– Co się stało, że w ciągu dwóch dni sześć tysięcy ludzi zadeklarowało, że chce wyjść na ulicę i protestować?

- Jest to wynik dotychczasowych działań prowadzonych przez rząd, który chce kontrolować każdą dziedzinę życia obywateli. Rządzącym nie wystarcza już rabowanie ponad połowy naszych dochodów, mówienie nam, co możemy pić i co palić, zmuszanie nas do ubezpieczania się w niewydolnych finansowo instytucjach, oraz cała sterta nakazów, zakazów i pouczeń. Postanowili więc zaatakować internet jako ostatni bastion wolności i obroną przeciw zagrażającą zewsząd biurokracją. W związku z tym młodzi ludzie, którzy intuicyjnie wyczuwają zagrożenia postanowili się zjednoczyć i zaprotestować ponad podziałami politycznymi.

– Co chcecie osiągnąć przez tę manifestację?

- Po pierwsze chcemy przypomnieć rządzącym, kto w tym państwie jest dla kogo. Jednocześnie chcemy dać sygnał ludziom, którzy stracili już wiarę w możliwość przywrócenia państwa prawa, że jest to możliwe. Że są tysiące, a nawet setki tysięcy ludzi pragnących normalności. To znaczy: małego rządu gwarantującego obywatelom pełen zakres swobód.

– To jest w pewnym sensie kontynuacja “Marszu niepodległości”?

- Kontynuacja jeśli chodzi o bunt, sprzeciw wobec establishmentu. Natomiast w innej konfiguracji organizacyjnej. “Marsz niepodległości” jednoczył wszelkie organizacje patriotyczne, narodowe. Natomiast ta fala protestu obejmuje znacznie szerszą grupę, włączając w to wszelkie odłamy wolnościowców i liberałów. Ale tych prawdziwych, a nie “gdańskich”.

– Nie boicie się, że zostaniecie wykorzystani przez doświadczonych polityków?

- Sądzę, że doświadczeni politycy już tak obrośli w piórka i są pewni swego, że zwyczajnie zignorują, zlekceważą ten ruch. A poza tym nie wyobrażam sobie, żeby osoby skompromitowane w oczach młodych ludzi mogły stanąć na czele tego ruchu.

– Ostatni raz tak wiele osób protestowało na ulicach Bydgoszczy w stanie wojennym. To poważna siła i nie sądzę, żeby duże partie mogły to zignorować.

- Nie zignorują w tym sensie, że są tak pewne wdrożonych procedur i zabezpieczeń, że nie rozpoznali momentu, w którym to my zyskamy przewagę. A jeśli chodzi o wykorzystanie buntu do doraźnej gry politycznej, to nie za bardzo widać, kto mógłby to zrobić. Na pewno nie skompromitowana Platforma, która obiecywała liberalizm. Na pewno nie populiści z PiS, którzy w komisji sejmowej bez zająknięcia poparli ACTA, na pewno nie flegmatyczne PSL, z obiecującym rozprawienie się z internetem posłem Kłopotkiem, na pewno nie będący na wykończeniu SLD. Jedyne siły mogące zagospodarować politycznie ten młody elektorat buntu to Nowa Prawica, Ruch Poparcia Młodych i w pewnym zakresie wyłaniająca się formacja narodowa.

– Dlaczego akurat ACTA stała się tą iskrą?

- Ponieważ zagraża wolności w internecie, czyli de facto jedynej sferze, w której do tej pory w miarę swobodnie i bez ograniczeń można było się porozumiewać i być w pewnym sensie aktywnym społecznie. Pokolenie urodzone po 1990 roku traktuje internet jako naturalne środowisko funkcjonowania i w sytuacji zagrożenia tego środowiska reaguje w taki sposób. Według ACTA wystarczy samo podejrzenie o nielegalność produktu, żeby wyciągnąć konsekwencje wobec podejrzanego. Kolejny raz zostaje więc złamana jedna z podstawowych zasad tworzących naszą cywilizację, czyli domniemanie niewinności. To nie organy ścigania będą musiały udowodnić winę podejrzanego, ale podejrzany będzie musiał wykazać, że nie jest wielbłądem.

– Na Facebooku jest teraz zapisanych ponad 6100 uczestników bydgoskiego marszu. Ilu z nich naprawdę przyjdzie w środę na plac Wolności?

- Uważam, że patrząc na historię takich wydarzeń w naszym mieście oraz na to, że buntują się internauci, którzy przyzwyczaili się do siedzenia przed komputerem, to sukcesem będzie pojawienie się tysiąca uczestników. Mniejsza liczba będzie oznaczała naszą organizacyjną porażkę, a każda wielokrotność tego tysiąca pokaże, że ludzie stracili cierpliwość.