Przyglądając się artystycznym przedsięwzięciom Teatru Polskiego nie sposób nie odnieść wrażenia, że najważniejsze dla Polaków i bydgoszczan są problemy Afryki, Murzynów jak świat długi i szeroki, rasizm, antysemityzm, kolonializm, wyzwolenie kobiet i tęsknota za bliżej nieokreśloną rewolucją.

Wychodzę ci ja na ulicę, zaglądam do gazet i Internetu i nie widzę tych Murzynów, Afryki, nawet tak wytęsknionego przez ?Gazetę Wyborczą? antysemityzmu. Widzę natomiast państwo w rozkładzie, fałszywki wyborcze, kłamstwa Ewy Kopacz i Donalda Tuska, widzę opustoszałe miasteczka i dzielnice, z których młodzież uciekła do Anglii i Irlandii, widzę łapówkarstwo, kumoterstwo, o, widzę bezdomnego, który przed naszą redakcją zmarł tuż przed świętami wyziębiony i głodny i ni cholery, nie widzę tych Murzynów, Afryki chorej na AIDS z winy Kościoła.

I już zaczynam rozumieć. Teatr Polski w Bydgoszczy stara się być społeczny, polityczny, ale jak ognia boi się naruszenia interesów rządzących. Paweł Łysak nawet próbował ? zrobił sztukę, a raczej garść monodramów o bydgoskim ZACHEM-ie. Ale oczywiście ani słowa w tym dziele o tym, że to rządy PO i ich nominatów doprowadziły do upadku tego zakładu. Cały bunt i radykalizm wywietrzał z tej sztuki. No, bo wiadomo, w mieście i w Polsce rządzi PO, więc nie ma co pokazywać w sztuce, że to aferzyści i oszuści. Lepiej coś chlapnąć o Murzynach, Afryce, feminizmie, a nie, że rządzący wysyłają tysiące ludzi na bezrobocie, okradają nas z OFE, podwyższają wiek emerytalny. No, kolonizują ciemny ludek i mohery. Nie, nie, lepiej coś o Fanonie, że biedny czarnoskóry (choć biedny nie był, bo został dyrektorem szpitala psychiatrycznego nim jeszcze ukończył trzydziesty rok życia), że rasizm, że brak tolerancji. Ach, ta tolerancja, to istny samograj. I jeszcze do tego dorzućmy homofobię i mamy dzieło sztuki gotowe.

Widać w działaniach bydgoskiego teatru pozorowanie zaangażowania społecznego i politycznego, pozorowanie buntu. No, bo w rzeczy samej nie można się buntować, a potem pędzić do kasy miejskiej po pieniądze. Ład społeczny wali się na naszych oczach, a Teatr Polski, że kolonializm, że rasizm.

Działania takie w znacznej mierze przypominają żałosną aktywność hipsterską. Od rana do piątej po południu hipster zasuwa w korporacji w wersji angielskiej. Posłuszny. Grzeczny. Wieczorem udaje luzaka, abnegata, lewicowca i włóczy się po klubach ze swoją tolerancyjną jak oblicze Magdaleny Środy w telewizji śniadaniowej gębą. W sztuce takie picowanie i udawanie jest jeszcze bardziej żałosne niż w życiu.

A może by tak wystawić w Bydgoszczy sztukę o górnikach strajkujących pod ziemią?… A może o bezrobotnych popełniających w Polsce masowo samobójstwa?… A może tak o celebrytach, ach te Pudelki, tabloidy i pustka we łbie wielkości Sahary?… Wiem, wiem, wszystkie te tematy uczciwie pokazane byłyby krytyką polskiego status quo… Paszportu ?Polityki? za sztukę o rzeczywistej Polsce nie dadzą. ?Gazeta Wyborcza? nie namaści. ?Krytyka Polityczna? zignoruje. TVP Kultura nie zaprosi. Na festiwalach pominą. Wiadomo, to tematy trefne.

Prawdziwy bunt odbywa się tak jak w teatrze angielskim w latach sześćdziesiątych. Wali się wówczas w establishment polityczny, medialny i artystyczny. I wtedy powstają takie rzeczy jak Johna Osborna ?Miłość i gniew? czy ?Przed prawem?. No, ale to jest bunt niepozorowany. Ot, wspomnijmy jeszcze Artura Millera i jego ?Śmierć komiwojażera? – tu wali się w amerykański mit (od pucybuta do milionera), w amerykańskie wartości oparte wyłącznie na pokaźności konta bankowego, tu wali się w kraj nie dla starych ludzi.

I powtórzę tematów ci takich u nas dostatek. Kariery ubeckich synków, samotność dzieciaków opuszczonych przez rodziców pracujących w Irlandii i w Anglii, sądy nieudolne, uczelnie spacyfikowane przez systemy punktowania itd…. itp.
Teatr bydgoski po te tematy jednak nie sięga, bo artyści musieliby pokazać, kto jest winny polskim patologiom. A to już mogłoby się nie spodobać pracodawcom i ich jeszcze potężniejszym mocodawcom. Póki co więc udaje się w Teatrze Polskim bunt, gniew, bo to nic nie kosztuje.