Łatwe zadanie mieli w tegorocznych wyborach politycy Prawa i Sprawiedliwości. Wiadomo było, że ich ugrupowanie odniesie zwycięstwo. Ponieważ zwycięska partia mogła liczyć na zdobycie kilku mandatów w naszym okręgu, rozpoczęła się bratobójcza walka o głosy. Powinniśmy przyznać tytuł polityka roku Łukaszowi Schreiberowi, gdyż został posłem, kandydując z miejsca siódmego na liście wyborczej, a może także Grażynie Szabelskiej, która otarła się o mandat poselski, startując z miejsca dziesiątego. Nie uczynimy jednak tego, ponieważ ci kandydaci ostrzej od swoich konkurentów zakpili z ustawy Kodeks wyborczy, która mówi o limitach obowiązujących w finansowaniu kampanii wyborczej.
Dziesięć lat temu dzięki wypasionej kampanii 26-letni Paweł Olszewski zdobył mandat poselski z odległego miejsca na liście Platformy Obywatelskiej. Ale kunszt zademonstrował w tym roku, gdyż zdobył mandat poselski, co wydawało się w jego przypadku niewykonalne. Przez minione lata przyzwyczaił nas do tego, że lubi brylować w mediach, a kompletnie go nie obchodzi, że Bydgoszcz jest skutecznie marginalizowana wskutek posunięć PO. Przez kilka miesięcy intensywnych działań autopromocyjnych udało się Olszewskiemu pozyskać grupę wyborców na tyle liczną, by ponowie uzyskać mandat poselski. Pewnie byśmy go uznali za polityka roku 2015, gdybyśmy cenili działania pozorowane (audyt oznakowania dróg) i kupowanie sympatii za pieniądze podatników (dodatkowe 70 mln z Ministerstwa Infrastruktury na dofinansowanie tramwaju do Fordonu).
O sukcesie może mówić Andrzej Kobiak. Mimo spadku notowań Platformy Obywatelskiej został ponownie wybrany na senatora. Nie jest jednak dla nas politykiem roku 2015, gdyż zrejterował (określenie Marka Gralika) i nie wziął udziału w głosowaniu w sprawie poprawki do ustawy metropolitalnej umożliwiającej Toruniowi utworzenie metropolii.
Nie zrobiły na nas wrażenia ponadprzeciętne wyborcze rezultaty liderów list PiS i PO. Jeśli ktoś był wyborcą PiS lub PO i najważniejsze dla niego było, żeby nie dopuścić do władzy partii Jarosława Kaczyńskiego lub żeby w końcu odsunąć od władzy partię Ewy Kopacz i na dodatek nie miał swoich pupilów na listach, głosował po prostu na lidera listy. Nasza opinia mogłaby się zmienić, gdyby Tomasz Latos został ministrem zdrowia, a Zbigniew Pawłowicz doprowadził do powstania medycznego uniwersytetu w Bydgoszczy.
Teresa Piotrowska pełniła w 2015 roku jedno z najważniejszych stanowisk w państwie. Niestety, rzadko mówiono, że minister spraw wewnętrznych pochodzi z Bydgoszczy, a bardzo często, że jest przyjaciółką pani premier. Przekazała środki na dokończenie remontu budynku straży pożarnej przy Pomorskiej, ale inaczej wyobrażamy sobie osiągnięcia polityka roku.
Michał Stasiński i Paweł Skutecki zadebiutowali na scenie politycznej i dostali się do sejmu, chociaż niewiele osób cośkolwiek o nich wiedziało. Na ich sukces zapracowały więc szyldy ugrupowań, których listy otwierali. Skuteckiemu za kampanię starczyło zdjęcie z Pawłem Kukizem, Stasińskiemu konferencja prasowa z Ryszardem Petru. Dopiero w tym roku zobaczymy, jakimi okażą się politykami.
Uwagę naszą zwrócił Marcin Sypniewski. Po błyskotliwej kampanii wyborczej na prezydenta Bydgoszczy coraz śmielej przebija się do lokalnej czołówki. W wyborach do sejmu zajął w naszym mieście indywidualnie siódmą lokatę, ale duże poparcie studentów i licealistów to za mało na sukces, również w naszym rankingu.
Do największych przegranych minionego roku należy z pewnością Marek Gralik. Czy wykosztował się tak bardzo kandydując w 2014 roku na prezydenta Bydgoszczy, że stać go było w wyborach parlamentarnych jedynie na skromne wydatki? A może zgrzeszył pychą, uznając, że kandydat PiS ma bez kosztownej kampanii mandat w kieszeni? Czy też nie otrzymał niezbędnego wsparcia ze strony swoich kolegów partyjnych? Trudno rozstrzygnąć, jaki czynnik odegrał decydującą rolę. Faktem jest, że Prawo i Sprawiedliwość wygrało z Platformą Obywatelską na terenie Bydgoskiego wybory do sejmu w stosunku 5:4, a do senatu przegrało 0:2.
Marek Gralik ma za sobą całe pasmo niepowodzeń: w wyborach na prezydenta Bydgoszczy odpadł w pierwszej turze, nie zdobył mandatu senatora, jego kandydatura na wojewodę kujawsko-pomorskiego nie zyskała aprobaty w Warszawie. Jest największym pechowcem na bydgoskiej scenie politycznej.
Trudno nazwać komfortową sytuację, w jakiej znajduje się Roman Jasiakiewicz. Jest wprawdzie radnym wojewódzkim, ale tylko szeregowym, a jako przewodniczący rady miasta przyzwyczaił się grać pierwsze skrzypce. Nie został wpuszczony na listę wyborczą Zjednoczonej Lewicy, ale nawet gdyby się na niej znalazł, do sejmu by się nie dostał, gdyż lewicowa koalicja nie osiągnęła w wyborach wymaganego progu. Teraz próbuje zaistnieć politycznie przy boku posła Nowoczesnej i radnego PO. Nie wygląda to zbyt poważnie.
Wtopę zaliczył Andrzej Walkowiak. Mimo wysokiego miejsca na liście wyborczej nie dostał się do sejmu. PiS zdobył w bydgoskim okręgu wyborczym pięć mandatów, więc wydawało się bardzo prawdopodobne, że Walkowiak zostanie posłem, gdyż startował z piątego miejsca. Tymczasem uzyskał odległy jedenasty wynik wśród osób kandydujących z listy PiS.
Na temat radnych się nie wypowiadamy, gdyż wydaje nam się, iż indywidualną politykę uprawia podczas posiedzeń rady wyłącznie Bogdan Dzakanowski, ale na tytuł polityka roku zasłuży dopiero, gdy poprawi składnię swoich wypowiedzi, zasób leksykalny i dykcję.
Teraz chyba wiadomo, dlaczego nie przyznaliśmy tytułu polityka roku 2015.