Na czym polegała owa komunistyczna zbrodnia, której ofiarami są ludzie ze Stowarzyszenia Chełminiacy 1982?
Zaczęło się 21 października 1982 roku. Wówczas, jak zeznał Czesław Kiszczak, ówczesny minister spraw wewnętrznych, działające nieformalnie i niekonstytucyjne gremium, które Kiszczak nazywa w zeznaniach ?Dyrektoriatem?, postanawia powołać do wojska niepokornych działaczy ?Solidarności?. Dyrektoriat tworzą wówczas między innymi: Wojciech Jaruzelski, Florian Siwicki, Jerzy Milewski, Michał Janiszewski, Stefan Olszowski. Decyzja ta wprowadzana jest pospiesznie w życie, bowiem po formalnej delegalizacji ?Solidarności? związkowcy zapowiadają strajki na 11 listopada 1982 roku. Jaruzelskiemu, Kiszczakowi i SB się spieszy. Chcą powołać do wojska działaczy przed zapowiadanymi strajkami. Do końca października gotowe są już listy osób mających otrzymać powołanie. Na pierwotnych listach znajdują się między innymi dwaj przyszli premierzy ? Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Ostatecznie jednak znikają z list przyjętych do realizacji, zapewne dlatego, że nie są pracownikami dużych zakładów pracy i ich potencjalny wpływ na organizacje strajków jest ograniczony. Powołanych zostaje ponad 1500 osób. I tu dochodzi do drastycznego złamania prawa. Wielu z powołanych na ćwiczenia ma kategorię E, czyli uznanych zostało przez komisje lekarskie za niezdolnych do służby. Wielu innych, ma przekroczony dwudziesty ósmy rok życia i zgodnie z ówczesnym prawem nie powinni być powołani na ćwiczenia wojskowe.
Powołani umieszczeni zostają w dziesięciu obozach na terenie całego kraju. W tym w okolicach Chełmna. Tu trafia 304 młodych działaczy robotniczych, którzy w przyszłości utworzą Stowarzyszenie Chełminiacy 1982 i będą domagali się ukarania swoich prześladowców. Okolicznej ludności przekazuje się w formie plotek informację, że do Chełmna na ćwiczenia przybyli groźni kryminaliści. Dopiero po trzech tygodniach proboszcz miejscowej parafii informuje wiernych, kim są młodzi ludzie przybyli do miasteczka i koszarowani nieopodal, nad Wisłą. Warunki w obozie są niezwykle ciężkie. Kopanie rowów, noszenie atrap min, bieganie, taplanie się w brei z błota i śniegu – trwają przez trzy miesiące, po kilkanaście godzin dziennie. Prześladowanie polega między innymi na nieustannym zastraszaniu żołnierzy. – Wciąż nam grozili pięcioletnią odsiadką za niewykonanie najbardziej nawet bezsensownych rozkazów ? wspomina szefujący dziś Chełminiakom, Tadeusz Antkowiak. – Groźby i chamstwo kadry były tak nachalne, że człowiek w końcu się do nich przyzwyczajał.
Żołnierze, którzy przybyli do obozu pod Chełmnem mieli po odbyciu kilka lat wcześniej służby wojskowej stopnie wojskowe: starszych szeregowych, kaprali itd. W Chełmnie żadnemu z nich nie przysługiwały owe zdobyte wcześniej stopnie wojskowe. Wszyscy mieli mundury bez pagonów. Zmorą był brak pomocy lekarskiej. Józefa Pinderę, działacza z Bydgoszczy pozbawiono leków kardiologicznych, nie udzielono również pomocy, kiedy miał zawał. Na szczęście przeżył. Lekarz, Andrzej Ługowski, mający wówczas sprawować opiekę nad powołanymi tak zeznawał: – Badanie wcielonych rezerwistów zakończyło się zapełnieniem izby chorych. Pamiętam, że kilkanaście osób tam trafiło, bo ich stan budził niepokój. W tej grupie były osoby krótko po przebytych zabiegach operacyjnych, jeszcze w opatrunkach gipsowych. Była osoba, która miała gips od kręgosłupa szyjnego do lędźwiowego ? praktycznie unieruchomiona. Nie wiem, jak dostała się do jednostki (?) Ci rezerwiści ewidentnie nie nadawali się do wcielenia do wojska.
