Okręgi jednomandatowe to w szczególności element demokracji anglosaskiej. W Stanach Zjednoczonych, a zwłaszcza w Anglii terytorium okręgu wyborczego ustalone jest historycznie i kształtowane było setki lat. To sprzyja tworzeniu się trwałych więzi społecznych. Wyborcy potrafią w takim organizmie terytorialnym rozpoznać, co jest dla nich ważne i w ich interesie. Polskę, na użytek ostatnich wyborów, podzielono na 100 okręgów, ponieważ przed tą “rewolucyjną” zmianą senatorów też było 100 i zapewne żal było likwidować te prestiżowe politycznie stanowiska. O zwiększeniu liczby senatorów nikt z oczywistych względów nie wspominał.
Istnienie izby wyższej powinno być uzasadnione ustrojowo. Tymczasem w Polsce jest kompetencyjnie powieloną izbą niższą, czyli sejmem. Wprowadzenie wyborów do senatu w okręgach jednomandatowych było li tylko zabiegiem technicznym, wprowadzającym jedynie korektę, co do sposobu wybierania senatorów.
Dla wyborców czytelny jest system jednorodny i prosty. Tymczasem w ostatnich wyborach najważniejsze, skupiające uwagę, angażujące emocje wybory do sejmu odbywały się według reguł ordynacji proporcjonalnej. To poprzez głosowanie na kandydatów do sejmu wyborcy mieli świadomość, że decydują o politycznym kierunku i o tym, jaki Polska będzie miała rząd. Te wybory natomiast były partyjne, głosowanie odbywało się na listy, nie osoby. Na tych wyborach zogniskowana była uwaga wyborców, te wybory były przedmiotem kampanii wyborczej. Wybory do senatu pozostały wtórne do sejmowych i na uboczu dyskusji politycznych tak samo jak na ulotkach mogliśmy przeczytać programy polityczne KANDYDATÓW DO SEJMU i gdzieś na ich dole wzmiankę, kto jest ICH kandydatem do senatu!
Jest zupełnie logiczne, że wyborcy przed głosowaniem podejmowali przede wszystkim decyzję na jaką partię oddadzą głos /utwierdzały ich w logice takiego postępowania sondaże wyborcze/, potem następowała decyzja personalna przy kim postawić krzyżyk – najczęściej przy “jedynce”, a na końcu wybór kandydata do senatu dokonywany był już w tym upartyjnionym klimacie wyborczym.
W tych warunkach zdobycie mandatu do senatu przez kandydata niezależnego, niemającego poparcia wygrywającej w wyborach proporcjonalnych w danym okręgu wyborczym partii politycznej było zadaniem nie tylko skrajnie trudnym, ale niewykonalnym! Zauważmy, że w tych 4 okręgach do senatu, gdzie nie wygrał kandydat formalnie partyjny /czyli: Włodzimierz Cimoszewicz w Białymstoku, Kazimierz Kutz w Katowicach, Marek Borowski w Warszawie i Jarosław Obremski w Wrocławiu – KKW Rafał Dutkiewicz/ wiodące partie udzieliły poparcia kandydatom niezależnym, nie rejestrując własnych kandydatów! W Bydgoszczy, obaj byli prezydenci miasta: Roman Jasiakiewicz i Konstanty Dombrowicz, niemający poparcia czy to PO czy PiS, z punktu widzenia logiki systemu wyborczego w czasie tych wyborów nie mieli żadnych szans.
Odpowiadając na zadane w tytule pytanie, czy okręgi jednomandatowe zawiodły, czy nie spełniły pokładanych nadziei przełamania dyktatu partii politycznych, odpowiedź brzmi: nie!
Wyborcy będą głosować bardziej na ludzi niż na partie, gdy system wyborczy im to umożliwi. Obowiązujący nie daje im na to żadnych szans.