– Wojna zastała Pana w Wilnie?
- W 1939 roku miałem dopiero 11 lat. Byłem przedwojennym harcerzem 4. Drużyny Poniatowskiego w szkole nr 24. Wszyscy byliśmy wtedy wychowywani w duchu legionów Piłsudskiego, zresztą szefem drużyny był legionista.
– Tak młodzi chłopcy chwycili za broń?
- Mieliśmy swoje zadania do wykonania. Roznosiliśmy powołania do wojska. Bardzo szybko, bo już 18 września Rosjanie byli w Wilnie. Dostaliśmy rozkaz zejścia do podziemia, schowania mundurków. Poznaliśmy, kim są Ruscy, czym pachną. To była kawaleria z kocami zamiast siodeł, bez butów, cuchnący. Byliśmy przerażeni. Nędza i rozpacz. Wystarczył sam widok. Kawalerzyści na jakichś kucykach… Rosjanie zaczęli łapankę na polskich żołnierzy, zwłaszcza legionistów. Po zajęciu Wilna pomagaliśmy rodzinom aresztowanych oficerów.
– Niebawem zaczęła się kolejna wojna.
- Widzieliśmy, że coś się szykuje, bo Rosjanie zgromadzili bardzo dużo wojska pod granicą. Chyba sami chcieli uderzyć na Niemców, ale ci ich uprzedzili. Radzieckie wojsko to była zbieranina, ich sprzęt… To był prawdziwy szmelc. Mnóstwo czołgów po prostu stało, bo gąsienica pękła albo coś innego się zepsuło. Z kuzynem z jednego wraku wymontowaliśmy karabin. Nic dziwnego, że w tej fazie Niemcy błyskawicznie rozbili Armię Czerwoną i zajęli Wilno.
– W ciągu raptem paru lat przeżył Pan okupację radziecką, litewską, niemiecką i ponownie radziecką. Czymś się różniły?
- Szowinizm wszystkich trzech nacji był wówczas olbrzymi. Litwini najpierw wierzyli Rosjanom, a potem Niemcom, że będą mieli własne państwo. Jak się okazało, ich wiara była bezpodstawna.
– Pana droga wojenna zaczęła się podczas okupacji niemieckiej?
- Po zajęciu Wilna przez Niemców, w 1943 roku powstał tam pierwszy oddział polskiego konspiracyjnego wojska. Sytuacja była bardzo trudna, bo Litwini współpracowali z Niemcami. Razem z moją drużyną harcerską nawiązywaliśmy kontakty z Szarymi Szeregami. Struktura była podzielona na cztery dzielnice. Ja byłem w dzielnicy “D”. Pełniłem funkcję łącznika, zaopatrywałem oddziały w materiały sanitarne, kolportowałem ulotki, żywność.
– Tragicznym zwrotem było powstanie wileńskie?
- Na pewno. Oddziały podjęły walkę pod dowództwem generała “Wilka” Krzyżanowskiego. Operacja “Ostra Brama” miała podobny cel jak powstanie w Warszawie. Połączone siły okręgu Nowogrodzkiego i Wileńskiego miały opanować Wilno i powitać armię radziecką w roli gospodarza tego terenu. Udało się połowicznie: polska flaga dwukrotnie wisiała na Wzgórzu Zamkowym, ale potem Rosjanie internowali tysiące polskich żołnierzy. Ja zostałem ranny lekko w nogę przy elektrowni i tylko dlatego ominęła mnie Kaługa. Pamiętam to doskonale, nocne aresztowania, łapanki, wywózki, rozstrzeliwania. Rosjanie potraktowali nas jak wrogów. Najpierw obiecywali powstanie polskiej dywizji. Wilk w to uwierzył. A potem otoczyli i rozbroili polskich żołnierzy. Około siedmiu tysięcy akowców zostało internowanych. Nie chcieli złożyć przysięgi i iść do armii Berlinga, więc wywieźli ich do Kaługi.
– Panu na szczęście się udało.
