Piotr K. przemierza codziennie, wzdłuż i wszerz, bydgoską starówkę. Nie żebrze u nieznajomych. Zatrzymuje ludzi, których zna i tylko ich prosi o wsparcie. Czasem dostaje złotówkę, dwa złote. Częściej jednak spotyka się z odmową. Rozwiódł się kilka lat temu, ale mieszka z żoną, bo nie stać go na wynajęcie własnego mieszkania. Od czasu do czasu podejmuje dorywczą pracę. Teraz jednak złamana miesiąc temu ręka uniemożliwia mu podjęcie pracy. Bywa głodny. Za zebrane pieniądze chętniej kupuje piwo niż chleb.

Kilka miesięcy temu znajomy Paweł L. powiedział Piotrowi K. jak można szybko i łatwo zarobić.
Pomógł założyć konto. Dostarczył sfałszowane zaświadczenia o zatrudnieniu i zarobkach. I Piotr K. złożył wniosek o przyznanie kredytu. Zaświadczenie o zarobkach, podpis księgowej, pieczątka – jak prawdziwe. Udało się. Otrzymał pięć tysięcy kredytu.
Paweł L. pozostawił z przyznanego kredytu Piotrowi K. pięćset złotych. Nie było mowy o tym jak, kiedy, czy kredyt będzie spłacany.

Wezwanie z prokuratury nadeszło miesiąc później. – Mieli wszystko jak na dłoni – mówi Piotr K. – Przyznałem się. No, przecież złożyłem te podrobione dokumenty.

Piotr K. nie podał prokuratorowi nazwiska swego wspólnika i pomysłodawcy oszustwa. Jest lojalny wobec kolegi. Nie chce być kapusiem.
Wychudzony, głodny, wciąż przemierza starówkę. Ostatnie dni wolności.
- Dałem się zrobić w słupa – mówi.

(kd)