– Za chwilę Euro 2012, obiecywano nam od lat trasę S5. Co w tej sprawie słychać w Sejmie?
- To szersze pytanie, na temat, co się dzieje ze wszystkimi inwestycjami infrastrukturalnymi, które miały zmienić Polskę. Platforma ich nie zrealizowała z bardzo konkretnego powodu: nie ma w naszym kraju gospodarza. Jeśli chodzi o S5, to trzeba skierować pytanie do pana Sikorskiego. Zawsze przytaczam przykład świętej pamięci posła Przemysława Gosiewskiego i słynnego peronu we Włoszczowie, z którego się wówczas śmiano, a tymczasem wcale nie okazał się nieopłacalny ekonomicznie, lecz wręcz przeciwnie. Przemysław Gosiewski nie pochodził z Kielc, ale stamtąd został wybrany posłem i w ciągu dwóch lat spowodował, że zrealizowano w jego okręgu wyborczym wiele inwestycji. Czyli można wiele zdziałać, jeśli się bardzo chce. Dlatego pytanie o S5 jest pytaniem do pana Sikorskiego, który jest przecież wpływowym politykiem Platformy Obywatelskiej. Można powiedzieć, że to druga czy trzecia osoba po Tusku w PO. I co ? Nie jest w stanie załatwić dla swojego regionu inwestycji, która na pewno nie budziłaby tylu kontrowersji, co peron we Włoszczowie? To jest po prostu pytanie, jak minister Sikorski troszczy się o swój macierzysty okręg wyborczy.
– Jak pan ocenia stan państwa, w którym takie sprawy trzeba “załatwiać”?
- Źle, ale tak to funkcjonuje. W gospodarce niedoboru, jeśli mamy zdecydować, czy budować obwodnicę Radomia, czy trasę S5, a obie są niezbędne, wygra ta inwestycja, która ma skuteczniejszy lobbing, za którą stoi siła argumentów, prezentowanych przez znaczących polityków. Nie ma się co oszukiwać, tak po prostu jest. Realna polityka tak właśnie wygląda. Można tego nie akceptować, nie zgadzać się z tym, ale niestety tak jest. Inna sprawa, że żadna z tych dwóch inwestycji nie jest obecnie realizowana. Nie ma bowiem w Polsce realnej odpowiedzialności polityka czy partii za niezrealizowane obietnice.
– Kiedy pan się spodziewa następnych wyborów?
- Powinny być szybciej, niż to wynika z kalendarza wyborczego. W mojej ocenie, gdyby PO zachowywała się uczciwie, to powinny się odbyć przed podjęciem debaty na temat reformy emerytalnej. Działacze Solidarności, którzy nie chcieli wypuścić posłów z Sejmu popełnili zasadniczy błąd. Oni nie powinni posłów w ogóle wpuścić na głosowanie, a to dlatego, że pół roku wcześniej, podczas kampanii wyborczej, Platforma Obywatelska nie zająknęła się ani słowem na temat reformy emerytalnej. A miesiąc po wyborach nagle się okazało, że wiek emerytalny trzeba podwyższyć. To było jawne oszustwo wyborcze. Niezależnie od tej oceny, PO zdecyduje się, moim zdaniem, na wcześniejsze wybory. Zapewne liczy na sukces wizerunkowy w związku z Euro i na odwrócenie spadkowego trendu w sondażach. Dlatego wybory będą najprawdopodobniej wiosną przyszłego roku. Trzeba jednak dokonać analizy politycznej, komu te wybory będą potrzebne i czy cokolwiek zmienią.
– A nie zmienią?
- Gdyby przyjąć najbardziej optymistyczne sondaże, według których PiS wygrywa wybory, to i tak nie jest w stanie rządzić. Gdyby Solidarna Polska przekroczyła próg wyborczy i weszła do Sejmu, to wciąż byłoby za mało, by stworzyć rząd. Ba, nawet gdyby zsumować najlepsze wyniki wyborcze PiS oraz Solidarnej Polski i wystawić jedną listę wyborczą, to i tak wynik daje maksymalnie 180-190 mandatów, a to jest za mało, aby rządzić. Dlatego istnieje obawa, że konfiguracja polityczna się nie zmieni. Nadal rządzić będzie PO. Dla Solidarnej Polski jest to wyzwanie. Musimy zintensyfikować swoje działania, pozyskać jak najwięcej wyborców, zwłaszcza że wszystkie zlecone przez nas analizy wskazują, iż mamy bardzo duży potencjał wzrostu.
