– Dlaczego podpisuje się Pan Profesor dwoma imionami? Tylu jest Wremblów?

- W Polsce około 360, w samej Bydgoszczy kilkunastu.

– Sami Henrykowie?

- Henryków jest kilku.

– W tej sytuacji musi się Pan podpisywać Henryk Zbigniew.

- Moim patronem jest św. Henryk, który jednakowoż był cesarzem niemieckim. A Zbigniew to Zbyj – gniew, czyli pozbądź się gniewu. Ładne imię. W czasach mojej młodości było zatrzęsienie Henryków, chyba ze względu na Sienkiewicza. Dzisiaj nie nadaje się wcale tego imienia.

– Wróćmy do lat młodości. Wychował się Pan Profesor w leśniczówce, w Emilianowie na terenie Puszczy Bydgoskiej.

- Istotnie, wyrosłem w leśniczówce Emilianowo. W latach 1934-1955 ojciec mój był tam leśniczym. Znajdowała się ona półtora kilometra na południowy wschód od stacji kolejowej Emilianowo ? obecnie Bydgoszcz-Emilianowo. W latach 60. leśniczówkę zlikwidowano, a nazwę Emilianowo nadano dawnym Kobylim Błotom. Prawdopodobnie chodziło o wyrugowanie z pamięci działalności okupacyjnej, bo nawet posadzono las w tym miejscu, żeby nie było widać miejsca, gdzie stała leśniczówka.

– Co takiego strasznego tam się działo w czasach okupacji.

- Mój ojciec, od jesieni 1939 roku, był komendantem placówki ?Zagroda?. Złożona z leśników grupa konspiracyjna Darzbór, którą kierował, podporządkowała się najpierw Związkowi Walki Zbrojnej, potem AK, a po wojnie Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj oraz Zrzeszeniu WiN. Muszę powiedzieć, że stosunek do tej sprawy uległ w ostatnich latach radykalnej zmianie. Z inicjatywy dyrektora Rejonowej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu, inż. Janusza Kaczmarka, erygowano w 2009 roku na miejscu owej dawnej leśniczówki Emilianowo pomnik ?DARZBÓR? dla upamiętnienia działającej tu niegdyś grupy konspiracyjnej ?Zagroda?, na przyszłą rzeczy pamiątkę ? ?ad futuram rei memoriam?.

– Co z tamtego okresu szczególnie zapadło Panu Profesorowi w pamięć?

- Kontakty z Brytyjczykami. Mieliśmy je już od 1940 r., gdy to przy rozbudowie magistrali węglowej Niemcy zatrudnili jeńców angielskich, którzy trafili do niewoli w kampanii francuskiej. W tym czasie nie korzystali jeszcze z pomocy brytyjskiej za pośrednictwem Szwajcarskiego Czerwonego Krzyża, cierpieli biedę i inne niedostatki. Udzielaliśmy im pomocy, ?my? to znaczy placówka konspiracyjna ?Zagroda?. Dostarczaliśmy żywność, lekarstwa, a nawet odzież. Ponadto ?przechowywaliśmy? kilku oficerów RAF ?wyprowadzanych? ze Stalagu XXA w Toruniu i przerzucanych do Wielkiej Brytanii. Bardzo zaangażowany w tej akcji był pan Paweł Kotzbach, ojciec znanego lekarza, prof. Romana Kotzbacha, który z tytułu tej działalności uhonorowany został wysokimi odznaczeniami ? brytyjskimi i polskimi.

Natomiast zimą 1945 r. znany bydgoski optyk, żołnierz AK Bernard Mroziński, sprowadził do Emilianowa dwóch brytyjskich oficerów, podporuczników: Woodsa oraz Strevensa. Mieli dotrzeć do Anglii utartym szlakiem węglowym. Jednak wskutek przerwania ruchu statków na Bałtyku w wyniku zimowej ofensywy wojsk sowieckich, stało się to niemożliwe i koniecznym było przechowanie ich, aż do sprzyjającego momentu. Ze względu na współpracę z AK istniała całkiem realna obawa aresztowana ich przez NKWD.

Pieczołowicie przechowuję rekomendację, którą dostał wówczas mój ojciec od Woodsa. W swobodnym tłumaczeniu z angielskiego brzmi ona tak: ?Jeśli kiedykolwiek byłoby możliwe, by Anglik mógł udzielić pomocy rodzinie Franciszka Wrembla, powinien czuć się do tego zobowiązany ze względu na pomoc, jakiej nam ona udzieliła w czasie naszej niewoli. Po mojej ucieczce z niemieckiego obozu jenieckiego przebywałem tutaj, karmiono mnie i udzielano wszelkiej pomocy, na ile to tylko było możliwe. Pozostaję z pozdrowieniami. Podporucznik R. Woods, oficer medyczny, były jeniec wojenny?.

