– Po dwóch latach od tragedii w Smoleńsku, coraz więcej przedstawicieli świata nauki wyraża potrzebę i gotowość włączenia się w próbę wyjaśnienia, w jaki sposób do niej doszło. Ostatnio uczyniła to grupa dwudziestu naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego, w której znalazło się aż dziesięciu profesorów zwyczajnych. Słowa Włodzimierza Cimoszewicza, że śledztwo jest prowadzone tak, jakby była to sprawa włamania do garażu na Pradze, uznali za stanowczo zbyt łagodne. Ich zdaniem, obok skrajnego braku profesjonalizmu, mamy do czynienia z liczeniem na ludzką naiwność i niewiedzę, a milczące przyzwolenie na ten stan rzeczy byłoby kompromitacją polskiej nauki.
Również Pan Profesor uznał, że nie może dalej siedzieć cicho.

- Profesor pozostaje nadal człowiekiem, pozostaje nadal Polakiem, pozostaje nadal obywatelem. I chyba taka była kolejność: najpierw przeżywaliśmy boleść po tragedii, później boleść związaną z tym, co działo się na Krakowskim Przedmieściu – nie myślę o obrońcach Krzyża, ale o tych, którzy przychodzili ich opluwać – a potem przyszła refleksja na temat odpowiedzialności naukowej.
Czułem duży dyskomfort, gdy czytałem, iż naukowcy ze Stanów, z Australii, z Nowej Zelandii włączają się do badań, poświęcają swój czas i wiedzę, a my tu siedzimy cicho. Nie było właściwie żadnych wypowiedzi prawników w tej sprawie. Uznałem więc za swój obowiązek doprowadzić do tego, że ekspertyzy techniczne będą uzupełnione o analizy prawne.
Kiedy w drugą rocznicę tragedii zorganizowano w Olsztynie uroczystość, a jej integralną częścią była konferencja naukowa, za którą odpowiedzialność mi powierzono, wpadłem na pomysł, żeby poświęcić część tej konferencji prawnym problemom związanym z katastrofą w Smoleńsku. W moim wystąpieniu pojawiły się także słowa ?zbrodnia smoleńska?. Nie potrafię na sto procent tego udowodnić, ale tak to wewnętrznie czuję, wszystko na to wskazuje.

– Główny problem prawny zawiera się chyba w pytaniu, czy badanie przyczyn katastrofy należało prowadzić w oparciu o porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 roku, czy załącznik 13 do Konwencji Chicagowskiej.

- Artykuł 3 Konwencji Chicagowskiej w sposób bardzo jednoznaczny ogranicza jej stosowanie wyłącznie do międzynarodowego lotnictwa cywilnego. A w paragrafie 2 artykułu 3 wyraźnie się mówi, że konwencja nie ma zastosowania do lotnictwa państwowego, w służbie wojskowej, celnej czy policyjnej. Porozumienie z 1993 roku, które dotyczyło lotnictwa wojskowego i państwowego, idealnie się do tej sytuacji nadawało, tym bardziej że przewidywało ono wspólne śledztwo kompetentnych służb obu państw.

– Podobno niemożliwe było zastosowanie tego porozumienia, gdyż nie zawierało ono procedur i należało je dopiero z Rosjanami uzgodnić, a negocjacje mogły bardzo długo trwać.

- Artykuł 11 porozumienia polsko-rosyjskiego z 1993 roku stanowi, że wyjaśnianie katastrof ?prowadzone będzie wspólnie przez właściwe organy polskie i rosyjskie?. Żyjemy w wieku XXI. Dla demokratycznych państw prawnych, a podobno i Rzeczpospolita Polska, i Federacja Rosyjska – członkowie Rady Europy, strony Europejskiej Konwencji Praw Człowieka – należą do demokratycznych państw prawnych, oczywiste jest, jakie służby w takich wypadkach współpracują i nie trzeba żadnych dodatkowych porozumień, bo porozumienia są, i te w skali europejskiej, dotyczące międzynarodowej pomocy prawnej, i w skali dwustronnej, dotyczące międzynarodowej pomocy prawnej. Wystarczyła wola polityczna. Tej woli zabrakło.

