Przez wiele lat coś przeszkadzało mi wybrać się w Miasto w czasie jej trwania ? a to ktoś w rodzinie coś złamał i trzeba było się zająć, albo po prostu nie starczyło mi energii lub nie znalazłam towarzystwa. I tym razem moje plany o mało nie wzięły w łeb, bo ludzie, których upatrzyłam na towarzyszy, podjęli udaną próbę dopłynięcia statkiem do Nakła. Zatem ? Noc Muzeów rozpoczęła się dla mnie rzeczywiście w nocy ? po 21.00. Wszystkie planowane pokazy były już zakończone, na oglądanie filmów jakoś zabrakło ochoty, a zwiedzanie wystaw, które są do obejrzenia na co dzień jakoś nie pociągało.

Rada w radę skierowaliśmy się do Muzeum Wodociągów, czyli do Wieży Ciśnień. Z ronda Grunwaldzkiego poszliśmy sobie na piechotę, przy okazji podziwiając park Henryka Dąbrowskiego i nie przejmując się schodami. Nigdy nie byliśmy w tym muzeum, więc wybór wydawał się właściwy. Rozświetlone wnętrze przyzwało wielu chętnych ? ludzie tłoczyli się w wejściu jak mróweczki na ogryzku. Wewnątrz człowiek czuje się jak w wielkiej beczce. Brzegiem tej beczki suną metalowe schody, które, zaiste, przeszły w tę noc próbę obciążeniową niezwykłej klasy. Od wejścia do muzeum aż po pierwszy poziom schody zajmowała Kolejka ? twór znany nam z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku ? czyli człowiek za człowiekiem, człowiek za człowiekiem. Wszyscy karnie stali po prawej stronie tak, by schodzący z góry mieli przejście.

Trochę nas zaniepokoiły podsłyszane utyskiwania tychże schodzących ? mianowicie narzekali, że stali w tej kolejce trzy godziny. Ale co tam ? Polak potrafi, jak trzeba stać, to trzeba. Jak przyszliśmy, to będziemy konsekwentni. Nieco było duszno, ale każdy z nadzieją patrzył w wejście na pierwszy poziom. Wzdłuż schodów umieszczono wystawę fotografii innych wież z Polski i zagranicy, więc się człowiek nie nudził.

Kiedy już dotarliśmy na upragniony pierwszy poziom okazało się, że na sporej kolistej platformie uformował się zarąbisty ślimak kolejkowy, ustanowiony ze znacznie większej liczby zwiedzających niż kolejka na schodach. Miny nam zrzedły, ale konsekwentnie postanowiliśmy nie zmarnować czasu już poświęconego na kolejkowanie. Przy tym wszystkim mieliśmy nadzieję, że kieruje tym wszystkim ktoś z głową, czyli pracownik muzeum. Pracownik takowy, owszem, był u progu następnych schodów, spiralnie wkręcających się w środek wieży. Dowolnie długi czas poświęcony na obserwację wskazywał jednak, że głowy to raczej nie ma. Fizycznie jak najbardziej, młoda ta pani głowę posiadała, ale z używaniem jej zasobów było kiepsko. Zorientowaliśmy się, że pani wpuszcza na zasadnicze schody mniej więcej tyle osób, ile zeszło z góry. Mniej więcej, albowiem rodziny nie dawały się rozdzielić, więc jak schodziły trzy osoby, to czasem wchodziły cztery, a czasem dwie.

Niektórzy spędzali na tajemniczej górze kilka minut, niektórzy pół godziny, a bardziej zdyscyplinowani kwadrans. Nasze przekonanie, że na górze jest inny pracownik muzeum, który pilnuje, żeby się nie zasiedzieć, spełzło na niczym. Korzystając z okazji obejrzeliśmy wszystko, co na tym poziomie było do obejrzenia ? zasady działania wodociągu miejskiego, jego historię, eksponaty łazienkowe, a nawet wystawę poświęconą Powstaniu Wielkanocnemu w Irlandii (!). Dobrze, że była ławka, bo nasze stanie pochłonęło już dwie godziny. Obserwacja pracownicy muzeum przekonała nas, że raczej się nad ostatnim etapem zwiedzania nie panuje ? każdego schodzącego pani pytała, ile osób jest na górze. Znaczy ? żadnych założeń liczbowych nie było. Trudno, ryzykowaliśmy dalej. Po dwóch godzinach i siedemnastu minutach przyszedł czas na nas.

Ruszyliśmy w górę. Korzystanie z tych schodów przypominało karuzelę ? wąsko, ciasno i spiralnie w górę. Stopni było 176, jak informowały nalepki. Duszno. Ciężkie drzwi na zewnątrz ustąpiły, ciepły wiatr sprawił, że człowiek z przyjemnością zaczerpnął powietrza. Kiedy już stanęłam na platformie na zewnątrz wieży, zrozumiałam, że mimo wszelkich przeciwności zrobiłam właściwie. Widok zapiera dech! Bydgoszcz nocą, rozświetlona, spokojna, imponująca światłem, ciągnąca się wokół to piękne miejsce. Nie wiedziałam, że aż tak piękne. Zrozumiałam tych, którzy byli tam dłużej, nie bacząc na kolejkę wewnątrz wieży. Zrobiłam kilka zdjęć, ale żadne z nich nie odda tego, jaka poczułam się dumna. Mieszkam w pięknym miejscu.

Nie ma się co zachłystywać ? znajomi uwierzyli w zapewnienie Zarządu Dróg, że komunikacja miejska kursuje do 1.15. Mieli prawo założyć, że o 0.20, kiedy zejdziemy z wieży i dostaniemy się na rondo Grunwaldzkie, znajdą środek komunikacji inny niż taksówka, dzięki któremu dostaną się w pobliże Bielawek. Nic bardziej błędnego. Minął nas tylko autobus K, który jechał na Stary Rynek. Miałam więcej szczęścia, mieszkam na Okolu. Mojego marszu do domu nie da się porównać z ich pieszą wędrówką na Bielawki. To tyle w kwestii mieszkania w pięknym miejscu.