Najbardziej wciągnięta w naszym mieście do walki politycznej piłka nożna nie wyszła na tym najlepiej. Najbardziej markowa drużyna w mieście gra w B klasie. Najwyżej notowana w III lidze stanowi zaplecze trenerskie i zawodnicze klubów co najwyżej I-ligowych (np. Chojniczanki).

Wszystkiemu oczywiście winni są kibole. Wszak, gdyby skład polskiego Sejmu wybierali kibice, na sali plenarnej znalazłoby się miejsce tylko dla czterech ugrupowań politycznych: Kukiz?15 ? 24%, Wolność Janusza Korwin-Mikkego ? 19%, Ruch Narodowy ? 16,5% i Prawo i Sprawiedliwość ? 13,3%. To wynika z pierwszego opublikowanego w Polsce w pełni wartościowego badania preferencji wyborczych kibiców, które przeprowadziła w lutym br. poznańska pracownia analiz sportowych Sport Analytics.

Podobne sympatie wyborcze ujawniali kibice już za czasów koalicji PO-PSL. Co więcej, mamy w Polsce nadzwyczajne zjawisko. W antyestablishmentowym ruchu kibole jawią się jako antykomunistyczni strażnicy narodowej tradycji, jedno z środowisk najlepiej impregnowanych na serwowaną z mediów głównego nurtu papkę o postępie, tolerancji i wielokulturowości. PO nieskutecznie próbowała przed wyborami wykreować pojęciową zbitkę PiS=kibole=chuligani przeciwstawną sympatykom PO, którzy są kulturalni i przestrzegają prawo.

Po przejęciu władzy przez PiS awantury na tle ideowym na stadionach ustały, a chuligańskie, jeśli się zdarzają, to są sporadyczne. Nie słyszałem, by przy okazji świętowania patriotycznych rocznic, oddawania hołdu żołnierzom wyklętym czy piętnowania komunistycznych zbrodniarzy kibolom groziły teraz jakieś szykany bądź wybuchały zamieszki.

W Bydgoszczy ten konflikt nie ustał, ponieważ klub piłkarski został doprowadzony przez jego sterników do bankructwa, a kibole wrócili ponownie do realizacji misji ratowania klubu z samego dna, co jest kompletnie nie w smak aktualnej władzy w mieście.

Władza jest jednak sfrustrowana, zarówno katastrofą futbolu w naszym mieście, jak i brakiem narzędzi na szybkie wyjście z ofensywą polityczną ukazującą perspektywę odrodzenia. Rafał Bruski nie mógł (lub nie odważył się), tak jak prezydent Chorzowa, przekonać rady miasta do udzielenia pomocy finansowej za pieniądze podatnika, by zażegnać katastrofę finansową wtedy, gdy to było jeszcze możliwe i kiedy Radosław Osuch jako właściciel klubu takie sygnały wysyłał.

Nie mógł z tego względu, że trudno byłoby sobie wyobrazić jej udzielenie w warunkach politycznego konfliktu. Musiałby dogadać się i z kibolami, i z PiS-em, a i jedno, i drugie w jego przypadku nie wchodziło w rachubę, wiązałoby się bowiem z kompromisem.

Na kompromis, w którym i PiS, i kibole staliby się społecznymi partnerami w ratowaniu piłki nożnej nie mógł sobie pozwolić, bo za rok rozpocznie się kampania wyborcza, a nie on byłby wtedy ojcem sukcesu, tylko kibole, którzy stworzyli społeczny klimat dla powrotu do ekstraklasy. Dla nieoferującego gotówki Radosława Osucha nie byłoby już miejsca w nowym układzie. Natomiast na kogo głosowaliby kibole w wyborach nie trzeba tłumaczyć.

Z tego powodu inny tok wypadków niż ten, który miał miejsce, gdy drużyna Radosława Osucha nie wywalczyła awansu do ekstraklasy, nie był możliwy. Z tego samego powodu Rafał Bruski nie może również teraz udzielić pomocy kibolskiemu klubowi, no bo przecież wiadomo czyj to elektorat.

Dlatego bardzo zdziwiła mnie milcząca zgoda prezydenta Rafała Bruskiego na powołanie przez radę miasta zespołu, który miał znaleźć drogę powrotu gry drużyny Zawiszy do Bydgoszczy. Z tej improwizacji nie mogło przecież wyjść nic dobrego dla niego, jeżeli nie zamierzał udawać się do Canossy. Poszedł jednak po rozum do głowy i konferencją prasową o brutalności i chamstwie kibolskim zarządził odwrót, a Lech Zagłoba-Zygler pospiesznie ewakuował się z zespołu radnych, co to miał odszukać drogi powrotu Zawiszy do Bydgoszczy. W tej sytuacji gospodarze obiektów przy Gdańskiej pokazali radnym grafiki, z których wynikało jednoznacznie, że nie ma ani jednej wolnej kratki, by do harmonogramu zajęć dopisać drużynę SP Zawisza.

Pomijam tutaj sprawę sporu o herb klubu, który to spór potrwa jeszcze latami i jak to wskazał Hrabiemu jeden z największych znawców polskiego sądownictwa – klucznik Gerwazy Rębajło w “Panu Tadeuszu”: wygra ten, kto wygra w polu.

Chcemy tego, czy nie, już za rok, w kampanii wyborczej, powrót Zawiszy do ekstraklasy może być jednym z takich samych hitów wyborczych jak “powrót Tomka Golloba do Polonii”. Życzę Stowarzyszeniu Piłkarskiemu Zawisza, by to przetrwali. By przetrwali też wszystkie sukcesy, które będą musiały w związku z odbudową piłki nożnej w naszym mieście nastąpić.