– Jak chłopiec, jakim był wówczas Henryk Wrembel, porozumiewał się z tymi obcokrajowcami?

- Na początku z porozumiewaniem bywało różnie, ale pod koniec wojny znałem już dobrze język angielski.

– Nauczył się Pan od jeńców?

- Nie, w czasie okupacji uczestniczyłem w kompletach tajnego nauczania w Bydgoszczy, na których uczono nas między innymi tego języka, a uczono dobrze. Angielski miałem z dr Haliną Zielińską, ze znanej rodziny patrycjuszy bydgoskich i ?Panną Bauer?. To ta, na której nagrobku na cmentarzu Nowofarnym przy ul. Artyleryjskiej w Bydgoszczy widnieje napis: Obywatelka Holenderska, duchem Polka. Ale kilkumiesięczny kontakt z owymi Anglikami, którzy ? jak to Anglicy ? nie znali żadnego obcego języka, niewątpliwie wpłynął na pogłębienie znajomości angielskiego.

– Dlaczego Pan Profesor nie został leśnikiem?

- Myślałem o tym, ale śmieszne względy spowodowały, że stało się inaczej. Leśnictwo Emilianowo podlegało pod Nadleśnictwo Bartodzieje. (Na marginesie, mieściło się ono u wylotu Królowej Jadwigi, która była wtedy ślepą ulicą, kończącą się na ul. Garbary, a dalej stały budynki.). Byliśmy w dobrych stosunkach z nadleśniczym, inż. Rekowskim, który krótko przed moją maturą został wiceministrem. Odwiedził nas pewnego dnia i powiedział: to wiesz, Heniu, studia masz załatwione w SGGW w Warszawie i leśnictwo sobie tam skończysz. Poczułem się wtedy urażony, bo tak to zabrzmiało, jak gdybym bez protekcji nie mógł dostać się na studia. A ja przecież kończyłem właśnie I Państwowe Gimnazjum i Licem Męskie w Bydgoszczy z trzecim świadectwem w szkole. Maturę zdałem z wyróżnieniem i poszedłem na UMK, na matematykę.

– Dlaczego matematyka?

- Bóg jeden wie, skąd mi się to wzięło. Byłem dobry z tego przedmiotu. Dawni koledzy szkolni ? po ponad sześćdziesięciu latach dzielących nas od matury spotykamy się jeszcze co roku w grupie niedobitków – twierdzą, że wszyscy ode mnie ściągali, ale chyba trochę przesadzają. Potrafiłem się bardzo skoncentrować. Rozgryzałem w myślach zadania, które sprawiały mi trudność. Byłem niezmiernie zawzięty. Kiedy nie udawało mi się znaleźć rozwiązania, mówiłem sobie, przecież ktoś to rozwiązał, więc skoro komuś się udało, to mnie też musi się udać. Czasem to trwało kilka dni, ale w końcu rozwiązywałem.

– Matematyka to abstrakcyjne rozumowanie, ale potem studiował Pan fizykę, a to się wiąże z poznawaniem praw natury i opanowywaniem materii, czyli wymaga całkiem innych umiejętności.

- Mieszkaliśmy prawie na odludziu. Nie było specjalnych atrakcji, zwłaszcza w okresie zimowym, a zimy w latach okupacji były bardzo ciężkie. Wujek, brat mamy, podrzucił mi wydaną przed wojną książkę ?Zajmująca fizyka?, wybitnego popularyzatora nauki, profesora Jakuba Perelmana. Znajdowały się tam opisy doświadczeń, które można robić w domu, to robiłem.

– Jakie na przykład?

- Na przykład doświadczenie z elektrostatyki. Zszokowałem nim później, już jako dorosły, grupę specjalistów. Brało się gazetę, przykładało do gorącego pieca kaflowego i pocierało szczotką. To powoduje rozdzielenie ładunków, one się jak gdyby przyklejają, gazeta jest naładowana, jak się ją odrywa, to sypią się iskry. I z tą naładowaną gazetą można różne rzeczy robić, na przykład powycinać pajacyki, wsadzić w nogi szpilki, żeby nie odskoczyły do naelektryzowanej gazety i pajacyki tańczą, a właściwie podskakują.
Fizyka mnie bardzo pociągała, ale musiałbym wtedy zdawać też chemię, której nie lubiłem, więc wybrałem matematykę.

– Robił Pan eksperymenty fizyczne, a co po za tym?

