Bydgoska Straż Miejska nie różni się od swoich odpowiedniczek w innych miastach. Dlatego i tutaj, i w innych miastach jest uważana za narzędzie napędzania pieniędzy do miejskiej kasy. To właśnie z tego powodu przez cały kraj przetoczyły się akcje zbierania podpisów w celu przeprowadzenia referendum w sprawie zlikwidowania tej formacji.

Zarówno bydgoszczanie, jak warszawiacy czy mieszkańcy Sopotu, uważają w przeważającej liczbie, że strażnicy zajmują się głównie nakładaniem mandatów za parkowanie bez uiszczenia opłaty, nakładaniem blokad na koła oraz wystawianiem rachunków za odholowanie samochodów. Taka jest bowiem rzeczywistość i nie ma co się krzywić na strażników, gdyż oni wykonują po prostu polecenia, które komendantowi Straży Miejskiej wydaje prezydent. A Rafał Bruski potrafi rachować i wiedział, co robi, rozbudowując strefę płatnego parkowania w Bydgoszczy. To z tego powodu prezydent Bydgoszczy ma za co dziękować strażnikom miejskim, naprawdę są mu potrzebni. Dlatego wręcza im medale i nagrody.

Niestety, w naszym kraju zapanowała moda na hipokryzję. Zamiast mówić otwarcie: strażnicy są potrzebni, żeby mieszkańcy posłusznie płacili za parkowanie w obawie przed mandatem, mówi się, że strażnicy są dobrodziejstwem dla mieszkańców. Rzecznik bydgoskiej Straży Miejskiej opowiada, iż widział nawet, jak jeden strażnik pomógł kobiecie wymienić koło w samochodzie, bo sobie nie mogła poradzić. Coś niebywałego! Strażnik też może być dobrym człowiekiem! To rewelacyjne odkrycie.

Z okazji swojego święta strażnicy zorganizowali zbiórkę krwi na Starym Rynku. Oczywiście, akcja godna pochwały. Gorzej z jej prezentacją na stronie internetowej bydgoskiej Straży Miejskiej. Publikacja nosi tytuł: ?Pomagamy! Mamy to we krwi.?

Z okazji święta życzymy strażnikom, żeby nie przesadzali z pijarem. To ma krótkie nogi, bo ludzie nie lubią być nabijani w butelkę.