Niezależni kandydaci, tacy jak Roman Jasiakiewicz i Konstanty Dombrowicz, podkreślają swoją wolność od partyjnych dysponentów. A czy Pani będzie wykonawczynią dyspozycji swojej partii?
- O, nie. To błędne stawianie sprawy. Będę realizowała jej program i posiadała zaplecze SLD, dzięki któremu mam ekspertów, struktury, wsparcie. To nie ma nic wspólnego z dyspozycyjnością. Chodzi o motywowanie i inspirowanie przez partię. Przy okazji warto zadać pytanie wobec kogo niezależni kandydaci będą właściwie odpowiedzialni za bieżącą pracę w Senacie? Bo wyborcy ocenią ich dopiero po czterech latach. A co z działaniami w trakcie kadencji? Ja poddaję się stałej ocenie ludzi, którzy desygnują mnie do izby wyższej. To jest uczciwsze.
Czy Pani najpoważniejsi kontrkandydaci to Roman Jasiakiewicz i Konstanty Dombrowicz?
- Zapewne tak. To kolejne starcie tych dwóch panów i mam nadzieję, że ludzie mają już dosyć tej wieloletniej wojny. I ciągłego odpowiadania sobie na pytanie: Jasiakiewicz, czy Dombrowicz? Może pora na coś nowego? Pomijam fakt, że obaj prowadzą kampanię, jakby znowu kandydowali do władz samorządowych. Mówią o tym, co chcieliby zmienić w Bydgoszczy. A senator to przecież nie radny.
To z jakim programem idzie pani do wyborców?
- Moje hasło: Jedna Polska dla każdego. Dbałość o małe ośrodki. Będę także walczyła z wszelkimi formami wykluczeń czym zajmuję się od lat…
Niektórym jawi się Pani wręcz jako wojująca feministka
- Och, nie…. Nie jestem feministką, choć biorę udział w ruchach profeministycznych. Zależy mi jednak na likwidacji wszelkich form wykluczenia. Chodzi o niepełnosprawnych, ubogich, a także oczywiście o kobiety. Dziś na przykład w Senacie jest ich zaledwie 8%. To niesprawiedliwe. Zresztą jestem jedyną kandydatką-kobietą w naszym okręgu. To także mówi coś o obecnych realiach, prawda? Nie wstydzę się swego zaangażowania w sprawy wykluczonych. W tym także kobiet. To jest poważny problem nas wszystkich.