Mieszkanie w budynku Bydgoskiej Spółdzielni Mieszkaniowej przy ul. Stefana Okrzei 2 ma blisko 27 m kw. Mieszkanie w budynku Spółdzielni Mieszkaniowej “Budowlani” przy ul. Ku Wiatrakom 7 ma prawie 31 m kw. Mieszkanie w budynku Wspólnoty Mieszkaniowej, którym zarządza ADM ma prawie 35 m kw. Te trzy mieszkania miasto Bydgoszcz nabyło w drodze dziedziczenia jako spadki bezdziedziczne.
Prezydent Rafał Bruski po przejęciu tych mieszkań na własność przez miasto zdecydował o ich sprzedaży w drodze licytacji. Przygotował stosowne uchwały na sesję rady miasta, ponieważ takie zbycie części majątku miasta wymaga zgody radnych. I tu spotkała go niespodzianka.
Stefan Pastuszewski nazwał uchwały aspołecznymi. – Mieszkania kupią spekulanci i będą je wynajmować biednym studentom – powiedział radny Prawa i Sprawiedliwości i dodał, że lista bydgoszczan oczekujących na mieszkanie jest długa. Przygotowany na taki przebieg dyskusji był Krystian Frelichowski (PiS), który od razu wymienił trzy bydgoskie rodziny, będące w trudnej sytuacji mieszkaniowej i domagające się od miasta przyznania lokalu spełniającego standardy. Apel do prezydenta o niesprzedawanie trzech mieszkań wsparła Grażyna Szabelska (PiS).
Dyrektor Wydziału Mienia i Geodezji UM Andrzej Bereda, referujący projekty w imieniu prezydenta próbował radnych przekonać do wyrażenia zgody na sprzedaż. – Przez zbycie mieszkań chcemy uzyskać środki finansowe do budżetu miasta, które będą przeznaczone na remonty mieszkań, których miasto jest właścicielem, a wymagają remontu – uzasadniał sens sprzedaży Bereda. Prezydenta Rafała Bruskiego nie było na sali obrad.
Wtedy głos zabrał radny Ireneusz Nitkiewicz (SLD), który stwierdził, że jest przeciwny sprzedaży mieszkań w sytuacji, gdy miasto nie potrafi zaspokoić potrzeb mieszkaniowych bydgoszczan. Formę rozstrzygnięcia sprawy zaproponował wiceprzewodniczący rady Jan Szopiński (SLD). Szopiński zawnioskował o wycofanie projektów uchwał z obrad i zażądanie od prezydenta informacji “o możliwości zagospodarowania lokali na potrzeby mieszkańców miasta”.
Wtedy z odsieczą dyrektorowi Andrzejowi Beredzie przyszedł prezydent Rafał Bruski, który wrócił na miejsce obrad, by przedstawić politykę, jaka ma zastosowanie w stosunku do gminnego zasobu mieszkaniowego. Prezydent stwierdził, że decyzje miasta warunkowane są rachunkiem ekonomicznym. – Sprawdzamy, ile trzeba zainwestować w taki lokal. Jeśli kwota jest za duża, nie inwestujemy. 100 tys., 200 tys. zł na remont się nie opłaca. I jeśli kwota do zainwestowania jest za duża, sprzedajemy – zdradził zasady postępowania w takich wypadkach Rafał Bruski.
Po tych wyjaśnieniach prowadzący obrady Zbigniew Sobociński (PO) poddał pod głosowanie wniosek wiceprzewodniczącego Szopińskiego. Za zdjęciem uchwał z obrad rady zagłosowało czternastu radnych, przeciw było zaledwie dwóch. Radni musieli jednak nad projektem dalej dyskutować, bo wynik okazał się nierozstrzygający, gdyż dla tego głosowania wymagana była bezwzględna większość głosów w stosunku do ustawowego składu rady.
- To nie są mieszkania zdewastowane. Mały remont i możemy je zasiedlać – wtrącił wtedy Jan Szopiński, nie ustając w wysiłkach, by radni nie wyrażali zgody na sprzedaż.
- Mogliśmy dać się przekonać do zgody na sprzedaż, gdy dotyczyło to mieszkań dużych, 100-metrowych lub 80-metrowych i do tego zdewastowanych. Tu tak nie jest. Wnioskuję, aby włączyć je w zasoby miasta – konkretnie zaapelował szef klubu radnych PiS Mirosław Jamroży.
- Myślimy o ludziach, którzy są w trudnej sytuacji – po raz drugi głos zabrał Krystian Frelichowski.
- To obowiązek gminy: zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych – wtórował mu Stefan Pastuszewski.
Na takie dictum prezydent Rafał Bruski, wspomniawszy, że jedynie dwóch radnych było gotowych do podjęcia merytorycznej decyzji w zaproponowanym kształcie, oświadczył: – Zdejmuję to z sesji. Jeszcze raz się sprawie przyjrzymy!