?Afera podsłuchowa w Urzędzie Wojewódzkim w Bydgoszczy nabiera tempa. Zwolnione zostały pierwsze osoby zamieszane w sprawę. – Będą kolejne dyscyplinarne zwolnienia – zapowiada dyrektor generalny urzędu? ? taką informację podała w czerwcu 2010 roku TVB Bydgoszcz.
Dyrektor Andrzej Baranowski minął się z prawdą. Dalszych zwolnień nie było, a teraz wybierają się do niego dwaj bezzasadnie zwolnieni dyscyplinarnie pracownicy po zaległe wynagrodzenia. Kujawsko-Pomorski Urząd Wojewódzki wybuli kilkadziesiąt tysięcy złotych z pieniędzy podatników za cyrk, jaki odstawiono w 2010 roku.
Przypomnijmy, że w czasach, gdy wojewodą był Rafał Bruski, odkryto w K-PUW fakt nagrywania rozmów telefonicznych. Sprawę opisał ? oczywiście, po przeprowadzeniu śledztwa dziennikarskiego – lokalny dodatek ?Gazety Wyborczej? w tekście ?Bydgoska Watergate ? podsłuchy u wojewody? autorstwa Marcina Kowalskiego. Dziennikarz stwierdził, że ?aferę rozpracowują prokuratorzy, agenci i kontrolerzy?. Niczego takiego nie było. Było natomiast zgłoszenie do prokuratury, która sprawę umorzyła, stwierdzając, że żadne podsłuchy nie miały miejsca. Afera była zwyczajnym wymysłem.
Sąd Pracy, do którego zwrócili się zwolnieni dyscyplinarnie pracownicy łączności, przyznał im rację. K-PUW grał na zwłokę i odwołał się od tego wyroku. Apelacji sąd nie rozpatrywał, oddalił ją jako bezzasadną.
- Realizujemy postanowienia zawarte w wyroku ? poinformował nas rzecznik wojewody, Bartłomiej Michałek.
Jeden ze zwolnionych przez dyrektora Baranowskiego z art. 52 kodeksu pracy pracowników ponownie pracuje w K-PUW, drugi powiedział nam, że nie chce mieć z tym miejscem nic więcej wspólnego i ograniczy się do przyjęcia odszkodowania z tytułu utraconych poborów.