Fragmenty prozy”

(…) Nie sądzę, żeby coś z tego wynikało. Mogło wynikać. W gruncie rzeczy nie mam przecież nic do zrobienia. Bowiem jeśli nic nie zrobię ? cóż może się istotnego stać? Jeśli zrobię natomiast ? to jakiż sens z tego wyniknie? Najlepiej niczego nie dotykać. Przemykać ostrożnie, niezauważenie. Nigdzie nie być trwale. Nie przebywać dłużej. Z nikim nie być. Nic ponad konieczność. A i tego unikać. Być samemu sobie. Dla siebie. Nigdy bowiem nikt i nic nie będzie bliższe, trwalsze, własne, ponad własną samotność. Nie ma po co ulegać iluzji. Ona jest zawsze. Ona jest dana. I trzeba ją chronić, jak coś naprawdę skończenie własnego, cennego. Z nikim jej nie dzielić. Wobec nikogo jej nie otwierać. Nie otwierać siebie wobec nikogo. Najlepiej nic nie chcieć od innych. Nie skazywać się na kogokolwiek. Unikać czyjejkolwiek obecności. Uczynić jedno ? swoje istnienie dla siebie. Nikogo nim nie obciążać. Być konsekwentnie samotnym. Samotność jest bowiem najwyższym i jedynym, najpewniejszym dobrem. Życie samotne jest jedyną pełnią istnienia, wyłączną możliwością korzystania z siebie dla siebie. Uczciwym, rzetelnym, wykorzystaniem w pełni siebie. Tylko nic nie chcąc od innych można mieć wszystko, co najcenniejsze.

Krzysztof Soliński – “Jeżeli”

[:] Wazon. Stojący na małym stoliku. Może w wazonie, w resztce zwiotczałej wody. Wa­zon stoi na po­żoł­kłej koronkowej serwecie. Po umarłych kwiatach śni się nowy wy­miar. Serweta jest szydełkowana mi­ster­nie. Gdzieś poza jej zużytym zapachem, który niczego nie przypomina. Ścia­ny pokoju są szare, pokryte zaciekami. Poza smutkiem rozkładu? Podobnie sufit. Poza smutkiem rozkładu. Przecieka, zwłaszcza w czasie je­sien­nych desz­czów. Przez nieszczelny dach. Bel­ko­wa­nie stropu pokrywa się wów­czas pleśnią. Za­tę­chłe wnętrze wazonu wypełnione cieniem. Blat stolika pokrywa szary kurz, na serwecie leży kilka zeschniętych płatków kwiatów. Jest pokojową piwnicą ze zło­żo­ną nadzieją. Kurz na blacie stołu prze­mie­sza­ny jest z pyłkiem kwiatowym. Na prze­trwa­nie. W rogu:
Piórko ptaka, w półprzezroczystej jego tulejce ktoś sobie siedzi, spokojnie unoszony w mięk­kim powiewie. I nie ma znaczenia, że ptak odpadł od tego pióra.
Zobacz, pióro opada łagodnie na kamień ? tak lekkie, że nawet huragan jest bezsilny. Pióro nie stawia oporu niesione w przestwór oceanu.
Wypływa na jego powierzchnię i swobodnie płynie. Elastyczna tulejka znacznie dłużej trwa niż śpiew ptaka ? upięty w czapeczce deszczu.
W wydrążonym ziarenku piasku jest chyba podobnie?
Jeśli cisza jest płynem, to obecnie wypełniła przestrzeń niemal całego pokoju. Jak woda w akwa­rium ? więc oczywiście nie po same brzegi, nie po sufit, lecz kilka cali, jakieś dwa od jego płaszczyzny sytuuje się powierzchnia ciszy, która jest cieczą. Ciecz ta jest kon­sy­sten­cji oleistej, gęsta, powolna w swoich ru­chach. Powierzchnia jej jest jednak rzadsza, niemal lotna, przez to porowata, nierówna, strzępiasta, cza­sem jedynie pofałdowana. Zależnie od drgań powietrza, jego ruchów ? powodujących dźwięk. (Prze­cież dźwięk to drgania powietrza; fale przebiegają ? czą­stecz­ki powietrza drgają, a pod wpływem tego ata­ko­wa­na powierzchnia płynu ciszy koroduje, strzępi się, marszczy się, faluje, burzy się. Zgodnie z prawami energetyki ? pod ciśnieniem tych drgań sama poczyna drgać, roz­grze­wa się i paruje. Ulatnia się i stop­nio­wo lub gwałtownie niknie nawet cała ciecz ciszy ? zależnie od ciśnienia dźwięku, jego natężenia.) Obecnie jednak wypełnia owa ciecz ciszy niemal po brzegi pojemność ścian pokoju. Jedynie pozostają dwa, trzy może cale między powierzchnią ciszy a płaszczyzną sufitu. Tę drobną prze­strzeń wypełnia lekka mgieł­ka oparów, unosząca się sponad lekko perlącej się po­wierzch­ni płynu ciszy, o którą uderzają delikatne im­pul­sy. To odgłos szmery ? resztki zewnętrznych odgłosów, spoza ścian pokoju. Od­gło­sy wewnętrzne pokoju wy­do­by­wa­ją się bąblami na powierzchnię cie­czy ciszy: szumy od­de­chu, tętnienie krwi, ruch serca i wszystkich pozostałych or­ga­nów wewnątrz śpiącego ciała. ON śpi. Na tap­cza­nie. Wewnątrz, zanurzony w płynie ciszy. Przy każdym poruszeniu się śpiącego ciała ? obrocie z boku na bok ? płynu ciszy ubywa. Wypiera go dźwięk. Później, po chwili znów przybywa. Oto leży na wznak. Otwiera oczy i:

Krzysztof Soliński (fragment większej całości)