie
całe życie
odkryjesz
ugodzi
w środek fałszu
będzie stąpała po cierniach
kwitła na popiołach
nawet twój grób
nie zgasi jej światła