Rafał Bruski przypomina berbecia, który próbuje dotrzymać kroku dorosłemu mężczyźnie. Ciągle zostaje w tyle, więc musi od czasu do czasu kawałek podbiec. Nie na wiele wszakże to się zdaje, bo krótsze nóżki sprawiają, że za chwilę znowu będzie oglądał plecy dorosłego, który narzucił ostre tempo.

Mowa oczywiście o Bruskim i Jasiakiewiczu. Przewodniczący Rady Miasta tak często bierze sprawy w swoje ręce, że można odnieść wrażenie, iż to on rządzi w Bydgoszczy. Nie da się ukryć, że czasami ośmiesza prezydenta, który nie potrafi mu dorównać pomysłowością i jedyne, co pozostaje w takich razach Bruskiemu, to powielanie posunięć Jasiakiewicza.

W kilka godzin po konferencji prasowej przewodniczącego Rady Miasta, podczas której poddał krytyce działania rządu dotyczące procesu metropolizacji, prezydent Bydgoszczy informuje media o liście, który w tej właśnie sprawie skierował do ministra administracji i cyfryzacji, Michała Boniego. Wszystko wskazuje na to, że kazał przygotować stosowny list, gdy dowiedział się o konferencji Jasiakiewicza.

Przewodniczący Rady Miasta zachował się jak instruktor we wrześniu minionego roku. Pokazał prezydentowi, jak należy rozbrajać minę. Rafał Bruski sądził niemądrze, że ostudzi emocje kibiców Polonii, kierując do nich list otwarty. Doczekał się kąśliwej odpowiedzi, w której miłośnicy żużla rozliczali go z pustych obietnic wyborczych.

Jasiakiewicz nie korespondował ze Stowarzyszeniem Pomagamy Polonii przy pomocy mediów. Zaprosił kibiców do Ratusza, gdzie odbyła się dyskusja z udziałem radnych z komisji sportu. Uczestnicy spotkania uznali je za pierwszy krok w ratowaniu Polonii i żużla w Bydgoszczy, a Bruski, żeby ?przykryć? udane posunięcie Jasiakiewicza, ogłosił natychmiast, że można pomóc bydgoskiemu żużlowi, kupując cegiełki warte od 50 do 1000 zł i skromnie wyznał, iż kupił najdroższą.

Jakimi jeszcze pomysłami, oprócz cegiełek, zabłysnął prezydent Bydgoszczy? Niewątpliwie mieszkańcy zapamiętają mu podniesieniem cen na bilety tramwajowe i autobusowe oraz drastyczną podwyżkę czynszów mieszkań komunalnych. Niektórzy mają mu za złe ograniczenie miejskiego sylwestra do pokazu ogni sztucznych. Pomysł Jasiakiewicza nie wywołał natomiast u bydgoszczan negatywnych, ale pozytywne emocje. Przewodniczący Rady Miasta był pomysłodawcą Roku Leona Wyczółkowskiego.

Sytuacja Rafała Bruskiego mocno się skomplikowała w związku z objęciem przez niego funkcji przewodniczącego Platformy Obywatelskiej w Bydgoszczy. To mu wiąże ręce jako prezydentowi. Zamiast zastanawiać się, co jest najlepsze dla miasta, musi kombinować, jak zaspokoić potrzeby i oczekiwania członków partii. Obsadzenie 26-letniego politologa w radzie nadzorczej Portu Lotniczego jest tego najlepszym przykładem. Młodzieńcowi się należało, bo pełni partyjną funkcję. Drugi przykład to zapewnienie miękkiego lądowania członkowi PO, Konradowi Mikołajskiemu. Były prezes Zachemu dostał posadę wiceprezesa w spółce komunalnej KPEC.

Jasiakiewicz jest w tej szczęśliwej sytuacji, że został usunięty z Platformy Obywatelskiej, natomiast nie można go pozbawić funkcji przewodniczącego Rady Miasta. Jedyna jak dotąd próba odwołania go zakończyła się dla PO sromotną klęską, bo nawet klub radnych PO nie głosował w całości zgodnie z życzeniami politycznych decydentów. Następne podejście też nie gwarantuje Platformie sukcesu, więc zapewne z obawy przed kompromitacją nie zgłosi kolejnego wniosku o odwołanie Romana Jasiakiewicza z funkcji przewodniczącego Rady Miasta.

