Dochód miasta w tym roku po korektach ma wynieść 1,327 miliarda złotych i będzie mniejszy od zakładanego aż o ok. 53 miliony. Te miliony złotych to nie jest błąd urzędnika. Po prostu prezydent i skarbnik miasta nie wyciągnęli żadnych wniosków z ogólnodostępnych danych. A te są brutalne: Bydgoszcz pustoszeje, biednieje, gospodarczo upada. Dowody przedstawi sam skarbnik miasta, referując projekt uchwały korygującej budżet właśnie o te miliony. O 12 milionów złotych mniej niż zakładano trafi do kasy miasta z tytułu podatków od nieruchomości. Dlaczego? “W związku ze złożonymi korektami deklaracji podatkowych, upadłością lub trudną sytuacją finansową niektórych podatników oraz rozbiórkami dużych obiektów budowlanych, które nie były przewidziane przy konstrukcji projektu budżetu”.
Bydgoszczanie zapłacą o pół miliona mniej z tytułu podatku od spadków i darowizn, co znaczy, że jesteśmy po prostu zbyt biedni, żeby zostawiać solidne spadki i dawać hojne darowizny lub nawet żeby występować do sądu o stwierdzenie nabycia spadku, jeśli nie dotyczy to najbliższej rodziny, bo tylko w takim wypadku można uniknąć płacenia tego podatku. Mniejszy o 1,2 miliona wpływ do kasy miasta z tytułu podatku od czynności cywilnoprawnych (czyli sprzedaży, pożyczki, hipoteki itp.) dowodzi albo tego, że miasto się wyludnia, albo tego, że zamiera już nawet ta drobna, międzyludzka gospodarka. Do tego dołączmy spadek o 0,7 mln wpływów z opłaty skarbowej i mamy obraz wymarłego miasta urzędników i emerytów. Spadek o 3,5 miliona złotych wpływów z biletów komunikacji publicznej skarbnik tłumaczy systemem przesiadkowym A+T i obniżeniem cen biletów miesięcznych. A może po prostu bydgoszczan nie stać już nawet na bilety i jeżdżą na gapę lub zwyczajnie rezygnują z jeżdżenia autobusami? Raczej nie na rzecz samochodów – bo “w związku ze zmniejszoną liczbą klientów rejestrujących pojazdy, jak i zamawiających prawa jazdy oraz licencje na działalność transportową” do kasy miasta wpłynie pół miliona mniej niż zakładał prezydent.
Bydgoszczanie są po prostu coraz biedniejsi.
- Sytuacja finansowa jest i będzie stabilna – powiedział w tym tygodniu skarbnik miasta zapowiadając, że w przyszłym roku dochody miasta wzrosną o ponad 52 miliony. Jakim cudem? – Planowane jest wprowadzenie systemu ulg dla przedsiębiorców, uwarunkowanych jednak tworzeniem nowych miejsc pracy – twierdzi skarbnik. Ma to się przełożyć na wzrost o 11 milionów przychodów miasta z tytułu podatków dochodowych. Bydgoszczanie zarobią więcej, prognozuje skarbnik. Przygotowując tegoroczny budżet miasta też był optymistą…
Powie ktoś, że w czasach kryzysu trudno o rozwój. Od prezydenta należy jednak wymagać jakiejś wizji i skuteczności. Tuż przed wyborami mówił “Gazecie Wyborczej”: “Na pewno zwiększymy siłę gospodarczą miasta”. Miał też pomysł na przyciągnięcie inwestorów. “Trzeba ich aktywnie szukać. Należy śledzić plany inwestycyjne dużych koncernów, przygotowywać oferty i przedstawiać się im. Musimy robić wszystko, by się o nas dowiedzieli”. Po dwóch latach bydgoszczanie mówią: “sprawdzam”. I dowiadują się, że jest coraz gorzej.
Niestety, w kontekście prawdopodobnego upadku Zachemu, braku jakichkolwiek istotnych inwestycji tworzących miejsca pracy oferujące cokolwiek powyżej najniższego wynagrodzenia, marazmu parku przemysłowo-technologicznego, optymistycznie widzę jedynie sprzedaż biletów. Tanich linii lotniczych.