– Kiedy po raz pierwszy wsiadł Pan na konia?
- Tak daleko nie sięgam pamięcią. Mam zdjęcie, na którym jako niespełna dwuletni dzieciak siedzę na koniu.
– Sam Pan się nie wdrapał.
- Na pewno dziadek mnie posadził. Mimo iż urodziłem się w Bydgoszczy, wychowywałem się w rodzinie kresowiaków na podjeleniogórskiej wsi. W mojej rodzinie od wieków były konie. Babka ze strony ojca pochodziła ze zubożałej szlachty – Tyszkiewiczów, ich konie znali wszyscy w Łanowicach (to wieś koło Sambora – dziś Ukraina). Dziadek ze strony ojca, pochodzący spod Przeworska, po zakończeniu wojny przejął gospodarstwo od brata, który był przedwojennym artylerzystą konnym (drugi z trójki braci służył w kawalerii). Od najmłodszych lat żyłem i wychowywałem się w sąsiedztwie koni.
– Skończyły się jednak sielskie lata i trzeba było się wziąć za naukę.
- Edukację rozpocząłem w szkole podstawowej przy ulicy Koronowskiej. W trzeciej klasie podstawówki jeździłem na drugi koniec Bydgoszczy do szkółki jeździeckiej, którą w Myślęcinku prowadził Lech Ojczenasz. Pieniądze, które dostałem z okazji I komunii, starczyły na dziesięciogodzinny karnet. Byłem rodzynkiem, bo oprócz mnie były same dziewczyny. Dały początkującemu adeptowi jeździectwa nieźle w kość. Bardzo chciałem chodzić do szkoły średniej, która będzie miała coś wspólnego z moimi zainteresowaniami i znalazłem odpowiednią. W 1989 roku rozpocząłem naukę w nowo powstałym Technikum Hodowli Koni w Gródkach koło Działdowa. Jako uczeń szkoły średniej należałem do harcerskiej drużyny jeździeckiej.
– Gródki są daleko od Bydgoszczy. To była szkoła z internatem?
- Tak. W klasie siedmiu chłopaków, 33 dziewczyny, nikogo ze wsi.
– Co skłoniło miastowe dziewczyny do wyboru takiej szkoły?
- Prawdopodobnie chęć opanowania umiejętności narzucenia swojej woli komuś silniejszemu od mężczyzny, czyli koniowi. (śmiech)
– Studia też po linii?
- Zootechnika na ATR, Zakład Hodowli Koni. Mogłem się wymigać od wojska jako jedyny żywiciel rodziny, ale chciałem pójść, bo wiedziałem, że jest formowany pod Warszawą szwadron kawalerii.
– To jakiś nałóg. Niektórzy uzależniają się od nikotyny, inni od alkoholu, obecnie wiele osób uzależnionych jest od zakupów albo komputera, a Pan jest uzależniony od koni.
– To ani nałóg, ani hobby, to sposób na życie. Spełniony w życiu człowiek to ten, który robi to, co chce i kocha robić.– Nie wiedziałam, że na koniu można było odbyć służbę wojskową.
- Mam w książeczce wojskowej wpisane: kawaleria. Kiedy przyszedłem do szwadronu, to tylko kilku chłopaków ze stadnin państwowych potrafiło jeździć konno, były zaledwie trzy szable i dwie lance. Lekarz weterynarii miał problem, bo rekruci jeździli na ostrym kiełznaniu – pelhamie, czyli na takim jakby końskim ABS-ie i dochodziło u koni do urazów pyska albo grzbietu od nieumiejętnego siodłania. Kawalerzyści jeździli wyłącznie na wałachach. Nam przyprowadzono ogiery z punktów kopulacyjnych, które dopiero na miejscu zostały wytrzebione, i na takich, jeszcze nabuzowanych, miało wojsko jeździć. Na dodatek, prawie nikt z dowództwa nie wiedział, jak się z tymi końmi obchodzić. A konie to nie czołgi. Byłem jedyną osobą, która się znała na koniach, bo miałem wykształcenie zootechniczne i uprawnienia instruktora. Tak więc początki były przezabawne. Ale od dwunastu lat, kiedy 3 maja, 15 sierpnia czy 11 listopada odbywają się defilady wojskowe w Warszawie, przemarsz wojsk zamyka zawsze Szwadron Kawalerii Wojska Polskiego.
– Szwadron?
- Żołnierze w sile plutonu, więc tam idzie 24 koni, czasem więcej. Nazywają się oficjalnie szwadronem, choć szwadron to 114 koni.
– Bo szwadron to brzmi dumnie.
