Rewolucja śmieciowa rozpoczęła się 1 stycznia 2012 r. Wtedy weszły w życie nowe rewolucyjne przepisy ustawy “O utrzymaniu czystości i porządku w gminach”. Celem ich było znacjonalizowanie śmieci i zniszczenie konkurencji na rynku śmieciowym. W naszym mieście na czele rewolucyjnych przemian stanęła zaprawiona w tego rodzaju przedsięwzięciach zastępca Rafała Bruskiego Grażyna Ciemniak.

Zanim nastały czasy rewolucyjne, w śmieciowym sektorze było sporo wolnego rynku. Przejawiał się on choćby w tym, że np. na właścicielach nieruchomości ciążył tylko obowiązek zawierania umów na wywóz śmieci z firmami, które się tym trudniły. Władza mogła kontrolować jedynie to, czy obowiązek ten jest realizowany, natomiast nie wtrącała się w to, kto i za ile te śmieci wywozi.

Taki rynek bez monopoli, oparty przede wszystkim o konkurencyjność, powodował, że ceny za wywóz śmieci nie tylko nie rosły, ale nawet zdarzało się, że gdzieniegdzie w gospodarnych gminach spadały. I temu bezwstydnemu liberalizmowi położono w końcu kres. Teraz wszystkie śmieci z dnia na dzień stały się własnością gminy, a mieszkańcy (ich producenci) albo zostali wprzęgnięci w system pracy niewolniczej (segregowanie śmieci), za którą nie dość, że nie należy się im żadna zapłata, to w przypadku niezastosowania się do reżimu – kary.

Nacjonalizacja śmieci dokonała się przy niemal zerowym sprzeciwie społeczeństwa, a na skutki rewolucji nie trzeba było długo czekać. Efekt numer jeden to radykalne podwyżki cen, a to przecież dopiero początek. W Bydgoszczy na “dzień dobry” dwa lata temu wywóz śmieci tzw. segregowanych podrożał stosunkowo “nieznacznie”, bo od każdego mieszkańca miasta stawkę wyliczono na poziomie 10 zł, ale już w przypadku śmieci niesegregowanych radykalnie, bo 20 zł od głowy. Minęły dwa lata i od nowego roku odpowiednio za śmieci segregowane i niesegregowane na konto urzędu miasta od mieszkańca należy się 13 zł, a od nieposegregowanych 39 zł miesięcznie (wzrost od 30 do prawie 100%).

Ludność w Polsce wie, że z rewolucją nie ma żartów, choć jak dowodzi historia oporni zawsze się znajdą. Opornymi mogą stać się właściciele firm wywozowych naruszających np. wytyczone przez władze sektory wywozu śmieci lub mieszkańcy, którzy np. niezgodnie z instrukcją segregują śmieci. Nad przestrzeganiem nowego prawa i regulaminów czuwają strażnicy miejscy (nawet utworzona została do tych spraw 10-osobowa specgrupa funkcjonariuszy), a także najnowsze zdobycze techniki – tysiące czipów monitorujących działanie nowego systemu zostało zainstalowanych w pojemnikach na śmieci.

Taki system nie dość, że musi być coraz bardziej kosztowny, to na dodatek jak każdy monopol z natury rzeczy będzie coraz większym obciążeniem dla mieszkańców. Jeszcze kilka lat temu ktoś, kto nie był zadowolony z warunków wywozu śmieci, mógł zrezygnować z usług tak wykonującej usługę firmy. Teraz o wszystkim decyduje władza: kto, jak i za ile.

Sama władza tworzy też racjonalizację dla takiego systemu. Wiadomo, że każda np. podwyżka cen musi mieć swoje uzasadnienie oparte, tak jak za PRL-u, na tzw. rachunku ekonomicznym. Ale jak za PRL-u w takim systemie musi dochodzić do wielu całkiem nieoczekiwanych paradoksów. I tak, były poseł SLD Grzegorz Gruszka wyśledził, że w mieście podobnym do Bydgoszczy, ceny za wywóz śmieci są albo o połowę, albo nawet trzykrotnie niższe niż w Bydgoszczy, w zależności, czy chodzi o wywóz śmieci segregowanych, czy niesegregowanych. Wywiódł z tego, że wzięte zostały z sufitu i nie zostały zgodnie z prawem skalkulowane.

Lewicowy polityk zachęcił tym przykładem do działania radnych, którzy po kolei zaczęli przyznawać, że nie przedstawiono im przewidzianej prawem kalkulacji. Wszyscy w swej krytyce opierali się na bardzo naukowym podejściu do tematu (wiadomo “dobry socjalizm” ma charakter “naukowy”), wykazując, że gdyby kalkulacja podwyżek była “dobrze” wykonana, to ceny byłyby dużo niższe. Ratusz piłeczkę odbijał, a zwłaszcza wiceprezydent Anna Mackiewicz, która przejęła od Grażyny Ciemniak nadzorowanie miejskiego śmieciowego systemu, pokazując opracowanie spółki konsultingowej, która wszystko wyliczyła z najwyższą precyzją.

W takim stanie rzeczy można by przyjąć, że nad naszym miastem ciąży fatum jak w tragedii greckiej i nie ma alternatywy dla dalszych podwyżek, które dokonywane będą w kolejnych latach… gdyby nie jedna wypowiedź radnego, odbiegająca od naukowych wystąpień innych radnych.

Otóż radny Krystian Frelichowski wspominając z rozrzewnieniem niższe ceny sprzed trzech lat wprost ex cathedra stwierdził, że system powinien tanieć, a nie drożeć. ? Mieszkańcy segregują odpady, oddają towar do dalszego spożytkowania, a koszty rosną ? to po ludzku nie da się wytłumaczyć – odkrył Frelichowski.

Jedynie nasz portal odnotował to spiżowe twierdzenie, które padło na sesji w debacie nad podwyżkami cen za wywóz śmieci i które za kilka lat, gdy wrócimy do systemu sprzed 2012 roku, może stać się dowodem na to, że i wśród radnych obecnej kadencji był ktoś nad wyraz przenikliwy i spostrzegawczy no i choć trochę znający się na ekonomii.