– Jest Pani emerytowaną nauczycielką?
- Nie osiągnęłam jeszcze wieku emerytalnego. Odeszłam ze szkoły cztery czy pięć lat temu. Przyczyną odejścia był konflikt z dyrektorem.
– Na jakim tle?
- Chciał, żebym zmieniła oceny dwóm uczniom. Postawiłam im jedynki. Nie mieli zostać na drugi rok, tylko zdać poprawki. Chciałam ich zmusić do nauki, bo się w ogóle nie uczyli. Podczas sprawdzianu zabrałam jednemu z nich ściągi i podarłam. Zarzucił mi wtedy, że bezprawnie zniszczyłam jego własność.
– Na dodatek bezczelny gagatek. W jakiej szkole to wszystko się działo?
- W Liceum Salezjańskim.
– Nie ma innego wytłumaczenia niż to, że tatusie tych chłopaków byli hojnymi darczyńcami.
- Bardzo możliwe. Ponieważ kategorycznie powiedziałam ?nie?, a mimo to dyrektor poprawił te oceny, nie widziałam innego wyjścia z sytuacji niż odejście ze szkoły.
– W czasach PRL-u też się Pani stawiała? Do jakiej placówki oświatowej trafiła Pani po ukończeniu studiów?
- Do Szkoły Podstawowej nr 49 na Kapuściskach. Jako idealistka przyszłam tam w przekonaniu, że moje lekcje będą tak wyglądać: ja będę opowiadać, a wszyscy uczniowie będą słuchać z otwartymi buziami. Niezupełnie tak było.
– Jednak w tamtych czasach nauczyciele nie musieli się bać uczniów.
- To nie było łatwe środowisko, tam na Kapuściskach, ale byłam bezwzględna, jeśli chodzi o wymagania. Nie chciałam, żeby uczniowie mnie się bali, ale żeby się uczyli i byli grzeczni podczas lekcji. Bardzo dużo postawiłam ocen niedostatecznych. Dzięki stanowczości i konsekwencji, przywróciłam dyscyplinę na lekcjach.
– Takie nauczycielki-piły z sentymentem się po latach wspomina.
- Bardzo mam liczne kontakty z byłymi uczniami. Bardzo. Często się z nimi spotykam. Na kilka wesel zostałam zaproszona, a nawet byłam świadkiem na ślubie jednej z dawnych uczennic.
– Zaszczepiła Pani komuś bakcyla historii?
- Oczywiście, niektórzy uczniowie poszli na studia historyczne. Stoczyłam straszny bój z rodzicami jednej z uczennic, którzy uważali, że średnie wykształcenie ich córce wystarczy, a ja wiedziałam, że ona jest bardzo zdolna. Udało się ich przekonać. Kasia skończyła historię na UMK. Zaprosiła mnie do Hiszpanii, bo tam obecnie mieszka z mężem i spędziłam dwa tygodnie w Andaluzji. Ona wszystkim mówi, że mnie najwięcej w życiu zawdzięcza.
– Czy uczyła Pani historii ocenzurowanej?
- Na moich lekcjach nie było żadnych białych plam. Byli uczniowie mi opowiadają, że kiedy mówią znajomym, że ich nauczycielka uczyła na lekcjach historii w czasie stanu wojennego o tym, co zdarzyło się 17 września albo w Katyniu, to im nie wierzą.
– Nie była Pani wzywana na dywanik?
- Dyrektor przymykał oko, bo na pewno wiedział, co opowiadam na lekcjach. Wiedział też, że z kółkiem historycznym jeżdżę po całym kraju, a 19 marca obowiązkowo na Wawel do krypty z sarkofagiem Józefa Piłsudskiego. Poza tym dawałam uczniom literaturę podziemną do czytania, prowadziłam wykłady z historii w Bazylice, deklamowałam wiersze Stanisława Balińskiego.
– Jeśli nie dyrektor, to organizacja partyjna powinna zareagować.