- To miał być zaczątek szwadronu, ale na zaczątku, jak to u nas bywa, się skończyło. Było naszym marzeniem doprowadzenie do powstania szwadronu kawalerii, dlatego powstało stowarzyszenie Polski Klub Kawaleryjski. Eskorty konne są w całej Europie. Istnieje ciągłość historyczna jednostek. A u nas? W Anglii na przykład każdy oficer artylerii musi umieć jeździć konno.
– Anglicy potrafią to chyba od dziecka.
- Polak też się ponoć na koniu z szablą w ręku rodzi.
– Jednak to u nich, a nie u nas, podczas ważnych uroczystości widać mnóstwo umundurowanych jeźdźców.
- W Anglii czy Belgii jest tak, że do honorowej eskorty powoływani są rezerwiści. Zawodowi żołnierze stanowią tylko zalążek takiej formacji. Wiem, że kiedy był pogrzeb księżniczki Diany, powstał problem, gdyż panował sezon urlopowy i trzeba było na gwałt ściągać ludzi z wczasów i konie z pastwisk.
– Rezerwiści przybywają z własnymi wierzchowcami?
- W stajniach królewskich jest około 80 koni, więc liczba niewystarczająca. I tak jak rezerwiści są powoływani do służby z powodu konieczności wzięcia udziału w uroczystości, tak i konie są powoływane. Każdy koń, który jest w odpowiednim stopniu ujeżdżony, posiada w swojej książeczce wpis – w Polsce przed wojną konie też miały książeczki wojskowe – że jest wykorzystywany do honorowej królewskiej eskorty. To duży splendor dla właściciela konia. Umieszcza się nawet metalowy emblemat na boksie, informujący, że koń należy do eskorty królewskiej.
– A skąd się biorą konie do inscenizacji w Krojantach?
- Pracuję jako zootechnik na terenie powiatu świeckiego i bydgoskiego, więc znam wszystkie tutejsze stajnie. Niektórzy uczestnicy przywożą własne. W tym roku będzie minimum 120 do nawet 150 koni.
– Czy konie są ułożone?
- Większość koni uczestniczyła już w tego typu widowiskach, ale 40 proc. bierze udział w takiej szarży, jak w Krojantach, pierwszy raz. Stajnie rekreacyjne w ośrodkach, gdzie prowadzi się agroturystykę, mają dużą rotację koni, więc zawsze parę sztuk jest młodych, zupełnie niedoświadczonych. To jest frycowe i dla konia, i dla tego, który na nim jedzie. Jak na pierwszej randce, nigdy nie wiadomo, co będzie.
– Jak konie reagują na efekty pirotechniczne?
- Rządzi wszystkim instynkt stadny. Ważne jest zachowanie dowódców, bo jadą na czele, a reszta koni reaguje na zasadzie lemingów albo piesków preriowych Jednym poddziałem dowodzę ja, drugim zazwyczaj kolega z Chełmna, Ireneusz Jambor. Znamy się od lat i doskonale rozumiemy, starczy, że jeden da znak szablą, ręką czy głową z odległości 500 m, a już drugi wie, który element musztry konnej mamy jechać. Na daną komendę zastępy równają do nas i robimy serpentyny, wolty, półwolty i inne wywijasy. Najważniejszy jest początek i koniec każdego oddziału. Żeby szyki szły równo, koledzy w trójkach muszą równać do prawego. Środkowy z trójki jest kierunkowym. Pierwszy środkowy pilnuje mnie, a każdy kolejny poprzedniego. A prawoskrzydłowy pilnuje wyrównania całej trójki i koryguje oś marszu.
– Obawiam się, że ten opis będzie zrozumiały jedynie dla kawalerzystów. Proszę opowiedzieć o przygotowaniach do inscenizacji w Krojantach.
- Na polu całością kawalerii dowodzi płk Marek Dragan, ja odpowiadam za pododdziały, które są stowarzyszone w Polskim Klubie Kawaleryjskim. Dwa dni ćwiczymy po kilka godzin, do zmęczenia materiału, aż konie zrzucą nadmiar energii i jeźdźcy się z nimi trochę zapoznają. Kiedy idziemy w szyku rozwiniętym, w pierwszej ławie idą koledzy najbardziej doświadczeni. Co roku prowadzę szarżę. Najgorszy jest moment, kiedy konie dostają ogień broni maszynowej od czoła – dosłownie w chrapy, bo mogą się zawahać i załamie się cała szarża.
– Czy gromadzi się liczna publiczność?
- Podobno w zeszłym roku oglądało inscenizację 20 tysięcy osób. To największa impreza z udziałem koni w Polsce, a może nawet w Europie. Co roku przyjeżdża coraz więcej ludzi, bo to ciekawe widowisko i staramy się za każdym razem pokazać coś nowego. W tym roku będzie to działon artylerii konnej, czyli sześć koni w zaprzęgu do armaty i kolejnych sześć zaprzężonych do jaszcza, czyli wózka z amunicją. Dla upamiętnienia 11 Dywizjonu Artylerii Konnej, który przed wojną stacjonował w Bydgoszczy przy ulicy Gdańskiej i walczył również w okolicach Krojant.
