Przeczytałem relację z pobytu w Chinach, jaką podczas konferencji prasowej złożył Mirosław Kozłowicz. Wiceprezydent opowiadał, że Chińczycy zgotowali bydgoskiej delegacji bardzo przyjazne przyjęcie. Dałem mu wiarę na słowo, ale po dokładniejszym obejrzeniu zdjęć z wycieczki zaczynam mieć wąty. Koncert zespołu Roan na bank się Chińczykom podobał. Ale jak było z wiceprezydentem?
Ze zdjęć wynika, że Kozłowicz nie czuje się zbyt pewnie w towarzystwie Chińczyków. Jego uśmiech sprawia wrażenie wymuszonego sytuacją, w każdym razie wesołości w nim nie ma. Jakie myśli mu w tym momencie przychodziły mu do głowy? Myślę, że dobrze je odczytałem:
Chińczycy są trudni do rozgryzienia. Nigdy nie wiadomo, co akurat kombinują? Czy kiedy wyciągają kciuka, to tak jak my, chcą pokazać, że jest super? Chyba nie, bo mają jakieś takie dziwne miny. Ale to i tak o niebo lepiej niż lodowata mina Bruskiego, która pojawia się na jego twarzy, kiedy mnie widzi. A przecież ja nie jestem winien, że nie nazywam się Niedźwiecki!