- Czytałem, czytałem, czytałem, po kilkaset stron dziennie, a gdy się mojej mamie wydawało, że tego już za dużo ? choć sama chętnie czytała ? podpowiadała ojcu, by mnie zabrał do lasu, co przedkładałem nade wszystko. Brnięcie w głębokim, kopnym śniegu do drwali przez osypany śnieżnym puchem las, opiekanie zabranych kanapek w ich ognisku to były wrażenia na całe życie.

– Jednak w końcu skończył Pan Profesor fizykę.

- Nie tak od razu. W 1953 roku skończyłem studia matematyczne pierwszego stopnia i miałem iść na drugi stopień, ale mi nie pozwolono ze względu na przeszłość, dostałem wilczy bilet.

– Ze względu na przeszłość ojca?

- Ze względu na moją przeszłość.

– Nabroił Pan Profesor w dzieciństwie?

- Też należałem do Armii Krajowej. Zostałem zaprzysiężony, jako trzynastoletni chłopiec. Trzeba było mieć 16 lat, ale byłem wyrośnięty jak na swój wiek, powiedziałem, że mam 15 lat, to machnęli ręką na ten brakujący rok i mnie przyjęli w 1943 roku.

– To oczywiste, że z taką przeszłością nie mógł Pan w tamtych czasach iść na drugi stopień studiów. Czy pierwszy stopień to odpowiednik licencjatu?

- To było wyższe wykształcenie bez tytułu magistra. Magisterkę robiło się na drugim stopniu, ale miałem wilczy bilet, bo, po pierwsze, należałem do harcerstwa o przedwojennym statusie (w latach 1948-1949 byłem drużynowym 1 Bydgoskiej Drużyny Harcerskiej), a ono nie było kochane w PRL-u, po drugie, przeszłość akowska. Ojciec za AK został aresztowany jesienią 1945 roku. Gdybym był wtedy w domu, też by mnie aresztowali, bo szukali, gdzie jestem. A po trzecie, nie należałem do żadnej komunistycznej organizacji młodzieżowej. Rada Pedagogiczna Liceum postanowiła przyznać mi jeden z dwu dyplomów Przodownika w Nauce i Pracy Społecznej umożliwiającego wstęp na dowolną wyższą uczelnię bez egzaminu wstępnego. Sprzeciwił się temu zarząd ZMP i lokalna komórka PZPR.

To były mordercze studia, te pierwszego stopnia. Zaczynało ze mną matematykę ponad 70 osób, a skończyła garstka, dwudziestu z kawałkiem. W niczym nie przypominały dzisiejszego licencjatu. Mieliśmy ponad 50 godzin tygodniowo zajęć. Potworna orka. Mnie się udało, bo znałem angielski, więc zdałem egzamin z języka angielskiego zaraz na pierwszym semestrze i miałem przez dwa lata o dwie godziny mniej zajęć niż inni.
Ale cóż, gdy skończyłem studia pierwszego stopnia, dziekan poinformował mnie, że ministerstwo nie wyraziło zgody na to, bym zaczął drugi stopień. To była ewidentnie polityczna decyzja.

– Co Pan Profesor wtedy zrobił?

- Dostałem nakaz pracy ? wtedy było coś takiego ? do szkoły podstawowej w województwie koszalińskim. Pojechałem do Koszalina i okazało się, że mam uczyć w jakiejś zapadłej wsi. Koledzy z UMK postanowili mnie wtedy ratować. Obowiązywało zarządzenie Cyrankiewicza, żeby zatrudniać absolwentów zgodnie z kwalifikacjami. A ja, jak to stwierdził prorektor UMK w piśmie do Kuratorium w Koszalinie, w którym postulował unieważnienie owego nakazu, nie miałem kwalifikacji do nauczania w szkole podstawowej. Mieliśmy tylko w jednym semestrze zajęcia z dydaktyki, godzinę tygodniowo, na dodatek na beznadziejnym poziomie. To mogło być powodem unieważnienia tego nakazu pracy.

– Został unieważniony?

- Taką miałem nadzieję. Na uniwersytecie był wówczas zespół katedr matematyki i tam od stycznia miał być etat sekretarza, a ponieważ znam biegle niemiecki i angielski, trochę rosyjski, mogłem się przydać. Zresztą jeszcze na pierwszym roku studiów zostałem wraz z kolegą z roku, Stanisławem Balcerzykiem, późniejszym profesorem PAN i UMK, zaangażowany przez profesora Leona Jeśmanowicza do pomocy w pisaniu skryptu z algebry wyższej dla studentów fizyki, więc byłem trochę otrzaskany w tej robocie. Ale kuratorium w Koszalinie było szybsze, bo błyskawicznie zmieniło poprzedni nakaz: nie szkoła podstawowa, ale Liceum Pedagogiczne w Słupsku. Z tego już nie mogłem się wyłgać, bo kwalifikacje do uczenia w szkole średniej miałem.