- Z sekretarz POP miałam problemy tylko w maju. Przygotowywałam gazetkę ścienną z materiałami z okazji święta 3 Maja. Ona na przerwie zawieszała w tym miejscu plakaty pierwszomajowe. Na następnej przerwie ja je zdejmowałam i zostawały materiały trzeciomajowe. I tak w kółko Macieju.
– Rzeczywiście, dyrektor tej szkoły był niesłychanie tolerancyjny.
- W 1987 roku zostałam w końcu wyrzucona, ale sama sprowokowałam tę sytuację. Podczas rad pedagogicznych dyrektor odczytywał różne kretyńskie dyspozycje i księżycowe zarządzenia, do których mieli się stosować nauczyciele. Pewnego razu uświadomiłam sobie w czasie takiej rady, że ja funkcjonuję w jakiejś nierzeczywistości, że nie mogę tak siedzieć i udawać, że wszystko jest w porządku. Nie mogę dłużej akceptować sytuacji, że chodzę do pracy i mówię prawdę swoim uczniom, a potem idę do pokoju nauczycielskiego, wysłuchuję tych wszystkich absurdów i nie reaguję. Wstałam więc i powiedziałam, że ja tych zarządzeń nie zamierzam przestrzegać i proszę, żeby to zaprotokołować.
– To był akt politycznego nieposłuszeństwa.
- Nie wyrzucono mnie z powodów politycznych. Skorzystano z pretekstu, że pracowałam w niepełnym wymiarze godzin ? miałam już w tym czasie rentę. Nagle stał się potrzebny nauczyciel na pełnym etacie i mnie zwolniono. Mimo iż były to czasy PRL-u , wygrałam sprawę w Sądzie Pracy i uczyłam w tej szkole jeszcze rok, a potem odeszłam.
– Gdzie Pani później pracowała?
- Krótko w szkole w bydgoskim Londynku.
– Tam mieszka tzw. element.
- Nie da się ukryć. Chodziłam z mężem po domach tych uczniów – łobuzów. Jeden ojciec po wysłuchaniu, jak brzydko się jego syn zachowuje na lekcjach, zapytał : – I co, Robert, nie wstyd ci? – Nie – odpowiedział chłopak.
– Była Pani wychowawczynią w tej klasie?
- Byłam nauczycielką historii.
– Nie należało do Pani obowiązków chodzenie po domach uczniów.
- Wiem, ale chciałam zobaczyć, w jakim otoczeniu wyrastają, żeby znaleźć właściwe środki zaradcze.
– Pracowała też pani w szkołach ponadpodstawowych.
- Przez rok byłam na zastępstwie w VI LO, wiele lat pracowałam w III LO, a potem w Liceum Salezjańskim. Z ?szóstką? wiąże się sympatyczne dla mnie zdarzenie. Tam była kapitalna klasa humanistyczna. Kiedy skończył się rok zastępstwa, do pokoju nauczycielskiego, gdzie kończyła się rada pedagogiczna, weszli uczniowie i w imieniu klasy Justyna powiedziała, jak bardzo chcą mieć dalej ze mną historię, ile im te lekcje dają i bardzo proszą, żebym została. To było bardzo przejmujące, bo ona przy tym płakała.
Z tą klasą przygotowałam inscenizację z okazji 200-lecia uchwalenia konstytucji 3 Maja. Nawet stroje historyczne wypożyczyliśmy. Przejechał ją obejrzeć mój najstarszy brat Jędrek, który pracował jako dziennikarz w ?Życiu Warszawy? i był zachwycony. Nikt wtedy nie wiedział, że za kilka miesięcy Jędrka już nie będzie na świecie. Potem dowiedziałam się, że krótko przed śmiercią powiedział odwiedzającej go koleżance, że jest ze mnie ogromnie dumny, że kocham swój zawód i dlatego świetnie go wykonuję, że jestem nauczycielem z powołania. Te słowa dodawały mi sił, kiedy byłam kompletnie załamana po jego odejściu. Zmobilizowały mnie do dalszej pracy. Nie chciałam go zawieść. Poza tym kocham mój zawód.
