Spotkanie ze wszystkimi akcjonariuszami lotniska zapowiedział minister infrastruktury i dojdzie na nim na pewno do negocjacji i “burzy mózgów”, co robić, a może i nawet, jak przekuć w sukces sprawę zmianę nazwy na Port Lotniczy Bydgoszcz-Toruń. Warunkiem sine qua non dla takiego rozwiązania będzie – zgodnie z ustrojowymi pryncypiami – uzyskanie widocznej i wyraźnej demokratycznej większości dla takiego pomysłu, tak żeby nawet jego przeciwnicy musieli uznać, że są w mniejszości.

Jak wiadomo, zanim zostaną podjęte decyzje rozsądne, muszą zostać wyczerpane wszystkie rozwiązania rozsądkowi przeczące. W takim mało optymistycznym przekonaniu utwierdzają nas komentarze i opinie, wygłoszone po wycofaniu się przez marszałka z próby forsowania zmiany nazwy na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy.

Ot choćby dzisiaj, znany ekspert transportu lotniczego Henryk Martenka, nie zakwestionował przyjętej przez marszałka województwa linii postępowania tylko ją twórczo rozwinął. Stwierdził w “Rozmowie dnia” na antenie Radia PiK, że zmiana nazwy lotniska to dobry pomysł, ale od marki “Toruń” zdecydowanie lepszą jest marka dotąd niewykorzystana, a będąca pod ręką: “Ignacy Jan Paderewski”. Gdyby w nazwie bardziej uwidocznić patrona portu inna byłaby jego sława na świecie, inna byłaby moc przyciągania turystów. Po tym Henryk Martenka, podobnie jak prezydent Rafał Bruski, ostro rozprawił się z kwotą 5 mln zł oferowaną przez Toruń i takie postępowanie władz sąsiedniego miasta nazwał krótko i dosadnie: działają na rympał!

A przecież w kwocie 5 mln zł tkwi sedno. Jak pokazują wyniki finansowe Portu Lotniczego Bydgoszcz w latach 2010-2015 co roku przedsiębiorstwo to rocznie przynosiło stratę od 4,6 mln zł do 8,2 mln zł (przeciętnie 5,7 mln zł). W początkowym stadium rozwoju lotniska w latach 1995 do 2008 roku to na miasto Bydgoszcz spływał splendor rozwijania regionalnego Portu Lotniczego i, jak to skrupulatnie wykazał prezydent Rafał Bruski, nasze miasto dokapitalizowało tę firmę kwotą 41 mln 791 tys. zł, a ze środkami na promocję suma ta wyniosła 63,4 mln zł (wychodzi prawie 5 mln zł rocznie).

Tę zaszczytną dla Bydgoszczy misję przerwał w 2008 roku prezydent Konstanty Dombrowicz, gdy zadanie dokapitalizowania kwotą 5 mln zł udało się przekazać austriackiemu przedsiębiorstwu Meinl Airports International Ltd. Nie wiadomo do końca, czy z zachwytu dla dynamicznie rozwijającego się nowego rynku wschodzącego, czyli naszego województwa, czy z innych względów, w każdym razie kierownictwo nad bydgoskim portem przejęli Austriacy. Ci jednak zorientowali się szybko, o co w tym biznesie chodzi i dokonali majstersztyku, zbywając wszystkie akcje innemu entuzjaście naszego regionu, niemieckiemu przedsiębiorstwu Airport Internacional. Ten jednak do rozeznania się w sytuacji też potrzebował tylko roku.

Wtedy to, gdy już regionalny, a nawet międzynarodowy status Portu Lotniczego został potwierdzony, do akcji wkroczył marszałek województwa i zrobił interes życia, przejmując w 2010 roku kontrolę nad lotniskiem za jedyne 4 mln euro.

Zasadniczo jestem przeciwny zmianie nazwy bydgoskiego portu i zdumiewała mnie argumentacja, przy pomocy której próbowano przekonywać do nazwy “Bydgoszcz-Toruń” oponentów. Jednak jeszcze bardziej zdumiewająca jest tocząca się dyskusja wokół słuszności poniesienia przez Toruń ofiary 5 mln zł. Przecież nie ma ona nic wspólnego ze zmianą nazwy portu lotniczego.

Jak już wiadomo, w misję prowadzenia Portu Lotniczego Bydgoszcz jest wpisana konieczność dokonywania z kieszeni podatnika corocznych dopłat do tej działalności w kwocie około 5 mln zł. To mając na uwadze, należy w pełni zrozumieć marszałka województwa, odpowiedzialnego na obecnym etapie za rozwój bydgoskiego, ale i regionalnego Portu Lotniczego Bydgoszcz, że powierzoną mu misję “zabezpieczania” co roku około 5 mln zł dla bydgoskiego lotniska traktował coraz mniej entuzjastycznie.