– I został Pan Profesor w Słupsku na długie lata.

- Nakaz pracy obejmował teoretycznie 3 lata, w praktyce 5 lat. W tym czasie pogmatwały się nieco moje osobiste sprawy, więc zostałem tam na blisko 50 lat.

– Trudno uwierzyć, że praca w szkole średniej satysfakcjonowała Pana Profesora.

- Wszystko, co robiłem w życiu, starałem się robić rzetelnie. Liceum Pedagogiczne nie miało służyć jakimś górnolotnym celom, tylko nauce zawodu, a jednak kilku moich uczniów było finalistami olimpiady matematycznej. Byłem jedynym nauczycielem średniej szkoły pedagogicznej w kraju, który miał olimpijczyków. Spośród moich uczniów ? a miałem w słupskim Liceum Pedagogicznym tylko 5 czy 6 matur ? ponad stu skończyło studia matematyczne. Kilku moich uczniów jest obecnie naukowcami, profesorami w Polsce i zagranicą, dwóch w Stanach Zjednoczonych.

– Mijają kolejne lata, a dzisiejszy wybitny polski fizyk, z jakim rozmawiam, jest ciągle jedynie absolwentem matematyki pierwszego stopnia.

- Magisterkę można było wówczas zrobić tylko na dziennych studiach, a na to nie dostałem zgody. Do 1972 roku pracowałem, jako nauczyciel matematyki. Byłem wysoko oceniany przez kuratorium, które dzięki mnie mogło chlubić się na zewnątrz olimpijczykami. Z ramienia kuratorium byłem członkiem komisji rekrutacyjnej na wydziale matematyczno-przyrodniczym WSP w Gdańsku i tam mi poradzono, jak zrobić magisterkę.
Na uczelniach pełno było wówczas asystentów ze skończonym pierwszym stopniem studiów i w pewnym momencie w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Gdańsku zorganizowano dwuletnie eksternistyczne studia uzupełniające z fizyki dla młodszych pracowników naukowych. Zdawało się egzamin wstępny na czwarty rok, wszyscy oprócz mnie byli po fizyce, więc przegapiono, że nie mam za sobą egzaminu z chemii, którzy pozostali zaliczyli, na studiach pierwszego stopnia. Dzięki temu niedopatrzeniu zostałem magistrem fizyki.
Z matematyką nie zerwałem jednak całkowicie, bo niewiele później ukończyłem, już na Uniwersytecie Gdańskim, studia podyplomowe z zastosowań matematyki w gospodarce. Jednak doktorat i habilitację z fizyki obroniłem w Instytucie Geofizyki PAN w Warszawie i dalej działałem już jako fizyk.

– Nie czuję się na siłach rozmawiać z Panem Profesorem na tematy Pańskich dokonań w obszarze fizyki. Starczyło mi to, co przeczytałam o Panu w Wikipedii, pod hasłem plazma: ?Henryk Zbigniew Wrembel – polski fizyk, który w latach 80. ubiegłego wieku wprowadził pojęcie plazmy wyładowania pierścieniowego.?

- To opowiem o czymś bardziej strawnym dla laików. Zbudowałem urządzenie ? spektrometr atomowy, bazujący właśnie na owej plazmie wyładowania pierścieniowego – do oznaczania ultramikrośladów rtęci, co było wówczas problemem numer jeden w skali globalnej. Mogło być ono produkowane w wersji komercyjnej przez Polskie Zakłady Optyczne. Niestety, zakładom narzucono wówczas w ramach RWPG inne zadania i sprawa spełzła na niczym. Gdybym to wynalazł na Zachodzie, byłbym bogatym człowiekiem.

– Nie opatentował Pan Profesor tego wynalazku?

- Opatentowałem.

– To dlaczego nie jest Pan Profesor bogatym człowiekiem, skoro ma Pan patent?

- Właścicielem patentu w PRL-u był zakład pracy, czyli uczelnia w tym przypadku.

– Czyli została Panu Profesorowi satysfakcja.

- Liczyłem się, jako specjalista w tym zakresie, w skali europejskiej, a w pewnym stopniu i światowej, korzystało z mojej wiedzy UNESCO. Uczestniczyłem w wielu międzynarodowych programach badawczych. Z tego wszystkiego były pieniądze na unowocześnianie pracowni spektroskopii atomowej na mojej uczelni. Kiedy odchodziłem na emeryturę, zostawiłem laboratorium warte 50 mln zł.