– Czy myślała Pani o napisaniu doktoratu?
- Uczniowie też pytali: – Dlaczego pani profesor nie pisze pracy doktorskiej?
– I co Pani odpowiedziała?
- Za dużo rzeczy mnie interesuje, nie wiedziałabym na co się zdecydować. Wolę napisać książkę.
– Kiedy Pani zasiądzie do pisania?
- Już zasiadłam. Pierwszy tom jest właściwie gotowy. To ma być taki popularyzatorki przewodnik po historii, do którego ilustracje zrobią utalentowane plastycznie dzieci mojej siostry Ani, która zresztą też posiada wielki talent, bo cudownie potrafi zagospodarować czas.
– Przygotowywanie dzieci znajomych do matury, czytanie, słuchanie audiobooków, pisanie książki, odczyty, wykłady. Na co Pani znajduje jeszcze czas?
- Rok temu założyłam teatr, w którym gra kilka licealistek i kilku licealistów. Mieliśmy już parę występów. Jedno przedstawienie było poświęcone rotmistrzowi Pileckiemu, drugie nosi tytuł ?Żyj mój świecie?. To takie wielowątkowe rozważania na temat rzeczywistości. Spotykamy się u mnie co sobotę, piekę z tej okazji ciasto i wszystko ustalamy. Ci młodzi ludzie ciągle mnie zaskakują swoją inwencją, fantazją, wrażliwością. Są naprawdę świetni, bardzo twórczy. Niestety, chłopcy są obecnie w klasie maturalnej i w przyszłym roku trzeba się będzie obejrzeć za następcami. Bardzo liczę na pozyskanie nowych aktorów.
– Czy młodym ludziom podoba się Bydgoszcz?
- Podczas spotkań i prób nie rozmawialiśmy na ten temat, ale moi siostrzeńcy uważają, że Bydgoszcz jest piękna.
– A jakie jest Pani zdanie?
- Przyznam się, że latami powtarzałam opinię, że Toruń jest piękny, a Bydgoszcz brzydka, bo tak się przyjęło. Dopiero kiedy siostrzeńcy na mnie naskoczyli, rozejrzałam się dokoła i zobaczyłam, ile jest tutaj przepięknych miejsc. Zachwyciła się Bydgoszczą moja przyjaciółka, która przyjechała mnie odwiedzić z Lublina. Wszystko jej się tutaj podobało.
– Jest Pani urodzoną bydgoszczanką?
- Tak i nie. Urodziłam się w Szubinie, ale tylko dlatego, że mama jeździła tam do znajomego lekarza nas wszystkich rodzić. Czyli zamieszkałam w Bydgoszczy zaraz po urodzeniu.
– ?Nas wszystkich?, czyli ma Pani liczne rodzeństwo.
- Było nas czworo, najstarszy brat już nie żyje. Wszyscy starsi ode mnie, bracia o 11 i 7, siostra o 9 lat.
– Dużo młodszą siostrzyczkę rodzeństwo nie traktowało chyba zbyt poważnie.
- Miałam specyficzne dzieciństwo, znaczną jego część spędziłam w szpitalu i w związku z tym bywałam w domu gościem. Mam jaskrę wrodzoną. Nie leczona grozi całkowitą utratą wzroku. Do 15 roku życia przeszłam 14 operacji. Ale mimo wszystko dzieciństwo wspominam dobrze. Moja choroba jeszcze bardziej integrowała naszą rodzinę.
– Gdzie Pani wówczas mieszkała?
- W tym mieszkaniu, w którym teraz rozmawiamy. Mieszkam tutaj z dziesięcioletnią przerwą od urodzenia.
– To jest osiedle Leśne, które ma opinię wojskowego i czerwonego. Czy Pani ojciec był wojskowym?
