Chciał być dziennikarzem, jak mi opowiadał, od zawsze. Zgłosił się do redakcji Ilustrowanego Kuriera Polskiego w latach pięćdziesiątych. Sporządzał krótkie notatki prasowe, głównie dotyczące wydarzeń sportowych. Później bywał korespondentem sądowym, ale przede wszystkim specjalizował się w tematyce sportowej.

Namówiłem go na wspomnienia z okazji 55. rocznicy Ilustrowanego Kuriera Polskiego w 2000 roku. Okazał się prawdziwą kopalnią wiedzy o dziejach bydgoskiego dziennikarstwa. Gawędziarzem zawołanym. Barwnie opowiedział mi na przykład o dramatycznych wydarzeniach z lat pięćdziesiątych, które rozegrały się w redakcji IKP. Otóż pewnego razu do redakcji wkroczyli funkcjonariusze Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Zarekwirowano całe poranne wydanie IKP. Przesłuchania, nerwy. Przyczyną zamieszania był artykuł poświęcony pomocy udzielanej przez wojsko rolnikom. Chodziło o udział wojska w pracach rolnych. Artykuł całkiem poprawny. Zgodny z zaleceniami partii i jej strażniczki cenzury. Tytuł brzmiał: Wczoraj przeciwko narodowi, dzisiaj z nim. I to też było poprawne ? przedwojenna armia prezentowana była jako wroga, a socjalistyczna jako przyjazna. Nieszczęście wzięło się jednak stąd, że ten prawomyślny artykuł zilustrowano zdjęciem marszałka Rokossowskiego na koniu. Tytuł sugerował zatem, że marszałek Rokossowski był niegdyś przeciwko narodowi.

Zdzisław Sosnowski znał mnóstwo ciekawych anegdot. Znakomicie opowiadał, choćby o mitomańskiej twórczości znanego bydgoskiego poety Zdzisława Polsakiewicza, ekstrawagancjach artystki Jonscher – Witt, o pewnym cenzorze modlitewników, o przyjaźniach z innymi dziennikarzami, o roli alkoholu, restauracji Rybna i Ul oraz cenzury w dziennikarstwie bydgoskim w latach sześćdziesiątych, o wielkości i śmiesznostkach bydgoskich gwiazd sportu, czy o swoich byłych redaktorach naczelnych.
Jeden z owych redaktorów naczelnych okazał się wspaniałomyślny wobec młodego dziennikarza. A było tak… Pewnego wieczoru wsparty znaczną ilością alkoholu redaktor Zdzisław Sosnowski zadzwonił do swego szefa z pretensjami dotyczącymi (niestety, nie pamiętam szczegółów) różnicy zdań na temat jednego z artykułów Zdzisława Sosnowskiego. Od słowa do słowa i… redaktor Sosnowski złożył przez telefon deklarację, popartą mocnym słowem, rezygnacji z pracy w redakcji. Następnego dnia rano, niewiele pamiętał z wieczornej awantury z szefem. O tym co mówił i czym się skończyła rozmowa dowiedział się od żony. Pokornie powędrował do redakcji z postanowieniem załagodzenia sprawy, przeproszenia redaktora naczelnego. Redaktor jednak całkowicie go zaskoczył… zachowywał się jakby wieczornej rozmowy w ogóle nie było.

Był namiętnym palaczem. Pewnego razu, w 2000 roku o mało nie podpaliliśmy razem Zakładów Graficznych na Wzgórzu Wolności. Wpadł do mojego pokoju, wypaliliśmy w pospiechu dwa ? trzy papierosy. Wrzuciłem zawartość popielniczki do kosza na śmieci i wyszedłem z redakcji. Następnego dnia dowiedziałem się, że kosz spłonął, a do pożaru nie doszło jedynie dzięki czujności ochroniarzy i straży przemysłowej.

Spotkaliśmy się po raz ostatni w szpitalu na ulicy Seminaryjnej. Ledwie zobaczyłem go na korytarzu, napadłem: – Panie Zdzisławie, gdzie tu do licha się pali? To jakiś zakon, czy co? Gdzie pan się ukrywa z papierosami?

A Zdzisław Sosnowski mi na to z godnością: – Rzuciłem, podczas poprzedniego tutaj pobytu. Nie będą mnie tu gonić jakieś młodziutkie pielęgniarki. Swoją godność mam.

I jak to często… przykre wrażenie niedokończonej rozmowy.