Byłemu prezydentowi Bydgoszczy w to mi graj. Ma wolną rękę, w odróżnieniu od uwiązanego partyjnie Bruskiego. I zręcznie to wykorzystuje. Po śmierci radnego Lecha Lewandowskiego objawił się niespodziewanie jako zwolennik pluralizmu i pełnej reprezentacji politycznej w składzie prezydium Rady Miasta. Do tej pory funkcje przewodniczącego i wiceprzewodniczących były podzielone między koalicjantów, PO i SLD. Bezpartyjny Roman Jasiakiewicz publicznie oświadczył, że powinny być reprezentowane w prezydium największe kluby Rady Miasta, a więc także opozycyjny PiS.

Bruski nie mógł w tej sprawie się wypowiadać, bo wiąże go umowa koalicyjna z SLD. Gorąco więc powitał w gronie radnych byłego sekretarza propagandy KW PZPR.

Jasiakiewicz natomiast kokietuje i prawicę, i lewicę. Towarzyszył Ryszardowi Kaliszowi, który przyjechał do Bydgoszczy promować swoją książkę. Uczestniczył w bydgoskiej konferencji Janusza Palikota, gdzie mówił o fatalnej sytuacji gospodarczej Polski. A podczas sesji Rady Miasta apelował o bydgoską politykę historyczną i dbanie o historyczną tożsamość Bydgoszczy, powołując się przy tej okazji na prawicowego publicystę, Piotra Semkę.

Jego strategię dobrze określa przysłowie: Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Wszystkim chce się podobać i skutecznie ten zamiar wciela w życie.

Uczestnicy debaty na temat straży miejskiej dzielili się na tych, którzy, jak Bruski, z zapałem bronili tej formacji oraz na jej zdecydowanych przeciwników, przekonanych, że należy ją zlikwidować, a pieniądze przekazać policji. Jasiakiewicz poparł jednych i drugich. Stwierdził, że jest przeciwny, by samorząd dopłacał do zadań administracji państwowej, czyli policji, ale podważył też sens istnienia straży miejskiej w obecnym kształcie.

Jako funkcjonariusz partyjny nie ma Bruski najmniejszych szans, by dorównać Jasiakiewiczowi w krytycznej ocenie niekorzystnych dla Bydgoszczy decyzji, jakie zapadają w Urzędzie Marszałkowskim. Kieruje nim bowiem członek Platformy Obywatelskiej, Piotr Całbecki, który ma pełne wsparcie ze strony posła Lenza, a ten jest zwierzchnikiem politycznym Bruskiego.

Z tego powodu podczas publicznych debat na temat relacji bydgosko-toruńskich prezydent Bydgoszczy wypada przy Jasiakiewiczu jak skończony mięczak. Przewodniczący bydgoskiej Rady Miasta może sobie pozwolić na huknięcie, iż zarząd województwa i sejmik zgrillowali Bydgoszcz, a Bruski może tylko nieśmiało popiskiwać, że powinniśmy dążyć do lepszej współpracy.

Z racji pełnionych funkcji, prezydent Bydgoszczy i przewodniczący Rady Miasta uczestniczą w tych samych uroczystościach. Jasiakiewicz ma za sobą praktykę adwokacką, a Bruski ślęczenie nad sprawozdaniami finansowymi. Jeden musiał wielokrotnie występować przed sądem, drugi pracował latami bez potrzeby otwierania ust. To daje się zauważyć, kiedy wygłaszają przemówienia.

Gdyby się pokusić o analizę językową wystąpień Bruskiego, okazałoby się, iż większość zdań nie nosi znamion poprawności gramatycznej i stylistycznej. Jasiakiewicz z kolei mówi płynnie, pełnymi, dobrze skonstruowanymi zdaniami. Jego wystąpienia skupiają uwagę i wywierają wrażenie. Prezydent wypada przy nim jak chłopek roztropek.

Właściwie mógłby Jasiakiewicz stale demonstrować swoją wyższość, zabierając głos natychmiast po Bruskim. Od razu dostrzegalna byłaby zasadnicza różnica poziomów między obydwoma wystąpieniami. Przewodniczący Rady Miasta do tego się jednak nie ogranicza.

Nasuwa się pytanie, dlaczego Jasiakiewicz gra Bruskiemu na nosie? Chce pokazać bydgoszczanom, iż to on nadaje się najlepiej na gospodarza miasta? Chce zdobyć silną pozycję, żeby stać się łakomym kąskiem dla różnych ugrupowań politycznych i kandydować z ich poparciem do parlamentu? A może zamierza za dwa lata ponownie wystartować w wyścigu o fotel prezydenta miasta? Jako bezpartyjny fachowiec, popierany od lewa do prawa, z błogosławieństwem Metropolii Bydgoskiej.

Istnieje też inna możliwość. Jasiakiewicza bawi wpędzanie Bruskiego do narożnika, robienie z niego chłoptasia.

Życie pokaże, czy mamy do czynienia z bezinteresownymi działaniami, czy też z zimną kalkulacją.