O możliwym odwołaniu Jasiakiewicza z funkcji szefa bydgoskiej rady miasta mówiło się od czasu niedawnych wyborów parlamentarnych. Przypomnijmy, że były prezydent – który zdobył mandat radnego z listy PO – startował w nich jako niezależny kandydat do Senatu. Przegrał, a fotel senatora przypadł jego konkurentowi Andrzejowi Kobiakowi, będącemu oficjalnym kandydatem Platformy Obywatelskiej. Zanim do tego doszło, Jasiakiewicza za karę usunięto z partii.
Tajemnicą poliszynela był fakt, że mimo braku poparcia ze strony PO, w jego kampanię angażowało się po cichu wielu bydgoskich członków tej partii. Byli wśród nich ludzie kojarzeni z posłem Pawłem Olszewskim, choć nie tylko. – Oficjalnie nie mogę popierać Jasiakiewicza, ale trzymam za niego kciuki – mówiła na przykład posłanka Platformy Teresa Piotrowska.
W uzasadnieniu do projektu uchwały odwołującej przewodniczącego rady miasta jako powód podano “utratę zaufania i rekomendacji klubu Platformy Obywatelskiej, będącego największym klubem w radzie miasta”. Sam Jasiakiewicz poproszony przez nas o komentarz był małomówny. – Bardzo mi przykro z tego powodu. Ale przykrość nie jest kategorią polityczną – powiedział. Uchylił się również od odpowiedzi na pytanie o słuszność wniosku. – Nie chciałbym odpowiadać i oceniać ludzi, z którymi współpracowałem – dodał.
Głosowanie w sprawie odwołania szefa bydgoskiej rady miasta zaplanowano na 23 listopada. W kuluarach krążą już nazwiska jego potencjalnych następców wśród których wymienia się m.in. obecnego wiceprzewodniczącego rady z ramienia PO Zbigniewa Sobocińskiego.