Junta Jaruzelskiego i decydenci z SB zdecydowali się jednak trzymać tych ludzi na poligonie. Mimo skrajnie trudnych warunków robotnicy dzielnie się bronili. Powstawała w obozie poezja antykomunistyczna. Dochodziło do czynnej obrony szczególnie szykanowanych kolegów. Doszło też do spektakularnej akcji ustawienia krzyża na terenie obozu. Korzystając z chwilowej nieobecności nadzorców, robotnicy, podczas trwania Dziennika Telewizyjnego, postawili w obozie krzyż. Władze obozu rzecz jasna natychmiast ów krzyż usunęły. Na to żołnierze ogłosili strajk głodowy. I teraz zdarzyła się rzecz niebywała, warta chyba wykorzystania przez filmowców. Otóż politrucy i dowódcy zbudowali labirynt. Żołnierze wchodzili do niego pojedynczo, po przejściu labiryntu, u jego wylotu stał żołnierz z miską jedzenia i oficer wydający rozkaz przyjęcia posiłku. Żołnierz był w tym momencie sam, pozbawiony wsparcia kolegów. Musiał decyzję o wykonaniu rozkazu lub odmowie podjąć samodzielnie, nie wiedząc jak zachowali się koledzy przed nim i jak zachowają się ci, którzy nadejdą labiryntem po nim. Większość żołnierz nie załamała się i nie odstąpiła od głodówki. Najczęściej przyjmowali posiłek, więc wykonywali rozkaz i unikali aresztowania, ale jednocześnie wyrzucali jedzenie zaraz po wyjściu z labiryntu. Ten spektakularny strajk głodowy trwał przez cztery dni. – W tym czasie także niczego nie piliśmy ? wspomina Tadeusz Antkowiak. – I przez dziesięć godzin kopaliśmy rowy, nosiliśmy atrapy min. Po czterech dniach takiej głodówki, człowiek traci kontakt z rzeczywistością. Jeśli chcieliśmy to przeżyć, musieliśmy to przerwać.
Chełminiacy zorganizowali się dopiero pod koniec lat dziewięćdziesiątych. I wtedy rozpoczęli starania o to, żeby ich prześladowcy stanęli przed wymiarem sprawiedliwości i zostali ukarani. – Już czterdziestu czterech Chełminiaków nie żyje ? mówi Antkowiak. – To prawie piętnaście procent z ogólnej liczby wszystkich. Dziś to byliby ludzie ledwie po pięćdziesiątce.
Jakież było zdziwienie członków Stowarzyszenia Chełminiacy 1982, kiedy w 2002 roku otrzymali pismo z Archiwum Wojsk Lądowych w Toruniu, z którego wynikało, że obozu wojskowego i ćwiczeń w Chełmnie na przełomie 1982 i 1983 roku… nie było. Po prostu, nie ma żadnych dokumentów, a to, że trzystu czterem ludziom wydaje się, że jednak byli na tych dziwnych ćwiczeniach, jest mirażem i halucynacją.
Dopiero po powstaniu IPN i dzięki determinacji Józefa Pindery oraz prokuratora IPN Mieczysława Góry udało się powoli od 2009 roku zacząć gromadzić dokumenty dotyczące tej sprawy. W 2012 roku gotowy był już akt oskarżenia o zbrodnię komunistyczną i przeciwko ludzkości. Na ławę oskarżonych zaproszono nietuzinkowych funkcjonariuszy bezpieki i wojska: Władysława Ciastonia, Józefa Sasina i Floriana Siwickiego. I rozpoczyna się odyseja unikania podjęcia tej sprawy przez polski wymiar sprawiedliwości. Sąd Wojskowy nie chce sądzić, bo na ławie oskarżonych siedzą ludzie nie będący żołnierzami, Sąd Najwyższy nakazuje, żeby sprawą zajął się Sąd Okręgowy, Sąd Okręgowy przekierowuje sprawę do Sądu Rejonowego, a Sąd Rejonowy uznaje się za niekompetentny i chce zwrócić sprawę do Sądu Okręgowego… Sprawa, decyzją Sądu Okręgowego, pozostaje jednak w Sądzie Rejonowym i ten, jak wiemy, wydaje postanowienie o umorzeniu postępowania. Na tyle wystarczyło Sądowi Rejonowemu kompetencji i rozumu. W międzyczasie umiera jeden z oskarżonych ? Florian Siwicki, co do poczytalności którego, wyrażał uprzednio wątpliwości Sąd Najwyższy oraz Sąd Okręgowy.
Akt oskarżenia wsparty jest zeznaniami 274 świadków, w tym kilkudziesięciu generałów. Zaznaczając, że nie jestem prawnikiem, więc mogę jedynie komentować te zeznania jako obywatel i dziennikarz, chcę wyrazić przekonanie, że są one druzgoczące dla twórców owych wojskowych obozów w 1982 roku. A są wśród nich zeznania Wojciecha Jaruzelskiego, który przyznaje, że powołania do wojska były formą represyjnego internowania. W podobnym duchu wypowiada się również Czesław Kiszczak. Z dokumentów wynika też w sposób oczywisty, że listy powoływanych sporządzane były przy udziale SB, która takich list Wojskowej Komendzie Uzupełnień nie powinna sporządzać. W aktach sprawy znajdują się też zeznania oficerów, którzy nadzorowali obóz w Chełmnie, i którzy wyrażają dziś pogląd, że szkolenie rezerwistów nie miało celów wojskowych, a jedynie służyło indoktrynacji i prześladowaniu opozycji.
Chełminiacy czekają teraz na pisemne uzasadnienie wyroku Sądu Rejonowego w Warszawie. I zapowiadają, podobnie jak prokurator Mieczysław Góra, apelację i walkę o sprawiedliwy wyrok w tej sprawie.