- Tylko dlatego, że byłem ranny. W 1944 roku zacząłem chodzić do gimnazjum, wciąż działając w konspiracji. Moim szefem był ojciec Jerzego Puciaty, który kierował tajnymi kompletami. W gimnazjum stworzyliśmy Polską Organizację Młodzieżową Armii Krajowej – POMAK. Kiedy tylko była możliwość, całą drużyną włączyliśmy się do armii Berlinga. Po zajęciu Warszawy w 45’ maszerowaliśmy ulicami Pragi. Mieszkańcy stolicy mówili na nas “mięso armatnie”. NKWD wciąż szukało akowców, a ci którzy się ujawnili, znikali w dziwnych okolicznościach. Nawiązaliśmy kontakty z warszawskimi akowcami i całą drużyną zdezerterowaliśmy z tej armii. Mieliśmy się spotkać na cmentarzu w Rembertowie, ale nasz oddział natknął się tam na NKWD. Rozpętała się strzelanina. Udało mi się uciec. Z kolegą wróciliśmy do Wilna.
– Tak po prostu wsiadł Pan do pociągu i wrócił?
- Ruscy wtedy wywozili z Niemiec do Rosji zrabowany sprzęt. Ukryliśmy się z kolegą w wagonach towarowych. Ja schowałem się w zestrzelonym samolocie. Następnie jechaliśmy już pół legalnie: z biletami, ale bez dokumentów. To były wagony towarowe z ławkami dla pasażerów. Trafiliśmy na kontrolę dokumentów, nie mieliśmy wyjścia: wyrzuciliśmy NKWD-zistę z pociągu, po parunastu kilometrach sami też wyskoczyliśmy. Jakoś udało mi się dotrzeć w końcu do Wilna.
– Nie na długo?
- Rodzice dostali cynk, że musimy natychmiast uciekać. Całą rodziną zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę do Polski. Przewiozłem wtedy cztery pistolety, o czym oczywiście rodzina nic nie wiedziała. Były ukryte na dnie walizki, a na wierzchu leżały dwie butelki wódki i kiełbasa. Radzieccy żołnierze, którzy nas kontrolowali po drodze, skusili się oczywiście na te specjały i dalej nie szukali.
– Od razu podjęliście decyzję o zamieszkaniu w Bydgoszczy?
- Jechaliśmy do Gdańska, ale wysiedliśmy w Bydgoszczy. Ojciec dał się namówić koledze z Wilna. Mieszkaliśmy przy ulicy Pomorskiej, w koszarach, potem przy ul. Śląskiej. Nawiązałem kontakty z kolegami z AK, broń magazynowaliśmy pod Wałczem. Poszedłem też do szkoły, na ul. Staszica, gdzie od razu założyłem POMAK. Bydgoszcz Ruscy traktowali jak miasto zdobyczne, niemieckie. Na każdym kroku widać było rabunki, gwałty, mnóstwo bydgoszczan wywieziono na Syberię.
– Wierzyliście, że to koniec wojny?
- Byłem głęboko przekonany, że lada moment wybuchnie nowa wojna. Dlatego też konspiracja wciąż trwała. 1 listopada 1946 roku jechaliśmy do Gdańska, chodziło o nawiązanie kontaktu z Łupaszką i szerzej współpracę z AK. W Tczewie podczas kontroli u kolegi znaleźli w teczce pistolet P38. Chciałem go odbić, wywiązała się strzelanina. Wyskoczyliśmy z pociągu, ale okrążyli nas. Czułem, że to już koniec. Włożyłem sobie lufę w usta. Nie wiem – albo niewypał, albo brak amunicji.
– Został Pan aresztowany?
- Zawieźli mnie do Gdańska. Tam byłem katowany bez litości. Znaleźli przy nas też treść przysięgi – to był wystarczający powód. Najpierw katowała mnie Informacja, potem UB. W Gdyni komuniści zorganizowali błyskawiczny proces. To była prawdziwa pokazówka, ściągnęli mnóstwo uczniów, mieszkańców miasta. Dostałem karę śmierci. Młodzież jak usłyszała wyrok, zaczęła krzyczeć – musieli ich wyprowadzić z sali.
– Jakie to uczucie dostać karę śmierci?
