O tym, że Bydgoszcz jest miastem jajcarzy, wiadomo od dawna. To tutaj, dla przykładu, witano rok 2014 w sferycznych namiotach na Starym Rynku. O północy było cicho jak makiem zasiał. W żadnym innym mieście w Polsce, a może i na świecie, nie było takiego sylwestra. Nie będę przypominać o ścieżce rowerowej w formie serpentyny, o moście bez chodników i wielu innych powodach do uciechy.
Ale prawdziwą bekę mamy dzięki politykom lokalnym. Weźmy na przykład posła Latosa. Dowiedział się, że ktoś z władz UMK przyjaźni się z panią Basią, zaufaną sekretarką Jarosława Kaczyńskiego. Właściwie nie z samą panią Basią tylko ze szwagrem jej sąsiadki. A właściwie nie ze szwagrem, tylko kuzynem jego wujka. Tak czy owak jakieś dojście kogoś z UMK do pani Basi istnieje, a ona ma nieograniczony dostęp do ucha prezesa PiS i zawsze może mu coś szepnąć.
Kiedy zebrano ponad 140 tysięcy podpisów pod projektem utworzenia uniwersytetu medycznego z Bydgoszczy, poseł poczuł, co się święci i zaczął z wrodzonym taktem studzić emocje. Może dojść do nieszczęścia, jeśli za pośrednictwem pani Basi do Jarosława Kaczyńskiego dotrze informacja, że bydgoski PiS działa na niekorzyść UMK. A to przecież toruńska uczelnia. Jakiegoś kozła ofiarnego prezes znajdzie.
Latos stara się złagodzić napiętą sytuację. Na początek proponuje, żeby zachować medycynę na UMK i otworzyć uniwersytet medyczny w Bydgoszczy. Ale sprawa jest rozwojowa i w końcu poseł Latos zaproponuje najprawdopodobniej latający uniwersytet medyczny w regionie kujawsko-pomorskim, żeby wszystkich zadowolić. A z funkcji okręgowego szefa Prawa i Sprawiedliwości i tak poleci, bo lada moment zostanie nim młody Schreiber.
Rozrywki dostarczył nam prezydent Bydgoszczy, bo skakał na manifie KOD-u. Naraził się różnym gremiom tym skakaniem, ale nie wszystkim. Sobociński odetchnął z ulgą, kiedy dowiedział się, że KOD to nie jest utworzony przez Dzakanowskiego Komitet Obrony Dombrowicza.
Krytykowali Bruskiego politycy Prawa i Sprawiedliwości, lecz dobrotliwie. Złotowski stwierdził z zazdrością: umie skakać. Nie ma czego zazdrościć! Starczy zgubić trochę kilogramów i można nie tylko skakać, ale też sznurowadła samemu zawiązać.
Gdyby do Bydgoszczy przyjechał Koń, który skacze, prawdopodobnie pojawiłby się także Radek Sikorski. Chociaż nie. Jego zdaniem, konstytucji polskiej należało bronić dużo wcześniej. Została ona złamana w 2007 roku, kiedy wymuszono na Sikorskim dymisję ze stanowiska szefa MON (Kaczyński) i w 2015 roku, kiedy wymuszono na nim rezygnację z funkcji marszałka sejmu (Kopacz). Do szczególnie drastycznego naruszenia konstytucji doszło w 2014 roku, kiedy Sikorski został zmuszony do zapłacenia z własnej kieszeni 820 zł za butelkę wina, którą zamówił do służbowo spożywanych ośmiorniczek.
Natomiast niewystawienie byłego marszałka w wyborach parlamentarnych 2015 roku łamaniem konstytucji nazwać nie można, ale można podciągnąć pod łamanie demokracji. Naród go chciał, tylko podejmująca niedemokratycznie decyzje partia go nie chciała.