Oczywiste jest, że strony porozumienia z 1993 roku wiedziały, o jakie organy chodzi i jak ma wyglądać taka współpraca, skoro tylko w odniesieniu do ?środków poszukiwania i ratownictwa?, czyli artykułu 10 tej umowy, przewidywano zawarcie ?odrębnego porozumienia?. Artykuł 11, dotyczący katastrof lotniczych, takiego zastrzeżenia nie zawiera.

– W miesięczniku ?Państwo i Prawo? znalazłam opinię prof. Marka Żylicza, dotyczącą tych dwóch aktów prawnych. To dla mnie dość zawiły wywód, z którego ma wynikać, że lot do Smoleńska 10 kwietnia 2010 roku nie był właściwie ani wojskowy, ani cywilny, ani państwowy, wobec tego należało odwołać się do Konwencji Chicagowskiej.

- Pan profesor Żylicz jest już w takim wieku, w którym można różne rzeczy bardzo nieodpowiedzialnie stwierdzać. Ja dopiero zbliżam się do takiego wieku. W przypadku lotu do Smoleńska mamy do czynienia ze wzmożonym stopniem ?wojskowości?. Na pokładzie znajdowała się głowa państwa, całe najwyższe dowództwo polskiej armii, osoby będące wysokiej rangi oficerami Paktu Północnoatlantyckiego. Wchodzi więc w grę immunitet państwowy.

– Nie ulega dla mnie wątpliwości, że to był lot wojskowy. Był przecież oznakowany jako M ? military, piloci byli oficerami, samolot był wojskowy, a leciał nim nie tylko prezydent, który jest zwierzchnikiem sił zbrojnych, ale także dowódcy wszystkich rodzajów wojsk. Ale co Pan Profesor miał na myśli, mówiąc o immunitecie państwowym? Czy chodzi o to, że miejsce katastrofy stało się automatycznie terenem eksterytorialnym?

- Można to nazwać eksterytorialnością funkcjonalną, w tym sensie, że pierwszeństwo dostępu do wraku powinno mieć państwo rejestracji, czyli Rzeczpospolita Polska. Nawet z załącznika 13, który zastosowano, wynika prawo państwa rejestracji do pierwszego wglądu w miejsce zdarzenia, do zabezpieczenia wraku wraz z całym sprzętem. Rząd nie skorzystał z tego prawa, chociaż wymagała tego najwyższa racja stanu. Przecież osoby, które leciały do Smoleńska, weszły na pokład samolotu z telefonami komórkowymi oraz laptopami, które mogły zawierać materiały, stanowiące tajemnicę naszego państwa albo NATO.

– Załóżmy, że po otrzymaniu wiadomości o katastrofie, premier Tusk zwraca się do Pana Profesora z pytaniem, co teraz robić? Jak brzmiałaby rada?

- Premier Tusk powinien natychmiast zadzwonić do premiera Putina i poinformować go, że wysłał do Smoleńska polskie służby, a do czasu ich przyjazdu nikt nie ma prawa się do wraku zbliżać.
Załącznik 13 ? wbrew temu, co się głosi i wypisuje ? wcale nie oznaczał przekazania śledztwa w ręce rosyjskie. Zgodnie z pkt. 3 tego załącznika, gdyby Polska tego zażądała, Rosja musiałaby podjąć wszelkie konieczne kroki dla zapewnienia ?by samolot, jego zawartość oraz wszelkie inne dowody pozostawały nienaruszone do czasu dokonania inspekcji przez akredytowanego przedstawiciela.? Ale Polska tego nie zażądała.

– Wiadomość o katastrofie pod Smoleńskiem obiegła cały świat, było to zresztą wydarzenie bezprecedensowe. Zewsząd płynęły wyrazy współczucia. Oczy wszystkich były zwrócone na pogrążoną w żałobie Polskę. Czy nie można było tej chwili wykorzystać, by doprowadzić do powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy? W 1984 roku ZSRR zgodził się pod naciskiem światowej opinii publicznej na zbadanie przez ICAO sprawy zestrzelenia pasażerskiego samolotu południowokoreańskiego.

