W klasyfikacji medalowej Polska zajęła 30. miejsce, ex aequo z Azerbejdżanem: oba kraje mogą pochwalić się 10 medalami, 2 złotymi, 2 srebrnym, 6 brązowymi. Nie jesteśmy w stanie dotrzymać kroku Białorusinom, Czechom, nie mówiąc o Węgrach. Można powiedzieć, że sukcesy olimpijskie mamy już za sobą, pierwsza dekada XXI wieku przyniosła depresję, zresztą nie tylko w tej sferze życia. Czy się z tym pogodzimy i do tego przyzwyczaimy, przekonamy się niebawem. Znamienne jest, że hitem ostatnich miesięcy jest, spełniająca funkcje terapeutyczne i ogłupiające, przyśpiewka: ?Polacy nic się nie stało?.
Blado też w igrzyskach wypadli sportowcy, oficjalnie reprezentujący Bydgoszcz. Dwa brązowe medale pokazują, że był to występ lichy, zwłaszcza że kandydatów do glorii i chwały typowano zdecydowanie więcej. Szczęście miała Mrocza, bo z tego małego, podbydgoskiego miasteczka wywodzi się mistrz olimpijski Adrian Zieliński. Ten sukces osiągnięty został jednak na przekór oficjalnie działającym trybom machiny organizacyjnej w polskim sporcie. Złoty medal Zieliński zawdzięcza wyłącznie własnemu uporowi i pracy. Sukces odniósł samowolnie, wbrew szefostwu polskiej federacji podnoszenia ciężarów.
Słabość polskiego sportu obnażona została w wyniku kumulacji wydarzeń w sposób nagły i bezwzględny. Przed igrzyskami, tak samo, jak wcześniej przed EURO, nachalna propaganda nakręcała nastroje. Jednakże piękno sportu zawiera się również w tym, że jest zdecydowanie bardziej wymierny niż inne dziedziny życia społecznego. Niewykonalne jest zadanie nazwania sukcesem porażki.
Rozczarowanie igrzyskami w Londynie jest jednak mniejsze niż to, jakie przyniosło EURO. Zainteresowanie zawodami rozgrywanymi na stadionach Polski i Ukrainy było nieporównanie większe niż tymi na arenach Londynu. Dotyczy to też stref kibica. Podczas EURO Stary Rynek pękał w szwach, Wyspie Młyńskiej telebim nie przysporzył większej liczby spacerowiczów. Przystanęli czy usiedli, żeby popatrzeć, niemal wyłącznie ci, których Wyspa przyciąga z innych względów.
Igrzyska to wielkie show, to wielka impreza medialna. W jej trakcie mogliśmy przekonać się, że nie tylko forma sportowców była licha. Oni jednak, żeby na igrzyska pojechać, musieli się czymś wykazać, uzyskać minima kwalifikacyjne. Natomiast ten, kto decydował o doborze sprawozdawców sportowych do poszczególnych dyscyplin, dał świadectwo kompletnej nieznajomości sportu, a poziomu komentarza nie byli w stanie uratować byli mistrzowie zapraszani do studia.
I po igrzyskach. Teraz największe problemy możemy mieć jednak nie ze sportem tylko z chlebem.