W Bydgoszczy mamy wielką medialną burzę związaną z zamiarem zmiany nazwy Portu Lotniczego Bydgoszcz na “Port Lotniczy Bydgoszcz-Toruń”. Wiadomość ta spadła na bydgoszczan jak grom z jasnego nieba w ubiegłym miesiącu. Sprawa stanęła na posiedzeniu Rady Nadzorczej bydgoskiego portu. Organ nadzoru nad spółką decyzji nie podjął, chociaż pomysł zyskał poparcie czterech z sześciu jego członków. Statut spółki stanowi jednak, że decyzje w radzie nadzorczej zapadają co najmniej większością 5/6.
Zmiana nazwy ostatecznie rozstrzygnie się 19 lipca podczas Nadzwyczajnego Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy. Na walnym układ jest taki, że do podjęcia decyzji, którą wspiera marszałek województwa, konieczne będzie uzyskanie poparcia państwowego przedsiębiorstwa “Porty Lotnicze”. Marszałek posiada wprawdzie 70,5% głosów, ale by móc przeforsować zmianę potrzeba 75%. Więc pomoc państwowej firmy dysponującej ponad 5% głosów jest niezbędna.
Przeciw staną głosy prezydenta Bydgoszczy, ale jest ich tylko 22,6%, więc walce o decydujące o wszystkim głosy państwowej firmy towarzyszą duże emocje.
Walka ta jest bardzo ekscytująca, bo ma swój smaczek: toczy się między politykami tej samej partii, Platformy Obywatelskiej. Naturalnego faworyta upatrujemy w Piotrze Całbeckim, bo on jest jak piłkarze niemieccy, choć walka trwa, to wiadomo, że na końcu i tak górą jest marszałek. Jednak heroizm Rafała Bruskiego w walce o to, co bydgoskie, musi, niczym postawa Islandczyków na Euro, imponować i niewykluczone, że dojdzie do niespodzianki takiej, jaką było wyeliminowanie Anglików.
Gdy dwa tygodnie temu wizytował Bydgoszcz Grzegorz Schetyna, partyjny szef i Piotra Całbeckiego, i Rafała Bruskiego, nasz prezydent honorowo nie upomniał się o interwencję w sprawie portu lotniczego. Niewykluczone, że pomny skutków mediacji, podjętej przez Grzegorza “Zniszczę Cię” Schetynę po spotkaniu w kwietniu br. w biurze poseł Teresy Piotrowskiej, która miała zażegnać już nie walkę, ale wojnę o Uniwersytet Medyczny, wolał tego nie czynić, bo wiadomo że przewodniczący PO ze swojej władzy niewielki może uczynić użytek wobec tak charyzmatycznych przywódców samorządowych. Z tego powodu podczas konferencji prasowej w obecności tegoż Grzegorza Schetyny prezydent Bruski mężnie zniósł słowa marszałka Całbeckiego o dobrej samorządowej współpracy opartej na dużym doświadczeniu, które jest niezbędne do podjęcia kolejnych zadań w nowej perspektywie unijnej.
Rafał Bruski ma zresztą inny plan. O sprawiedliwość postanowił się zwrócić nomen-omen do Prawa i Sprawiedliwości. Skierował apele do ministra skarbu Dawida Jackiewicza, dyrektora Portów Lotniczych w Warszawie Mariusza Szpikowskiego oraz bydgoskich parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości o to, by nie dopuścić do tego, żeby słowo “Toruń” pojawiło się na szyldzie bydgoskiego Portu Lotniczego. Minister sprawujący nadzór nad portem może to uczynić, wydając zalecenia podlegającemu mu dyrektorowi PP “Porty Lotnicze” w Warszawie, a ten swoim przedstawicielom na Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy w Bydgoszczy, na którym zapadnie decyzja, czy nastąpi zmiana nazwy bydgoskiego Portu Lotniczego. Prezydent Bydgoszczy, niestety, zanotował wpadkę w tej finezyjnej rozgrywce. Apel winien wysłać do ministra infrastruktury Andrzeja Adamczyka, który sprawuje nadzór w imieniu Skarbu Państwa nad PP “Porty Lotnicze”, ale zasugerował się najpewniej słowem “skarb”, bo tak traktuje bydgoski port lotniczy i apel wystosował do ministra skarbu. Wydaje się jednak, że dla ministrów PiS rozgrywka między politykami PO w Kujawsko-Pomorskiem jest na tyle frapująca, że nawet gdyby Rafał Bruski apel skierował do ministra Macierewicza to i tak trafiłby on tam gdzie trzeba. W takim twierdzeniu upewnił nas bydgoski poseł Piotr Król z Prawa i Sprawiedliwości, który zapewnił, że przedstawiciel ministra na walnym głosować będzie jak trzeba. Gdyby tak się stało, byłby to duży sukces i Rafała Bruskiego, który stanąłby na czele koalicji ponad podziałami politycznymi i Piotra Króla, bo okazałoby się, że ważni ministrowie słuchają bydgoskiego parlamentarzysty bardziej niż na przykład toruńskich, którzy na pewno nie zasypiają gruszek w popiele.