– Jedyną szansą na odsunięcie Platformy od władzy jest nokaut?
- Tak, ale dopóki nie przyjmiemy zasady, że nie ma wroga na prawicy, nic takiego się nie wydarzy.
– Zaprasza pan do Bydgoszczy wielu rozpoznawalnych w kraju polityków. To już kampania wyborcza?
- Udało mi się zapewnić wizytę wszystkich liderów Solidarnej Polski w naszym okręgu wyborczym. Podczas rozmów z mieszkańcami najlepiej przekonać wyborców do siebie, ale to także idealna okazja do zbierania opinii, które przyczynią się do zbudowania dobrego programu. Często politycy są oderwani od rzeczywistości. Dzięki rozmowom, nawet z niewielką grupką osób, można dostrzec zupełnie inne problemy niż to widać z Brukseli czy Warszawy. To wszystko może się przełożyć później na wynik wyborczy. Zawsze powtarzałem, że dla polityka kampania powinna trwać całe cztery lata, a nie trzy miesiące przed wyborami.
– Był pan na marszu w sprawie Telewizji Trwam?
- Oczywiście. Pod płaszczykiem tolerancji, poprawności politycznej zaczyna się usuwanie niektórych poglądów z przestrzeni publicznej. Do tego wyklucza się możliwość krytykowania polityków, co pokazała słynna sprawa “antykomora”, która skończyła się procesem z zarzutami, nie dotyczącymi zresztą znieważenia prezydenta, ale wynikającymi z pośpiesznego szukania haków na młodego studenta. Jak się dobrze szuka, to zazwyczaj coś się znajdzie. Tylko nie do takich czynności są powołane służby specjalne. Związkowcami, którzy zablokowali Sejm raptem na godzinę, zajmuje się prokurator. To jest, moim zdaniem, zamach na swobody obywatelskie, w tym przypadku na prawo do wyrażania swoich przekonań. W ten trend wpisuje się także stosunek władzy do Telewizji Trwam. Jeżeli ktoś mówi, że to marginalna telewizja, oglądana przez kilka tysięcy osób, to skąd te marsze w całej Polsce? Poziom kłamstwa jest już tak monstrualny , że uświadamia również temu odbiorcy, który nie ogląda TV Trwam, że coś jest nie tak. Gdyby zsumować wszystkie marsze, to okazałoby się, że wzięło w nich udział kilkaset tysięcy osób, a przewodniczący Dworak mówi, że oglądalność Telewizji Trwam to osiem tysięcy widzów. Na tym polega życie w wolnym, demokratycznym kraju, że na kilkanaście czy kilkadziesiąt programów telewizyjnych, istnieje też program, zaspokajający potrzeby kilku milionów obywateli, którzy są katolikami. Coś tu jest nie tak, że ich się takiej możliwości pozbawia. Poczucie niesprawiedliwości ciągle rośnie.
– Widział pan w Bydgoszczy wystawę antyaborcyjną?
- Nie widziałem, ale czytałem o niej na portalach.
– Ta wystawa, a właściwie jej zakazanie, ma ciąg dalszy. Prezydent Bydgoszczy wydał zarządzenie, w którym czytamy, że plastyk miejski ma brać pod uwagę “moralność publiczną” przy wydawaniu opinii na temat projektów wystaw.
- A zatem mówienie, czym jest aborcja, jest niemoralne, a sama aborcja jest moralna? Nie zgadzam się z tym. Prezydent Bruski zachował się tak samo, jak kwestorzy Parlamentu Europejskiego, którzy wskutek protestów lewicy, nakazali usunięcie wystawy antyaborcyjnej z budynku PE. To niewygodny temat, bo budzi sumienie. Nie ma mojej zgody na argumentację, że wystawa pokazująca skutki aborcji jest niemoralna i zaburza przestrzeń publiczną, gdy jednocześnie uznaje się za moralne mówienie, że aborcja powinna być dozwolona.