- Nie, ale od przedwojnia był poglądów lewicowych.
– Sympatyzował z PPS?
- Jeszcze bardziej na lewo.
– Podobał mu się komunizm? Nie wiedział, co się w Rosji dzieje?
- Wychodził z założenia, że wszystko zależy od ludzi. Mój brat jest w posiadaniu donosów na tatę, z czasów kiedy ten był starostą szubińskim. W jednym z nich są zacytowane jego słowa, skierowane do ubeka: – Czy pan jesteś Rusek czy Polak? Pan musi działać dla dobra Polski. Kiedy tata studiował przed wojną prawo na Uniwersytecie Warszawskim był świadkiem, jak członkowie Młodzieży Wszechpolskiej tak pobili studenta żydowskiego pochodzenia, że mu oko wypłynęło. Nosił w sobie ten obraz. Wydawało mu się, że nowa władza przyniesie sprawiedliwość. Przeżył ogromne rozczarowanie. Myślę, że to przyczyniło się w dużym stopniu do jego przedwczesnej śmierci. W okresie stalinowskim siedział w więzieniu za prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie.
– Gomułkowcy byli patriotami?
- Tata był wielkim patriotą. U nas był piękny zwyczaj wspólnego czytania. Tata odczytywał z wybranej książki najpiękniejsze, najbardziej wzruszające fragmenty. Wielokrotnie czytał Sienkiewicza. Przy słowach z ?Potopu?: ?Jędruś, jam ran twoich niegodna całować?, za każdym razem głos mu się załamywał. Opowiadał też różne historie z przeszłości, dotyczące dziejów naszej rodziny. Zamiłowanie do historii wyniosłam więc z domu rodzinnego.
– Od kiedy Pani wiedziała, że chce studiować historię?
- Od zawsze.
– Czy historia jest nauczycielką życia?
- Jest.
– To dlaczego głupio postępujemy?
- Bo nie znamy historii. Mnie historia pomagała w wielu życiowych sytuacjach.
– W jaki sposób?
- Kiedy w czasie operacji odczuwałam ból, który wydawał się nie do zniesienia, myślałam o tym, że major Łukasiński musiał wytrzymać w twierdzy w Szlisselburgu 46 lat. Po zabiegu profesor powiedział: – Byłaś bardzo dzielna. Odpowiedziałam: – To nie ja, to major Łukasiński. Oczywiście, nie zrozumiał, ale mu potem listownie wszystko wytłumaczyłam. Po nagłej śmierci brata popadłam w głęboką rozpacz i wtedy przypomniałam sobie, jak dzielnie zachowała się Maria Skłodowska-Curie w obliczu strasznej tragedii, jaką była dla niej śmierć Piotra Curie.
Na historię można patrzeć jak na pasmo nieszczęść, albo jak na ciąg budujących przykładów. To studia bez dna. Dlatego jest taka fascynująca. Nie ma dnia, żebym nie spędziła z historią kilku godzin.
– I ciągle się zdarza, że dowiaduje się Pani czegoś nowego.
- Ciągle odkrywa się nowe zbrodnie popełnione przez NKWD, wychodzą biografie różnych postaci historycznych, które odsłaniają jakieś nieznane wcześniej zachowania czy sytuacje. Doprowadza mnie do szewskiej pasji sprawa mostu im. Lecha Kaczyńskiego. Podobno były prezydent był kontrowersyjny, dlatego most nie powinien nosić jego imienia. Kontrowersyjny!!! A jaka postać historyczna nie jest kontrowersyjna?! Bolesław Chrobry był kontrowersyjny, Mieszko był kontrowersyjny, dla niektórych nawet Jan Paweł II był kontrowersyjny. Ulice bydgoskie nie mogłyby nosić dzisiejszych nazw, gdyby posługiwać się kryterium kontrowersyjności.
– A czy na Wawelu spoczywa ktoś niekontrowersyjny?