- Nie widzę takiej możliwości przy złej woli i złej wierze jednej i drugiej strony, mam na myśli i Federację Rosyjską, i Rzeczpospolitą Polską. Przynajmniej jedna ze stron musiałaby prawdy chcieć.

– A żadna nie chciała?

- Z postępowania tak wynika. A Rosjanie przeprowadzili śledztwo, które niewiele ma wspólnego z jakimikolwiek standardami, pomijając już to, że organ je prowadzący był bardzo dziwaczny. Co to jest MAK? To jest Mieżgosudarstwiennyj Awiacionnyj Komitet, organ właściwie nie funkcjonującej Wspólnoty Niepodległych Państw, taki całkiem niezawisły od władz rosyjskich, ale złożony wyłącznie z obywateli Federacji Rosyjskiej. I Rosja, i Polska są zachwycone tym, co wspólnie robią. Raport MAK-u, owszem, wzbudza potężne zastrzeżenia tzw. komisji Millera. Ale co to w ogóle za komisja? Powinna funkcjonować w ścisłym związku z akredytowanym przedstawicielem, czyli ze śledztwem toczącym się przed MAK-iem. A akredytowany przedstawiciel wypina się na nią kuprem i nie współpracuje właściwie z komisją Millera. Jakiś dziwoląg śledczy powstał po stronie polskiej.

– Dziwolągów jest więcej. Profesor Żylicz napisał, że załącznik 13 Konwencji Chicagowskiej został wybrany ?na mocy półformalnego porozumienia?. Nie rozumiem określenia ?półformalny? w sytuacji, kiedy sprawa jest wagi państwowej. Tu nie powinno być żadnych prywatnych uzgodnień.

- Prawnicy patrzą na tę sprawę z innej strony. Dla nas fundamentalnymi pojęciami są pactum i pacta sunt servanda. Porozumienie roku 1993 stanowiło, jakby nie było, pactum, uroczystą umowę międzynarodową, która wiązała i Federację Rosyjską, i Polskę. Tego porozumienia, mimo że taka możliwość istniała, nikt nie wypowiedział w postaci pisemnego zawiadomienia. Po dziś dzień. Jak się ma postępowanie Tuska i Putina do zasady pacta sunt servanda? Czy jest ono efektem ich bezpośredniej rozmowy? Kiedy się ona odbyła? Bardzo dziwne jest to ustne porozumienie, skoro istnieje porozumienie pisemne, formalnie wiążące całą Federację Rosyjską i całą Polskę, a nie tylko resorty obrony, jak to powiedział Seremet, wykazując całkowitą niewiedzę w zakresie prawa międzynarodowego.

– Dlaczego nie zwróciliśmy się o pomoc do najwybitniejszych zagranicznych ekspertów?

- Bo nie korzystaliśmy z możliwości, jakie daje załącznik 13 Konwencji Chicagowskiej. Po pierwsze, nie zastrzegliśmy naszego priorytetu w badaniu wraku, zabezpieczeniu miejsca zdarzenia. Po drugie, nasz akredytowany przedstawiciel mógł ustanawiać doradców, z naszego punktu widzenia nawet taki obowiązek na nim ciążył. Mógł zgłosić, jakich chciał ekspertów, ale niczego w tym kierunku nie zrobił.
Załącznik 13 to jest jednak prawo międzynarodowe, a nie prawo sowieckie, więc Rosjanie nic nie mogliby arbitralnie zrobić. Żeby jednak wykorzystać możliwości, jakie otwiera, potrzebny był podmiot zainteresowany, czyli strona polska, którą reprezentował akredytowany przedstawiciel. A pan Klich był bardziej przedstawicielem MAK-u i strony rosyjskiej niż polskiej racji stanu.

Druga część wywiadu z prof. dr. hab. Tadeuszem Jasudowiczem w niedzielę 10 czerwca