– Mamy w Polsce wolność słowa, czy nie?
- Niech sam pan sobie odpowie na przykładzie tej wystawy, przykładzie kibiców zatrzymanych za baner z papieżem.
– Ale wciąż możemy o tym pisać.
- Jeszcze możecie. Ale jak długo? Wyobrażam sobie sytuację, po tym, co się dzieje w KRRiT, że jakiś urzędnik podejmuje decyzję, która gazeta może się ukazywać, a która nie. Przecież rządząca większość może takie prawo uchwalić. Dlatego powiedzenie “stop” ograniczaniu wolności słowa musi być bardzo kategoryczne. Pełzające ograniczanie wolności, jakie w tej chwili obserwujemy, jest bardzo niebezpieczne. W jakimś momencie może się okazać, że jest już za późno, by skutecznie protestować.
Totalitaryzm może przybierać różne formy. To nie jest tak, że chcę przyrównywać Donalda Tuska do Bieruta czy, może bardziej adekwatnie, do Gierka. Po prostu, możemy się pewnego dnia obudzić w ustroju niedemokratycznym, a półtotalitarnym lub totalitarnym. W Polsce liczba podsłuchów jest większa niż w pozostałych krajach Unii Europejskiej, jest ich ponad dwa miliony. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego. Może się więc okazać, że za dwa lata obudzimy się w kraju, w którym nie można pisać tego, co się chce, w którym nie ma telewizji, mówiącej inaczej niż telewizja rządowa, w którym nie można krytykować władzy, bo będzie to uznawane za lżenie organów państwa.
– Na razie można nie tylko krytykować, ale i skazywać na więzienie.
- Pani Sawicka została skazana za korupcję, a pan Schetyna powiedział, że dopełnieniem tego wyroku będzie Trybunał Stanu dla Zbigniewa Ziobro i Jarosława Kaczyńskiego. Gratuluję typowo białoruskich standardów. Niezawisły sąd skazuje kobietę na trzy lata bezwzględnego pozbawienia wolności, a znaczący polityk mówi o Trybunale Stanu nie dla polityków
Platformy, którzy stali murem w obronie tej pani, tylko dla byłego ministra sprawiedliwości i byłego premiera. A dlaczego nie dla wciąż nieustalonej osoby, która była “główna macherką” i która miała “niedługo rozdawać karty w służbie zdrowia”? Przypomnę, że wybory 2007 roku zostały przez PiS przegrane dzięki wyreżyserowanemu spektaklowi , w którym główną rolę odegrały łzy rzekomo skrzywdzonej posłanki PO.
– Dwa miliony Polaków nie płaci swoich zobowiązań albo w ogóle, albo terminowo. Ustawa o upadłości konsumenckiej jest martwa, a mówimy o dwóch milionach bardzo zdesperowanych ludzi. Ma Pan jakiś pomysł, jak rozwiązać ten problem?
- Od rozwiązywania problemów jest rząd. Z tych dwóch milionów za chwilę może się zrobić trzy, cztery miliony osób, które nie będą w stanie spłacić swoich zobowiązań. To może być beczka prochu, która wybuchnie, doprowadzając do poważnych niepokojów społecznych. Rząd Tuska nie widzi potrzeby żadnych zmian, dopóki ludzie nie wyjdą na ulice. Tak było choćby w sprawie ACTA czy podwykonawców na budowach autostrad. Przecież o tym mówiło się co najmniej od kilku lat, ale minister Nowak zareagował dopiero wtedy, kiedy pojawiła się realna groźba blokad podczas Euro. Ten rząd zabiera się za rozwiązywanie konkretnych problemów dopiero wtedy, kiedy jest postawiony pod murem.
Wywiad ukazał się w: Ilustrowanym Kurierze Polskim pod tytułem “Totalitaryzm ma różne twarze”.