Mojego zeszłotygodniowego remanentu redaktor naczelny nie puścił. Speniał! Bał się, że komentarz zostanie potraktowany jako robienie kampanii w trakcie ciszy wyborczej. A ja przecież żadnego kandydata nie reklamowałem. Napisałem tylko, co robili, chociaż nie powinni oraz czego nie robili, choć powinni, walcząc o dostanie się do parlamentu. Ale może dobrze się stało, że tekst się nie ukazał. Wtedy nie wiedziałem, kto zdobędzie mandat poselski bądź senatorski, a teraz już wiem. I trochę się zdziwiłem.
Miałem duże wątpliwości, czy mandaty uda się zdobyć Pawłowi Skuteckiemu oraz Bartoszowi Kownackiemu. To, że Paweł Olszewski zobaczy czerwoną kartkę, było dla mnie oczywiste. Tymczasem cała trójka dostała się do sejmu. Casus Olszewskiego potwierdza tezę, że wyborcy mają słabą pamięć, gdyż zdobył on mandat po siedmiu latach byczenia się i kilku miesiącach nadaktywności. Bolesną nauczkę dostała Iwona Kozłowska. Dowiedziała się, że nie wystarczy być pracowitą mrówka, by zdobyć mandat.
Skutecki był jedynką na liście Kukiza. I to wystarczyło. Ludzie głosowali na Kukiza, a nie na Skuteckiego. Dlatego szans nie miał drugi kandydat na tej liście, chociaż widać było jego plakaty i banery. Był dwójką, co było równoznaczne z przegraną. Skutecki tkwi chyba po uszy w długach, o czym zdaje się świadczyć lansowanie przez cały czas kampanii pakietu oddłużeniowego. No i to, że kasy nie miał na wyborczą reklamę. Ale to w przypadku wchodzących dopiero w obieg ugrupowań nie było szczególnie istotne, bo ludzie głosują na szyld. Skazany na sukces był również lider listy Nowoczesnej, Michał Stasiński. Zresztą niezależnie od handicapu, którym była jedynka, bardzo sensownie zabierał głos i prezentował się lepiej od konkurentów z innych ugrupowań.
Kownacki udowodnił, że można osiągnąć dobry wynik bez kosztownej kampanii i z etykietką spadochroniarza. Ma swoich zadeklarowanych zwolenników wśród bydgoskiej inteligencji i słuchaczy Radia Maryja. Mimo że był trzeci na liście zdobył głosów niewiele mniej od zajmującego drugie miejsce Piotra Króla.
Jeżeliby o wynikach wyborów decydowała wyłącznie kasa, najlepszy wynik osiągnąłby Łukasz Schreiber, a oprócz niego mandaty zdobyliby Grażyna Szabelska i Maciej Szota. Szabelskiej utrudniło zadanie bardzo odległe miejsce na liście. To miało znaczenie, gdyż kandydaci z wyższych miejsc też prowadzili intensywną kampanię. Natomiast Szota, tak jak i Walkowiak, zapłacił chyba frycowe za nielojalność wobec Kaczyńskiego. Obaj kandydaci byli na liście PiS-u niejako gościnnie, na miejscach wyznaczonych dla przedstawicieli ugrupowań Ziobry i Gowina.
Słabo wypadł Marek Gralik. Kandydat PiS był faworytem w wyborach do senatu. Przegrał z reprezentantem ugrupowania, któremu wyborcy powiedzieli bye bye. Gdyby Gralik włożył w kampanię choćby jedną trzecią kasy, którą dysponował Łukasz Schreiber, pewnie byłby senatorem. Poskąpił? Wykosztował się w wyborach na prezydenta miasta? Uważał, że jest skazany na sukces, gdyż reprezentuje Prawo i Sprawiedliwość?
A może Andrzej Kobiak wydał się bydgoszczanom znacznie bardziej sympatyczny, chociaż mieszka w Tucholi? Mógł pokazać listę swoich dokonań w minionych latach. Gralik bazował na publicznym oświadczeniu prezesa Kaczyńskiego, że jest dobrym kandydatem, gdyż jest doświadczony. To okazało się niewystarczające.