Fordońska, róg Fabrycznej, deszcz jak cholera. Pod parasolem doczekuję tramwaju i z ulgą wdrapuję się po wysokich stopniach, bo choć tramwaj z tajemniczego Łoskonia jedzie, to jest starego typu. Od czasu otwarcia linii do Fordonu o siedzącym miejscu można tylko pomarzyć. Mimo to rozglądam się wśród współpasażerów. Dwie gimnazjalistki pogrążone w rozmowie o niejakim Łysym nie zauważają starszej pani stojącej o kulach ? to znak naszych czasów. Najwyraźniej rodzice gimnazjalistek zapomnieli sobie uświadomić, że też kiedyś będą starzy.
Jakaś pani tuli w objęciach aluminiową drabinę, zapewne nabytą drogą kupna w Obi. Inne dwie panie wymieniają się uwagami na temat atmosfery w pracy. Zapatrzony w mijane widoki pan nuci sobie cicho. Ktoś inny, z tyłu, poza zasięgiem mojego wzroku walczy z atakiem kaszlu. Wilgotność stuprocentowa, bo deszczowa pogoda i grzejniki w tramwaju pracują pełną parą ? dosłownie. Moja kontemplacja współpasażerów nie trwa długo ? na czas potrzebny do przejechania półtora przystanku. Jeśli oczywiście nazwać przystankiem odległość między dwoma zatrzymaniami tramwaju, kiedy to można wsiąść lub wysiąść.
Na wysokości Kijowskiej tramwaj się zatrzymuje i przez pierwsze pięć minut nikt w zasadzie nie zwraca na to uwagi. Ciepło, cicho, na głowę nie pada, Łysy i atmosfera w pracy są najwyraźniej ciekawymi tematami. Gdy zaczyna się kolejne pięć minut, ludzie zaczynają się rozglądać. Jesteśmy w drugim wozie, więc nie można nawiązać kontaktu z motorniczym. Nie można też otworzyć drzwi, chyba że awaryjnie, ale nikt o tym chyba nie myśli. W końcu drzwi się otwierają, co jest wymownym sygnałem od motorniczego, że trzeba wysiąść.
Wysiadam więc, rozważając z punktu, jak dotrzeć do pracy bez spóźnienia, nie korzystając z tramwaju. Sprawdzam, co się dzieje ? przed moim tramwajem jeszcze jeden tradycyjny, a jeszcze przed nim nowa torpeda ? to ona się rozkraczyła. Podchodzę bliżej ? Marian Rejewski. Który to już raz w tym miesiącu zawiódł nowy tramwaj? A każdy z nich ma imię.
Nie uczestniczyłam w plebiscycie nadawania imion tramwajom, więc pamiętam, w jaki popłoch wpadłam widząc jeden z nazwą ?Józef Święcicki?. Zareagowałam prawidłowo ? sięgnęłam po informacje. Już wiem, kim był Józef Święcicki. Ale pomysł nadawania imion zasłużonych bydgoszczan tramwajom był dla mnie nieco kontrowersyjny. Może dlatego, że psujące się tramwaje nie są najlepszym sposobem uświetniania ludzi, którzy byli kimś znaczącym w życiu miasta.
No, jak to brzmi: ?zepsuta Pola Negri?, ?wyłączony z ruchu Leon Barciszewski?. Oczywiście, to skróty myślowe, jednak wszyscy mają tendencję do ich stosowania ? taka siła wyższa. Może jednak warto zastosować maksymę Tomasza Manna ?Rzeczy należy bez obawy nazywać po imieniu, to dodaje życiu mocy i polotu.? Może tramwaj o nazwie ?Pasujący trybik? nie psułby się często?