- Bierut wyrok zatwierdził, wszystkie sądy również. Trzy miesiące siedziałem w celi śmierci. Rozstrzeliwali rano, więc jak do południa mnie nie wyprowadzili – przeżyłem kolejny dzień. Wszystko słyszałem. Jedni krzyczeli “Niech żyje Polska!”, inni płakali. Jeden z kolegów miał widzenie z matką. Powiedziała mu, że został ułaskawiony. Następnego dnia zabrali go na rozstrzelanie. Mnie po trzech miesiącach objęła amnestia i zmniejszyli mi wyrok na 15 lat więzienia.
– To nie było więzienie takie jak dzisiaj?
- Dzisiejsze więzienia… Wiem, bo byłem na wizycie w jednym z nich, w niczym nie przypominają tamtych czasów. Siedziałem w Gdańsku, Sztumie, Wronkach, Strzelcach Opolskich. W Sztumie chcieli mnie wykończyć. Zarzucono mi na podstawie donosu kolegi, chęć rozbicia więzienia i utrzymywanie kontaktów ze światem zewnętrznym. Bez żadnych dowodów. Siedziałem w karcerze, byłem potwornie bity. Matka przyjechała na widzenie ze mną. Jak mnie zobaczyła zmaltretowanego, rozpłakała się i pojechała na skargę do prokuratora. Potem katowanie się skończyło, ale zaczęło się jeszcze gorsze – przewieźli mnie do Wronek, gdzie spędziłem rok w pojedynczej celi. Potem, w Strzelcach to był już luz. Zwolnili z więzienia ogrodnika i szukali następcy – zgłosił mnie kolega, choć nie byłem przecież ogrodnikiem. Przyjęli mnie do tej pracy. Dzięki temu miałem dojście do jedzenia itp.
– Spędził Pan w stalinowskich więzieniach 10 lat.
- Nie wierzyłem, że w ogóle kiedyś wyjdę. Pierwsza amnestia mnie nie objęła. Wyszedłem dopiero podczas amnestii w 1956 roku. Jeszcze w więzieniu zrozumiałem bezsens walki zbrojnej. Przyrzekłem ratować historię. Oficjalnie byłem filatelistą, więc mogłem kolekcjonować wszystko, co było związane z naszym patriotyzmem. Interesowały mnie stare rzeczy, pamiątki, zdjęcia, książki. Stopniowo realizowałem swoje przyrzeczenie. Było jeszcze daleko do “Solidarności”, a ja już miałem bardzo bogate archiwum polskości. W 1990 roku zorganizowałem pierwszą w Bydgoszczy wystawę poświęconą marszałkowi Piłsudskiemu. Potem była pierwsza tablica poświęcona więźniom politycznym, tysiące spotkań z młodzieżą, mnóstwo wystaw, wyjazdów do Wilna.
– Pana aktywność mogłaby stanowić podstawę kilku życiorysów.
- Mam ponad 80 lat. Żona mnie czasem namawia, żeby już skończyć z pracą, ale dla mnie to życie. Oczywiście na większość przedsięwzięć nie ma pieniędzy, pukam gdzie się da i czasem się udaje pozyskać parę złotych na wystawę, wydanie książki albo pomoc dla Polaków w Wilnie. Oni czują się dzisiaj opuszczeni przez polski rząd i mają rację. Patriotyzm to nasz wspólny obowiązek. Dla mnie liczy się człowiek. A drugie: służyć społeczeństwu. Wychować młodzież. To jest podstawa. Mam wyjątkowy zbiór listów, związanych z Bydgoszczą, pochodzących z XVIII-XIX wieku. Chciałem ją sprzedać miastu i kupić przynajmniej te kilkadziesiąt mundurów dla harcerzy. Chodzi o wychowanie. Żeby młodzi ludzie nie musieli się spotykać na fajce i pić gorzałę. Zwróciłem kiedyś uwagę grupie dziewcząt, które używały takiego języka, że uszy więdły. Usłyszałem wiązankę “a co ty stary ch…” To jest bolesne. Póki Bozia da, rok, dwa pożyć, chcę jeszcze coś zrobić dla młodych ludzi.