- Nikt.
– Najbardziej kontrowersyjny jest chyba Piłsudski.
- Spoczywa tam kilku królów, których nie lubię. Taki na przykład Michał Korybut Wiśniowiecki, który znał kilka języków…
– …ale w żadnym nie potrafił powiedzieć niczego sensownego. Czy on nie znał kilkunastu języków?
- Podobno osiem.
– I gruby był.
- Tak. Zmarł w trakcie jedzenia. Zadławił się ogórkiem.
– Ma Pani ulubioną postać historyczną?
- Oczywiście, że mam – Piłsudski.
– Przecież był kontrowersyjny, no i z babami przesadzał.
- Wszyscy wielcy przesadzali. Cóż w tym dziwnego, że wielkie indywidualności rozkochują w sobie kobiety, które potem czasami nawet odbierają sobie życie.
– Czy widzi Pani jakieś analogie między sytuacjami czy postawami dawniejszymi a teraźniejszymi?
- Kiedy widzę, jak lubiany i chwalony jest poza naszym krajem Donald Tusk, to poklepywanie po plecach, przypomina mi się jeden polski monarcha. Króla Poniatowskiego też lubili zagranicą. Też bywał na obcych dworach, ładnie tańczył i kokietował panie. To się podobało. Przyznam, że głosowałam na Tuska w 2005 roku, ale bardzo szybko po wyborach wiedziałam, że popełniłam błąd. Odstręczające były te nieustanne ataki na prezydenta Kaczyńskiego.
– Jeśli czyta Pani biografię jakiejś osoby, którą jeden historyk przedstawia w całkowicie odmienny sposób niż drugi, to komu Pani daje wiarę? Jak poznać, kto ma rację?
- Tak najczęściej jest, że jeden niekoniecznie ma do końca rację i drugi do końca nie ma tej racji. Ale nie lubię biografii, której autor stara się być obiektywny, bo to straszna nuda. Bardzo natomiast lubię Jerzego Łojka, który nie ukrywa swoich poglądów. Uwielbiam napisaną soczystym językiem książkę Karola Zbyszewskiego ?Niemcewicz od przodu i tylu?. Rewelacja! To chyba jego praca doktorska, która nie została dopuszczona. Po przeczytaniu pierwszego zdania nie można się już oderwać.
– Żeby historia mogła pełnić rolę nauczycielki życia, powinna uczyć umiejętności wykrywania mechanizmów, kryjących się pod powierzchnią zdarzeń. Odnoszę jednak wrażenie, że szkoła ogranicza się do włożenia do głowy ucznia dat, nazwisk, nazw miejscowości. Na dodatek, ministerstwo zdecydowało o zredukowaniu godzin historii w szkołach ponadpodstawowych. A na marginesie, zna Pani inny kraj poza Polską, gdzie odbywały się głodówki w sprawie lekcji historii?
- Nie, nie znam.
– No właśnie, czyli sytuacja musi być dramatyczna, skoro tak drastyczne środki zostały zastosowane.
- W jakiejś mierze okazały się skuteczne, bo pewne zmiany zostały wprowadzone. Poprzedni system miał też wiele ułomności. Poza tym mało ludzi zna historię. Zawsze tak było. Nie łudźmy się, że będzie inaczej. To zależy nie tylko od szkoły, ale także od nastawienia do życia młodych ludzi, które staje się coraz bardziej konsumpcyjne. Wcześniej maturę z historii zdawało 22 procent maturzystów, teraz 7 procent. Zresztą matura z historii jest naprawdę bardzo trudna, bo wymaga się na niej nie tylko wiedzy ściśle historycznej, ale również z dziedziny historii sztuki albo geografii, choć i historia sztuki, i geografia są osobnymi przedmiotami maturalnymi. Jaki zdający historię polski maturzysta potrafi odpowiedzieć na pytanie, co znajduje się na jakiejś monecie euro i dlaczego właśnie to, a nie co innego?
