Z dr. Krzysztofem Osińskim, historykiem, pracownikiem naukowym Delegatury IPN w Bydgoszczy rozmawia Ewa Starosta.
- Jan Żychoń z walką o wolną Polskę związany był od dziecka. Jako dwunastolatek uciekł do Legionów. W wieku 42 lat zginął w bitwie pod Monte Cassino. Zasługuje na to, żeby być patronem jednej z bydgoskich ulic?
- Zasługuje i to jak mało kto! Całym swoim życiem pokazał, że najważniejszą dla niego sprawą była służba Ojczyźnie. Nie tylko jej służył, ale również za nią zginął.
- Ludzi wiernie służących Polsce jest bardzo wielu. Dlatego żeby patronować ulicy trzeba się szczególnie wyróżnić.
- Major Żychoń, przez historyków i znawców tematu, zgodnie uznawany jest za jednego z najwybitniejszych oficerów wywiadu II Rzeczpospolitej, mającego ogromne zasługi na tzw. „odcinku niemieckim”. Człowieka niezwykle pracowitego, odważnego, wręcz zawadiackiego i ogromnie skutecznego. Przy tym mającego niezwykle dużo szczęścia, co przy specyfice wykonywanych przez wywiad działań również nie jest bez znaczenia. Oddał wielkie zasługi dla kraju. Swoimi dokonaniami mógłby obdarzyć co najmniej kilka osób.
- Prawdopodobnie większość bydgoszczan nie zna jego dokonań.
- Jako młody chłopak zgłosił się do Legionów, po odrodzeniu się Polski wstąpił do wojska i jako dowódca plutonu pociągu pancernego „Piłsudczyk” walczył na Wschodzie z Ukraińcami. Jesienią 1919 roku trafił do Oddziału II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, potocznie nazywanego „dwójką”, czyli wywiadu wojskowego i z nim związał swoje dalsze życie. W czasie III powstania śląskiego był członkiem grupy dywersyjnej „Wawelberg”. W nocy z 2/3 maja 1921 r. jej członkowie wysadzili mosty na pograniczu śląsko-niemieckim, dając tym samym sygnał do wybuchu powstania. Później dzielnie walczył o zwycięstwo. W jednym z dokumentów na temat Żychonia czytamy: „Przyczynił się w dużej mierze do podtrzymania i podniesienia ducha zwycięskiego w oddziałach powstańczych, które w czasie tym podupadły już na duchu, i tak powstrzymał zwycięski pochód oddziałów niemieckich pod Górę św. Anny, czym położył wybitne zasługi przy dziele przyłączenia Górnego Śląska do Rzeczpospolitej Polskiej”.
- Wobec tego na Śląsku powinien zostać uhonorowany.
- Oczywiście. Zarówno tam, jak i w wielu innych miejscach, w których działał. Mam nadzieję, że wkrótce to nastąpi i ruszy lawina upamiętnień majora Żychonia. Do tej pory ma on już swoją ulicę w Małopolsce, w miejscowości Skawina, gdzie się urodził. W Bydgoszczy ma dwa upamiętnienia: zamontowaną jeszcze w latach dziewięćdziesiątych tablicę na gmachu komendy policji przy ul. Poniatowskiego, gdzie w latach 1937-1939 była siedziba wywiadu oraz ulicę w Fordonie, nazwaną jego imieniem w grudniu 2017 roku podczas dekomunizowania nazw ulic. Zastąpił komunistę Oskara Langego.
- Co wiemy na temat pobytu Jana Żychonia w naszym mieście?
- Od przybycia w 1930 roku do Bydgoszczy w celu objęcia szefostwa nowo tworzonej tu ekspozytury wywiadu prowadził bardzo aktywne życie zawodowe i towarzyskie. Spotykał się z różnymi ludźmi, urzędnikami, przedstawicielami władz miasta i rozmaitych instytucji. Zapraszany był na liczne uroczystości. Uczestniczył w nich w miarę możliwości i wolnego czasu, choć tego z pewnością mu brakowało, bo głównie spełniał się prowadząc różnego rodzaju akcje wywiadowcze.
- Czy to prawda, że uczestnicząc w różnych imprezach nadużywał alkoholu?
- Prawdą jest, że był osobą towarzyską i nie wylewał za kołnierz. Ale co w tym dziwnego? Nie był przecież pustelnikiem, tylko pracownikiem wywiadu. Każdy kto chociaż odrobinę zna tzw. kuchnię pracy wywiadu wie, że różnego rodzaju spotkania towarzyskie, w tym zakrapiane alkoholem, służą do zdobywania lub podtrzymywania znajomości. Te z kolei służą do zdobywania informacji, a to przecież jest celem działalności wywiadu. Podczas takich spotkań można również werbować agentów, a w tym Żychoń był niezwykle skuteczny. Miał na swoim stanie wiele cennych nabytków, dostarczających mu wartościowych informacji. Jeśli ktoś oburza się, że pracownik wywiadu pije alkohol podczas spotkań operacyjnych jest albo naiwny, albo nie ma pojęcia o kulisach pracy wywiadu.
- Wiadomo gdzie mieszkał i pracował?
