“Rzeczpospolita” w tekście “Długi miast biją w mieszkańców” opisuje, jak różne miasta będą obciążały podatników kosztami zaciągniętych kredytów. Bydgoszcz jest przedstawiona jako miasto, które oszczędzi mieszkańców. “Oczywiście, że musimy oszczędzać, m.in. po to, by obsłużyć zadłużenie. Ale nie muszą to być działania dotkliwe dla mieszkańców” – mówi gazecie Piotr Tomaszewski, skarbnik Bydgoszczy. I dodaje: “Plan na 2012 r. zakłada wypracowanie sporej nadwyżki dochodów bieżących nad wydatkami bieżącymi”. -

Skarbnik miasta powinien wiedzieć, skąd się biorą dochody samorządu. To są pieniądze zabrane nam, mieszkańcom lub pożyczone. Czyli w ostatecznym rozrachunku znów zabrane podatnikom na spłatę i odsetki. Nie ma innej możliwości. Pozostałe źródła dochodów miasta, takie jak dywidendy czy spadki, nie mają znaczącego wpływu na budżet miasta – oponuje Przemysław Skrzypek z Nowej Prawicy.

Skarbnik Piotr Tomaszewski wprowadził w błąd “Rzeczpospolitą”. Trudno powiem sądzić, że wzrost podatków i opłat lokalnych nie będzie “dotkliwy dla mieszkańców”. W tym roku ratusz zaplanował zarobić na bydgoszczanach o 38 milionów złotych więcej niż w ubiegłym roku. O 14 milionów więcej zapłacimy podatków – głównie od nieruchomości, które obciążają każdego bez wyjątku mieszkańca miasta. Ponad 6 milionów więcej zapłacimy za korzystanie z komunikacji miejskiej, milion więcej za parkowanie w płatnej strefie, a straż miejska ma plan ukarać nas mandatami o półtora miliona złotych droższymi niż w ubiegłym roku.

Moim zdaniem:
Rozumiem, że działania public relations są bardzo istotne w uprawianiu marketingu miast. Granica między prawdą, a “potrzebami chwili” nie powinna być jednak tak rażąco przekraczana. Dla skarbnika pobierającego z naszych pieniędzy co miesiąc 11000 zł brutto podwyżki mogą nie być “dotkliwe”. Proszę jednak uwierzyć, że mieszkają w Bydgoszczy także osoby, dla których podwyżka choćby cen biletów komunikacji miejskiej oznaczać będzie wybór między spacerem a coraz droższym obiadem.