Im więcej polityki przedziera się w moją codzienność, im więcej gadania o konieczności zaakceptowania różnorodności, marszów za, przemarszów przeciw, strajków desperatów ? tym częściej przychodzi mi na myśl mój własny dom, miejsce do którego wracam po pracy. To stara kamienica, z lat trzydziestych ubiegłego wieku w tak zwanej trudnej dzielnicy.
Mamy tam podwórko-studnię, na które przechodzi się szerokim tunelem bramy. Podłoże podwórka brukowane, nierówne ? źle się chodzi. Od budynku do budynku przeciągnięte sznury na pranie. Sama kamienica jest trzypiętrowa i z dwóch stron ? od wschodu i zachodu ? wspierają ją dwupiętrowe oficyny. Ci, co mieszkają naprzeciw siebie, mieliby pełny wgląd w życie sąsiada, gdyby nie rolety, żaluzje i inne współczesne udogodnienia zakrywalne.
Latem na podwórku, niestety obok śmietnika, bawią się dzieci i cholernie krzyczą, ale inaczej być nie może ? sama byłam dzieckiem, to wiem. Czasami też krzyczą na siebie dorośli, ale nie schodzą na podwórko, po prostu krzyczą sobie w domu przy otwartych oknach, bo gorąco. Nie to mnie martwi. Najgorsze jest to, że nic o tych ludziach nie wiem. Mieszkam tu dziesięć lat, a NIC nie wiem. Trochę na własne życzenie ? nie przepadam za wściubianiem nosa w nieswoje sprawy. Pewnie, że się rozpoznajemy, mówimy sobie ?dzień dobry? – i to wszystko. Życie wyznaczyło nam prawie tę samą przestrzeń, a poza przywitaniem nie umiemy wyjść sobie naprzeciw.
Czasami zazdroszczę Amerykanom ? tam jest taki zwyczaj, że jak w okolicy pojawia się ktoś nowy, to sąsiedzi przychodzą się przywitać. Czasami przynoszą ze sobą jakieś ciasto czy kawę, zaproszą na grilla. My tak nie potrafimy. I choć w amerykańskim zwyczaju jest trochę przymusu, to przecież wolę taki, niż ten nasz, który polega na niewtrącaniu się i byciu kompletnie obok.
To chyba naturalne, że jak dokoła dzieje się nie najlepiej, to człowiek chciałby mieć coś małego, swojego ? znajomych, sąsiadów, którzy nie tylko na siebie krzyczą, ale choćby wspólnie ponarzekają albo wspólnie posadzą kwiatki na tym okropnym szarym podwórzu. Tymczasem mijamy się w bramie i choć naprawdę jesteśmy sobie życzliwi ? jeden drugiemu przytrzyma drzwi albo przesunie pranie na sznurku, to ta życzliwość ma kaganiec. A gdyby tak podjąć próbę zrobienia czegoś razem?
Podejmę ją. O rezultatach na pewno napiszę.