Przy okazji tego kolejnego konfliktu między bydgoskimi a toruńskimi elitami warto zastanowić się, jaka tak naprawdę (zwrot “tak naprawdę” robi ostatnio wielką furorę – taką że w programach telewizyjnych posługują się nim już nie tylko politycy, a zwykli ludzie pytani o zdanie) jest przyczyna tego konfliktu. To że toruńska propozycja wywołała wielkie emocje nie ulega wątpliwości, ale trudno wyobrazić sobie, że wysupłanie przez bodaj najbardziej zadłużone miasto w Polsce 5 mln złotych i powiązanie tego ze zmianą nazwy bydgoskiego portu zrodziły się w toruńskich głowach wskutek gorączki. Wszystko wskazuje na to, że jest wręcz przeciwnie, że toruńskie głowy kierują się logiczną i chłodną kalkulacją.
Jeśli mówimy o emocjach, to dają się one zauważyć jedynie w grodzie nad Brdą. Prezydent Bruski w apelu do ministra skarbu (w domyśle ministra infrastruktury) i do dyrektora “Portów Lotniczych”, by reprezentanci państwowej firmy wstrzymali się od głosu, bo to zniweczy toruńskie zamiary, argumentuje, że kwota 5-6 mln zł jest zdumiewająco niska i sytuacji finansowej spółki nie zmieni. Bydgoszcz przekazała już 63 mln zł, jest największym miastem, ma 360 tys. mieszkańców i że w ogóle toruńska propozycja podgrzewa społeczne konflikty oraz antagonizuje mieszkańców obu miast. Natomiast na konferencji prasowej stwierdził, że zastanowiłby się nad pojawieniem hasła “Toruń”, gdyby przyciągnęło ono do portu lotniczego dodatkowych “pięciu, dziesięciu, piętnastu przewoźników” i że “tłumy pasażerów, chcą przylatywać do Bydgoszczy, bo nagle ktoś się dowiedział, że to jest bardzo blisko Torunia”. – To przynajmniej byłaby merytoryczna dyskusja. Dzisiaj takich argumentów w ogóle nie ma. Jest tylko gdybanie i tak naprawdę wielki ukłon za marne judaszowskie srebrniki na rzecz Torunia – rozprawił się z toruńską propozycją Rafał Bruski. W stanie jeszcze większych emocji zmiażdżył pomysł Torunia Piotr Cyprys. – Panie Całbecki, bydgoszczanie uodpornili się już na kłamstwa, ale na poniżanie i okradanie nas, naszej zgody nie ma i nie będzie – napisał szef Metropolii Bydgoskiej, reagując ostro na propozycję zmiany nazwy okraszoną 5 mln zł. I taki ton reakcji w naszym mieście dominował.
Tymczasem politycy toruńscy zatkali sobie uszy na takie głosy i uzasadniają swoją propozycję “biznesowo”. – Nie można przejść obojętnie obok oferty, która jest ofertą biznesową – stwierdził w wywiadzie dla Radia PiK marszałek Piotr Całbecki. Wskazał, że Toruń przyciąga wielu turystów i jeśli okaże się, że to będzie dobra ekonomicznie propozycja to on taką koncepcję będzie popierać. – Z decyzją właścicielską nie można polemizować. Odbywa się normalne głosowanie korporacyjne i wszyscy będą poinformowani o jego wynikach – wskazał na sposób, charakter i nieuchronność podejmowanych działań.
W podobnym duchu wypowiedział się prezydent Torunia Michał Zaleski. W wypowiedzi dla portalu onet.pl stwierdził, że Toruń może jeszcze bardziej zyskać turystycznie, gdyż coraz więcej odwiedzających go gości chce tam przylatywać, a nie przyjeżdżać. Natomiast lider Platformy Obywatelskiej w Toruniu poseł Tomasz Lenz jednoznacznie wskazał uzasadnienie zmiany. – Chęć umieszczenia nazwy Toruń na lotnisku regionalnym w Bydgoszczy ma na celu zwiększenie ilości turystów, zwiększenie ilości pasażerów, obrotów tego lotniska, czy jego przychodów, a przez to spowodowanie, że lotnisko stanie się rentowne – przedstawił swoją opinię Radiu PiK Tomasz Lenz.
