Właśnie się dowiedziałem o nowym pomyśle na zagospodarowanie Młynów Rothera. Może tam powstać muzeum mózgu. Bydgoszczanie jeszcze o tym nie wiedzą. Jako pierwsi usłyszeli o najnowszej koncepcji wykorzystania niszczejącego na Wyspie Młyńskiej zabytku specjalni bydgoszczanie, a mianowicie wyselekcjonowana przez Józefa Herolda grupa mieszkańców, których były redaktor naczelny bydgoskiej ?Gazety Wyborczej? nazwał Obywatelami Bydgoszczy.
My małe żuczki, czyli zwykli mieszkańcy, którym obywatelstwa jeszcze Herold nie przyznał, nie jesteśmy dopuszczani do konfidencji. To na spotkaniu Obywateli Bydgoszczy z prezydentem Rafałem Bruskim odbyła się rozmowa na temat utworzenia w Młynach Rothera muzeum mózgu. Informację na ten temat podało Radio PiK.
Nie uważam tego za głupi pomysł. Zważywszy na najbliższe otoczenie prezydenta Bydgoszczy to nawet pomysł ożywczy. Bruski mógłby wyskakiwać z ratusza na Wyspę Młyńską, żeby zobaczyć jak pracuje ludzki mózg, kiedy jest w pełni sprawny.
Można wątpić, czy dużo osób z głową na karku ma prezydent na co dzień wokół siebie. Kto mu podpowiedział, że trzeba zwolnić sprzątaczki, bo przed ratuszem były worki ze śmieciami? Po pierwsze, worki trzeba gdzieś wystawiać. Po drugie, sprzątaczki wrzucają do worków te śmieci, które znajdują się w koszach na śmieci w ratuszu i nie wyciągają dokumentów z szaf i biurek, żeby je wyrzucić. Po trzecie, sprzątaczki nie odpowiadają za to, co do koszów na śmieci urzędnicy prezydenta wrzucają. Po czwarte, sprzątaczki nie mają obowiązku analizowania, czy papiery, które wylądowały w koszach, winne się tam znaleźć czy nie. Po piąte, za funkcjonowanie ratusza odpowiada sekretarz, więc nie wiadomo, dlaczego został zwolniony dyrektor wydziału organizacyjnego.
Oczywiście, Bruski trafia też czasem na bystrzejsze osoby. Ktoś łebski doradził prezydentowi, żeby nie wpuszczać do miasta cyrków ze zwierzętami. Jeśli łebski, to wchodzi w rachubę przede wszystkim prezes Heymann jako były analityk giełdowy z Wall Street. On ma na terenie Myślęcinka ogród zoologiczny, co prawda fauny polskiej, ale można ofertę poszerzyć. Nie będzie cyrków ze zwierzętami, a gdzieś bydgoskie dzieci powinny mieć możliwość zobaczenia lwa albo tygrysa.
Można zachować taką procedurę jak przy kupowania rollercoastera. Lew nie musi być młody, bo nie ma zostać zakupiony w celach reprodukcyjnych, tylko po to, żeby był na stanie. Nawet lepiej kupić stare zwierzę. Zyska się ogromną wdzięczność sprzedawcy, który nie znajdzie przecież innego kupca. A roboty mniej niż z rollercoasterem. Lwa nie trzeba zmuszać do tego, żeby chodził. W bezruchu też wywołuje odpowiednie wrażenie.