To było do przewidzenia. Zorganizowana przez ZNP akcja strajkowa pracowników oświaty okazała się niewypałem. Wprawdzie z przeprowadzonego referendum wynikało, że 53 ze 108 placówek w Bydgoszczy zdecyduje się na podjęcie jednodniowego strajku, ale ostatecznie przystąpili do niego pracownicy 46 placówek. Nie paraliżowało to pracy w szkołach, gdyż od tablic odeszli nieliczni nauczyciele.
Na kilkadziesiąt osób zatrudnionych w szkole na czynny udział w strajku decydowało się jedynie kilku lub kilkunastu działaczy ZNP albo nikt. W części placówek oświatowych poparcie dla postulatów strajkowych demonstrowano przy pomocy oflagowania budynku, ale zajęcia toczyły się normalnie.
Z danych, które dzisiaj przed południem nadeszły do Kujawsko-Pomorskiego Kuratorium Oświaty w Bydgoszczy wynika, że w województwie strajkowała zaledwie co dziesiąta placówka oświatowa.
Te media, które wręcz zachęcały do udziału w strajku, są obecnie ciężko rozczarowane. Przekonują, że nauczyciele bardzo chcieli strajkować, ale czują się zastraszeni, więc siedzą cicho. Bardziej prawdopodobne jest jednak inne wytłumaczenie. Strajk bez przyczyny się nauczycielom po prostu nie opłacał (dzień strajkowania to pensja pomniejszona średnio o 130 zł). Mieli protestować przeciw reformie oświaty, która jest właśnie wdrażana przez samorządy?
Istotnym powodem nieuczestniczenia w dzisiejszej akcji strajkowej może być także brak wiarygodności jej organizatora. W 2015 roku Związek Nauczycielstwa Polskiego wspierał w wyborach Zjednoczoną Lewicę, której program zawierał likwidację gimnazjum. Obecne protesty ZNP sprawiają więc wrażenie stricte politycznych. Co się zaś tyczy uposażeń nauczycieli, to MEN na kwiecień zapowiedziało przedstawienie harmonogramu podwyżek.