– Ile oddziałów kawalerii było w Polsce przed wojną?
- 27 pułków kawalerii, 3 pułki szwoleżerów i 10 pułków strzelców konnych. Różnili się krojem czapek oraz kolorami na otokach i proporczykach. Polski Klub Kawaleryjski przybrał barwy amarantowe, szwadronu przybocznego naczelnego wodza, który praktycznie został rozwiązany po przewrocie majowym. To był szwadron prezydencki. Ślubowali bronić prezydenta. Piłsudski po przewrocie majowym wezwał dowódcę i zapytał , po której stronie walczyli. – Po stronie prezydenta – odpowiedział dowódca szwadronu. – Ilu zginęło? ? zapytał Piłsudski. Kiedy tamten odpowiedział, Piłsudski odrzekł: – To ku chwale ojczyzny. Gdybyście złamali przysięgę, to bym was rozstrzelał.
– Do pięknej tradycji nawiązuje stowarzyszenie, którego jest Pan prezesem. Z czego Polski Klub Kawaleryjski czerpie środki na działalność? Dostajecie jakieś dotacje?
- Żadnych. Wszystko jest naszą prywatną krwawicą opłacane. Corocznie jeździliśmy na własny koszt do Warszawy, żeby ludzie podczas uroczystości państwowych mogli zobaczyć kawalerzystów. Co roku przedstawiamy w Bukowcu historię bitwy, w której bohatersko walczył 16 Pułk Ułanów Wielkopolskich im. gen. Gustawa Orlicz-Dreszera, bo taką nazwę nosi Oddział Terenowy Polskiego Klubu Kawaleryjskiego w Bydgoszczy. Doprowadziliśmy do tego, że tamtejsza szkoła przyjęła imię pułku i kultywuje jego tradycję. Druga szkoła imienia 16 Pułku Ułanów Wielkopolskich znajduje się w Dolnej Grupie, bo tam resztki pułku walczyły i wykrwawiły się do końca. Co roku przygotowujemy inscenizację w Krojantach. Obecnie po raz jedenasty.
– A skąd stroje historyczne?
- Część wypożyczamy, część szyjemy. Większość to nasza własność.
– Gdyby widzowie zapłacili po złotówce, to mielibyście 20 tys. zł na wydatki.
- Wstęp na pokaz jest wolny.
– Ile Pan dołoży do interesu?
- Koszty dojazdu, przygotowania sprzętu, plus czas własny i ten, który zabieram rodzinie, żonie i dwóm córkom, no i muszę wziąć dzień bezpłatnego urlopu z pracy.
– Widział Pan film Wajdy, w którym pokazana jest szarża na czołgi?
- Widziałem.
– I?
- Mogę nie komentować?
– A czy Pan brał udział przy kręceniu jakiegoś filmu?
- Roli pierwszoplanowej jeszcze nie dostałem. (śmiech) W lipcu byłem w Moskwie, gdzie rosyjska telewizja kręciła materiał dla swojej edycji Discovery Historia. 1612 rok, Polacy w walkach o Moskwę. Chcieli pokazać, dlaczego polska husaria królowała przez dwa stulecia na polach bitew. Korpus Chodkiewicza próbował przerwać blokadę Kremla. Rosjanie ustalili, że polskiej odsieczy zabrakło do bram Kremla 1800 metrów. Polska husaria zrobiła ogromne wrażenie na mieszkańcach Moskwy. Przedsięwzięcie na 1500 rekonstruktorów z całej Europy! Po naszej stronie walczyły przecież regimenty cudzoziemskie. Z Polski wybrano Chorągiew Husarską Marszałka Województwa Pomorskiego z Gniewu, największą w naszym kraju, najpiękniejszą i najlepiej wyszkoloną jazdę. To niesamowite, ale musieliśmy przez te kilka dni zrobić piorunujące wrażenie, bo Rosjanie wiwatowali: Niech żyje Polska! Właśnie dlatego było warto się tłuc autokarem dwa dni w jedną stronę. Ech, dużo by opowiadać. Zainteresowanych odsyłam do ostatniego numeru ?National Geographic Polska?.
– Spadł Pan kiedyś z konia?
- Zdarza się zsiąść z konia bez komendy – jak my to mówimy. Raz na pół roku trzeba hołd matce ziemi oddać. Zwłaszcza gdy się podjeżdża młode konie.
– Jak to możliwe? Taki doświadczony jeździec i jeszcze spada z konia.
- Najgorszym wrogiem postępu jest rutyna. A ekwitacji, czyli sztuki jeździeckiej, człowiek uczy się przez całe swoje życie.