Ten krótki przegląd opinii pokazuje nam różnie podejście bydgoskich i toruńskich polityków do zmiany nazwy bydgoskiego Portu Lotniczego.
Najtrudniej kwestionować argumenty polityków bydgoskich, gdyż ich emocjonalne podejście do sprawy tłumaczyć można tym, że dokładnie przestudiowali oni przestrogę Laokoona z eposu narodowego Rzymian “Eneida”: Timeo Danaos et dona ferentes (Obawiam się Greków, nawet gdy niosą dary). Nie ma sensu dyskutować nad 5 mln zł, bo wiadomo na podstawie dotychczasowych doświadczeń, czego możemy spodziewać się po Krzyżakach, pardon: sąsiadach, zdaje się mówić prezydent Bruski i zapewne dlatego nie spróbował nawet podjęcia jakichkolwiek negocjacji, co między akcjonariuszami powinno być normą. Nie zaproponował na przykład Toruniowi dokapitalizowania w wysokości 63 mln zł za równowartość udziału w spółce jaki posiada nasze miasto, czyli tyle ile już Bydgoszcz wpompowała pieniędzy w port lotniczy, ani na przykład nie zaproponował, że nazwę Toruń, owszem dołączymy, ale w logo spółki litery “Toruń”, będą wielokrotnie mniejsze, tak by oddawały np. zaangażowanie biznesowe akcjonariuszy. Pomysłów znalazłoby się wiele, tak by toruńską potrzebę złożenia ofiary 5 mln zł dokładnie sprawdzić i osadzić we właściwych proporcjach.
Wydaje mi się, że warto by było podjąć takie zadanie sprawdzenia intencji, bo biznesowe nastawienie torunian kompletnie nie trzyma się kupy. Jeśli poseł Lenz kusi nas umieszczeniem nazwy Toruń w nazwie lotniska, bo to zwiększy liczbę turystów, pasażerów portu lotniczego i przez to zwiększą się jego przychody i lotnisko stanie się rentowne, to przecież Toruń nie tylko nie powinien takiej oferty łączyć z 5-milionowym datkiem, ale za taki aport rzeczowy do spółki zażądać w zamian niemałej gotówki. W jaki sposób prezydent Michał Zaleski przekona toruńskich radnych do wyasygnowania 5 mln złotych na rzecz Portu Lotniczego w Bydgoszczy, gdy spółka ta, przyjmując argumentację o przyciągającej turystów magicznej sile Torunia, na zmianie nazwy zyska dużo bardziej. Wydaje się, że toruńscy radni w tej sytuacji powinni pójść dalej i zaproponować zmianę nazwy na “Toruń-Bydgoszcz” i nie tylko nie godzić się na pieniężne dokapitalizowanie, ale za zgodę na użycie nazwy “Toruń” zażądać stosownej opłaty.
To pokazuje, że choć toruńskie głowy są bardzo tęgie w wymyślaniu różnorakich uzasadnień, z przekonującą argumentacją może być duży problem, tak by “biznesowo” uzasadnić, że na gruncie kodeksu spółek handlowych można powiązać tak bardzo pożądaną przez Zarząd Portu Lotniczego Bydgoszcz markę “Toruń” i jeszcze skasowanie za to 5 mln zł. Gdyby uznać ją za trafną, wtedy musielibyśmy dojść do wniosku, że Zarząd bydgoskiego portu w skromnej osobie Tomasza Moraczewskiego ma głowę do robienia interesów jeszcze bardziej tęgą niż wszyscy politycy bydgoscy i toruńscy razem wzięci.
Jeden motyw, w dodatku kompletnie spiskowy, a więc z góry skazany na zdyskredytowanie, w tej sprawie należy wykluczyć.