- Miejsc ściśle związanych z Żychoniem jest w Bydgoszczy kilka. Oprócz gmachu przy Poniatowskiego wymienić można chociażby kamienice przy ul. Cieszkowskiego 2 czy ul. Gdańskiej 84, gdzie wcześniej znajdowały się siedziby „dwójki”, ale również mieszkania służbowe, zajmowane przez Żychonia i jego żonę.
- I to wszystko?
- Oczywiście, że nie. Miejsc i spraw związanych z Żychoniem jest w naszym mieście więcej. Chociażby jego pośrednie związki ze znanym bydgoszczaninem Marianem Rejewskim. Mianowicie, gdy major szefował ekspozyturom wywiadu w Gdańsku i Bydgoszczy, zbierał materiały na temat niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma. Materiały te przekazywane były do Biura Szyfrów. Być może korzystał z nich również właśnie Rejewski. Kiedy podczas wojny Żychoń został szefem Wydziału Wywiadowczego Oddziału II wówczas podlegała mu bezpośrednio działająca we Francji Ekspozytura „300”, w której pracował Rejewski.
- Dlaczego jego działania można nazywać wręcz zawadiackimi?
- Działał brawurowo, na granicy bezczelności, a zarazem był niezwykle skuteczny. Przykładem takiego działania jest operacja „Wózek” (nazywana wcześniej „Ciotka”), czyli przeglądanie przesyłek przewożonych tranzytem kolejowym przez polskie terytorium na drodze pomiędzy Rzeszą a Prusami Wschodnimi. W ten sposób polski wywiad miał dostęp do niemieckich tajnych przesyłek i różnych rzeczy, w tym prototypów broni. Żychoń i jego ludzie robili to przez 9 lat, pod nosem Niemców, którzy nigdy nie odkryli tej działalności. Major wprost prowokował swoich przeciwników, którzy byli wściekli na jego postępowanie. Przed jego mieszkaniem w Gdańsku organizowali nawet różne manifestacje, wyrażając w ten sposób oburzenie na jego postępowanie. Z drugiej strony jednak przedstawiciele niemieckiego wywiadu niezmiernie go szanowali jako przeciwnika.
- Wybuch wojny zastał go Bydgoszczy?
- Tak, gdy wybuchła wojna przebywał w Bydgoszczy. Przygotował ewakuację podległej mu ekspozytury i gdy Niemcy do niej wkroczyli po zajęciu miasta nie zastali w niej żadnych materiałów. Wszystkie szafy i sejfy zostały opróżnione. Na swoim biurku Żychoń zostawił wizytówkę z zawadiackim wpisem prowokującym Niemców. Jeden z obecnych wówczas oficerów niemieckich miał powiedzieć: „Ptaszek, jak mi się wydaje, ma poczucie humoru!”. Taki już był Żychoń. Zawsze starał się grać na nosie swoich przeciwników.
- Niemcy wściekali się na niego, ale też czuli przed nim respekt i darzyli szacunkiem. Zaatakowany natomiast został przez swoich rodaków podczas pobytu na obczyźnie. Z jakiego powodu?
- Jak to często bywa, z zawiści. Został oskarżony przez kolegów z wywiadu o różnego rodzaju występki, ze zdradą i byciem niemieckim agentem włącznie. Jego główni antagoniści to kpt. Jerzy Niezbrzycki i mjr Tadeusz Nowiński z Referatu „Wschód”. Sami, chociaż byli bardzo dobrymi wywiadowcami, nie mogli wykazać się podobnymi do swoich kolegów z Referatu „Zachód” sukcesami, więc zaczęli obarczać ich oskarżeniami. Głównie skupiali się na Żychoniu, bo on miał najwięcej sukcesów.
- Oskarżenia się potwierdziły?
- Absolutnie nie! W 1943 roku odbył się nawet w Londynie tajny proces przed Sądem Morskim, który oczyścił Żychonia z zarzutów. Jego oszczercy zostali skazani na kilka tygodni twierdzy, a w konsekwencji zamknęli sobie możliwość jakiejkolwiek dalszej pracy dla „dwójki”.
- Zamknęło im to usta?
- Niestety nie. W późniejszym czasie kolportowali dalej swoje „sensacje”, nie mając na ich poparcie żadnych dowodów. Szczególnie złą rolę odegrał tutaj Nowiński, który w 1947 roku powrócił do kraju i był wykorzystywany przez komunistów do oskarżania różnych osób, wytaczania im procesów i skazywania na kary więzienia lub śmierci. Przykładem chociażby proces Adama Doboszyńskiego, w którym Nowiński zeznawał, obarczając również nieżyjącego już Żychonia. Podobnie zachowywał się także w innych sprawach. Jego „sensacje” wykorzystywane były również przez komunistycznych dziennikarzy i publicystów do zohydzania II Rzeczypospolitej i ludzi z nią związanych. Jak widać, zrodzone wówczas kłamstwa na temat Żychonia były na tyle skutecznie wtłaczane ludziom do głów, że do dzisiaj zatruwają umysły co niektórych osób. Szkoda, że osoby te nie znają najnowszych ustaleń literatury tematu, które jednoznacznie rozprawiają się z kłamstwami na temat majora Żychonia. On sam niestety nie może się bronić. Zginął w 1944 r. w bitwie pod Monte Cassino. Oddając życie za Ojczyznę!
Jan Żychoń w czasach legionowych. Fot. archiwum Krzysztofa Osińskiego