Z tego powodu przekonanie władz miasta Torunia, żeby chociaż na jeden rok zechciały zdjąć z niego to słodkie brzemię mimo wszytko należy, moim zdaniem, odbierać dwuznacznie. Bo z jednej strony marszałek zrealizowałby razem z prezydentem Zaleskim polityczny zamiar wiązania Bydgoszczy w ramach wspólnej metropolii, a z drugiej strony, nie mając nadziei na podzielenie się “misją dbania o zabezpieczenie 5 mln zł” z Bydgoszczą, w dość spektakularny sposób zdobył dla niej miasto Toruń, co sztuką jest niemałą, zważywszy że Wydział Ekonomii na tamtejszym uniwersytecie ma ustaloną renomę, a nasz bydgoski dopiero po szczęśliwych narodzinach raczkuje.

Dlatego nie ma co się dziwić, że marszałkiem województwa najbardziej wstrząsnęła wiadomość o zatrzymaniu tak przemyślnie skonstruowanej operacji przekazywania, choćby epizodycznie, pałeczki “z misją 5 mln zł”.

Zastanówmy się, co może stać się na spotkaniu z ministrem infrastruktury, który zapewne będzie chciał pojednać zwaśnione strony. O ile nie do końca może on rozumieć emocje wywołane zmianą nazwy, to przypuszczam, że frasunki związane “z misją 5 mln zł” mogą okazać mu się bliskie. Wtedy radziłbym marszałkowi, żeby w ramach “kompleksowego i systemowego” rozwiązania poszerzył swoją propozycję, jeśli chodzi o nazwę, bo tutaj wydaje mi się, że możliwy jest kompromis, natomiast jeśli chodzi o “misję 5 milionów zł”, to jest ona tak konkretna, że aż na kompromisy niepodatna.

Wyobrażam sobie, że może zmienić koncepcję nazwy na przykład na: “Port Lotniczy Pomorze-Kujawy w Bydgoszczy”. Wówczas realizację “misji 5 mln zł” rocznie można by solidarnie obdarować cały region. Marszałek pod konsultacje poddałby algorytm, na podstawie którego wszystkie jednostki samorządowe szczebla gminnego i powiatowego włączyłyby się w to zbożne dzieło. Gdyby pojawił się, czego nigdy wykluczyć nie wolno, opór przed takim rozwiązaniem, można by Radę Nadzorczą portu rozbudować do takich rozmiarów, żeby żadna jednostka, nawet gminna nie była poszkodowana i mogła do niej delegować swojego fachowca od transportu lotniczego. Dodatkowa miesięczna gaża powinna przekonać najbardziej krytycznie do takiej koncepcji nastawionego włodarza czy skarbnika. Wykluczyć przy tym nie można, że Rada Nadzorcza obradująca w tak reprezentatywnym składzie mogłaby wymyślić takie oszczędności dla Portu Lotniczego Pomorze-Kujawy w Bydgoszczy, o jakich nam się nawet nie śni.

Co się jednak stanie, nie wiadomo. W związku z tym, że na spotkaniu u ministra będą zapewne główni akcjonariusze, czyli samorządowcy, a ministerstwo reprezentować będą też urzędnicy, to rozwiązanie problemu “5 mln zł” idące w podanym przez mnie kierunku jest nie tylko możliwe, ale bardzo prawdopodobne.

Nie ma przecież żadnych podstaw, by spodziewać się, że transportem lotniczym w naszym mieście i regionie mógłby się zająć ktoś inny niż reprezentant stanu urzędniczego, czy to rekrutujący się z Urzędu Marszałkowskiego, czy z niższego szczebla: z urzędu miejskiego bydgoskiego czy toruńskiego. Oponent takiego rozwiązania powinien sobie zdać sprawę z tego, że w naszym kraju nie ma ekspertów i praktyków tej dziedziny biznesu, czyli transportu lotniczego, którzy mogliby, a nawet stać by ich było, żeby wymyślić inną strategię rozwoju bydgoskiego portu niż polegającą na “zabezpieczeniu w kieszeni podatnika 5 mln zł”, czy to jak do tej pory było bydgoskiego, czy jak się planuje na jeden tylko rok, toruńskiego, którzy byliby na tyle mocni, żeby z Portu Lotniczego Bydgoszcz zrobić biznes, a nie politykę. No nie ma takich gierojów.