Nie jest prawdą, że Toruń ma ostatnio złą passę. Wiadomo że po wiekopomnej reformie administracyjnej premiera Jerzego Buzka w 1999 roku, Bydgoszcz przestała być centrum politycznym województwa w takim zakresie, w jakim zostało uszczuplone znaczenie w regionie wojewody i w jakim wzrosło Torunia wraz z pojawieniem się nowej instytucji demokratycznej Polski, czyli marszałka województwa. Wiadomo, że w nowym województwie znaczenie polityczne sejmiku i zarządu województwa w żadnym stopniu nie równoważy rządowe, z nominacji, stanowisko wojewody. Przecież po reformie administracyjnej 17 lat temu życie polityczne przesunęło się do politycznego centrum, czyli do stolicy samorządowej regionu. Elity toruńskie zadbały również o to, że choć Bydgoszcz jest niemal dwukrotnie ludnościowo większa od Torunia, to liczba posłów i radnych wybieranych w okręgu toruńskim jest większa niż w bydgoskim. Co ważne, toruńskie centrale partyjne szczebla wojewódzkiego, które w naszym demokratycznym państwie odgrywają zasadniczą rolę w procesie podejmowania decyzji politycznych, czy gospodarczych mają dużo większe znaczenie niż te bydgoskie. W przypadku rządzącej województwem Platformy Obywatelskiej działacze PO z Bydgoszczy swoją centralę mają w Toruniu.
I wszystko dalej by się tak toczyło zgodnie z zalecaną przez Komisję Europejską zasadą zrównoważonego rozwoju, gdyby nie zaczęły się dziać historie, o których liderzy w Toruniu nawet w najczarniejszych snach nie mogli sobie wyobrazić w minionych 26 latach transformacji.
Jak wiadomo, kołem zamachowym gospodarki i lokomotywą postępu w demokratycznym świecie są wielkie miasta. Dla wykształconych środowisk naszego kraju jest to taki sam dogmat jakim dla zwolenników PSL, a kiedyś również Samoobrony, był ten, że takim właśnie kołem zamachowym jest rolnictwo. Dlatego jak już któreś takie wielkie miasto zostanie metropolią, to na takim obszarze zgodnie z wytycznymi Unii Europejskiej następuje spełnienie ideału mitycznej krainy miodem i mlekiem płynącej.
Tymczasem w ostatnich latach, mniej wartościowa w latach transformacji ustrojowej Bydgoszcz, coraz głośniej i mocniej zaczęła wierzgać przeciw. Tego rodzaju zachowania i okrzyki słyszeliśmy nieraz i stały się one przyczyną frasunku i bólu głowy toruńskich liderów. I gdy uchwalano tzw. ustawę metropolitalną, i gdy ustalano zasady współpracy w ramach tzw. zintegrowanych inwestycji terytorialnych zarówno prezydent Torunia jak i marszałek województwa coraz częściej musieli się denerwować. W tej sytuacji całe szczęście, że na margines zeszła tzw. reforma metropolitalna, bo gdyby się okazało, że metropolią może zostać jedynie aglomeracja 500-tysięczna to choćby nie wiem jak się Toruń napinał i naprężał metropolią nie zostanie.
Skoordynowane działanie polityków toruńskich, by związać Bydgoszcz z toruńską centralą na przykładzie regionalnego portu lotniczego wręcz się narzuca. W naszym kraju wszystkie w zasadzie duże projekty polityczne czy gospodarcze narzucane są od góry. Tzw. polityka miejska nie jest tworzona w Bydgoszczy czy Toruniu, czy w innych jeszcze większych miastach. Nie określa jej państwo polskie. Tworzy się w Brukseli. Stamtąd prezydenci, marszałkowie dowiadują się, jakie projekty będą finansowane np. z unijnych dotacji. Wielkie aglomeracje, by nie używać słowa metropolie, mają zdecydowanie większe szanse na to, by w nich uczestniczyć. Toruń, prawdopodobnie założył, że pomimo obecnego zahamowania procesu metropolizacji, wróci on w tej lub podobnej postaci. Dlatego warto trzymać z Bydgoszczą, zwłaszcza że w tym związku odgrywa rolę kierownika. Wspólny, regionalny port lotniczy Bydgoszcz-Toruń wykazywany w dokumentach planistycznych wobec krajowych i unijnych decydentów jest dużo ważniejszym elementem strategii budowania przyszłej metropolii niż koncepcja Stowarzyszenia Metropolia Bydgoszcz.
Dlatego podjęcie uchwały 19 lipca br. na Nadzwyczajnym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy Portu Lotniczego Bydgoszcz i utworzenie Portu Bydgoszcz-Toruń ma dla przyszłości dużo większe znaczenie niż podjęcie przez Bydgoszcz zadania zarejestrowania w sądzie Stowarzyszenia Metropolia Bydgoszcz. Toruń musi przeciwdziałać próbie izolowania go. W tej sytuacji wyasygnowanie 5 mln zł niewiele ma wspólnego z biznesem, ale jest realizacją strategii politycznej, którą to miasto konsekwentnie realizuje po wyrażeniu zgody na tworzenie z Bydgoszczą województwa kujawsko-pomorskiego.