– Dla osoby , która tak ja Pani lubi czytać, choroba oczu stanowi duże utrudnienie.
- Bardzo duże. Zwłaszcza że po niefortunnej operacji, którą przeszłam w wieku 14 lat, wzrok bardzo mi się pogorszył. Ale ciągle czytałam, albo z nosem w książce, albo wspierając się lupą. Teraz, na szczęście, są audiobooki, który chętnie kupuję i wysłuchuję. Mam ich koło pięciuset.
– Potrafi Pani wskazać książkę, która wywarła na Pani największe wrażenie?
- Są książki, które zmieniły nawet moje życie, na przykład ?Emigranci? Mrożka. Następstwem mojego wieloletniego przebywania w szpitalu była chorobliwa nieśmiałość, a po nieudanej operacji, która doprowadziła do znacznego pogorszenia wzroku, doszło do tego bardzo zaniżone poczucie wartości. W VII LO trafiłam na nauczycielkę matematyki, która nie lubiła uczniów nie radzących sobie zbyt dobrze i traktowała ich pogardliwie. Byłam słaba z matematyki, a ona ciągle mnie upokarzała. Kiedyś miałam problem, żeby odczytać coś z tablicy, a ona powiedziała wtedy, że białą laskę powinnam sobie kupić. Bardzo mnie to zabolało.
– Ciągle nie widzę związku z Mrożkiem.
- W ?Emigrantach? jest mowa o wolności w zestawieniu ze zniewoleniem od pieniędzy. Wtedy sobie uświadomiłam, że ja jestem niewolnikiem swoich kompleksów i postanowiłam to zwalczyć. Pani nie uwierzy, ale to się stało z dnia na dzień. Poszłam do szkoły. Matematyczka znowu wygłosiła jakąś kąśliwą uwagę pod moim adresem, a ja wtedy wstałam i powiedziałam: – Dla pani ktoś, kto nie jest dobry z matematyki, nie mieści się w kategorii człowiek. Kobieta przeżyła szok. Jej się wszyscy potwornie bali. ? Co ty mówisz? Ja ciebie zaraz wywalę do wychowawczyni ? stwierdziła. ? Niech mnie pani wywala ? powiedziałam. Wychowawczyni nalegała, żebym matematyczkę przeprosiła. Tłumaczyła: – Jesteś taka słaba z matematyki, możesz naprawdę repetować. – Nigdy w życiu! – odpowiedziałam. Choćbym dziesięć lat miała siedzieć w tej klasie, nigdy w życiu jej nie przeproszę. Już dosyć tych upokorzeń.
– Została Pani na następne lata w tej samej klasie?
- O dziwo, dostałam trójkę na koniec roku. A w roku następnym była matura. Matematyczka podeszła do stolika w sali gimnastycznej, przy którym rozwiązywałam zadania, pochyliła się nade mną i powiedziała: – Zdałaś.
– Nazwisko, które Pani nosi, jest rodowe, czy po mężu?
- Rodowe.
– Jednym z bohaterów mojej pierwszej książki jest Marek Jarociński. Czy to jakiś krewny?
- To mój brat.
– Ojej! Pewnie mnie serdecznie nie cierpi.
- No nie, choć przyznam, że kiedy zaproponowała mi pani wywiad, zadzwoniłam do niego i zapytałam, czy nie ma nic przeciwko temu. Powiedział, że absolutnie nie, a nawet powinnam udzielić wywiadu, żeby pani lepiej poznała naszą rodzinę.
– Napisałam w ?Bydgoskiej ośmiornicy?, że Marek Jarociński pochodzi z czerwonej rodziny.
- Nie wstydzę się moich rodziców. Tata siedział w więzieniu, mama oddała legitymację partyjną na znak protestu przeciw wprowadzeniu stanu wojennego. Wiem, że byli wielkimi patriotami i prawymi ludźmi. I to mi przekazali.