Pożegnanie

Ludzi przybyłych z Bydgoszczy nie było przesadnie wielu, ale pogrzeb był w oddalonym Grudziądzu, co nieco tłumaczy nieobecnych. Najpierw Msza św. w kościele Ducha Świętego, na pięknej grudziądzkiej starówce, a potem kondukt żałobny przejechał na ulicę Cmentarną. Pogoda była bardzo spokojna tego dnia, takie łagodne przedwiośnie. Nie było długich przemówień, za to dużo pięknych kwiatów i piosenka na pożegnanie.

Kiedy ceremonia zakończyła się, przy otwartym grobie pozostała Rodzina i my przyjezdni z Bydgoszczy i nie tylko. Z czułym słowem do tej małej grupy przemówił Adam Wieczorek, przypominając Marka, jego muzyczną pasję oraz to jego sympatyczne, ciepłe podejście do ludzi. Adam zapowiedział, że pod koniec sierpnia tego roku, planowane jest sentymentalne spotkanie, aby wspomnieć Marka i innych muzyków, którzy odeszli. Zebrani zaproszeni zostali przez Rodzinę na poczęstunek i wspomnienia do położonej nieopodal, w środku parku, restauracji “Leśniczówka”.

Wspomnienia, wspomnienia…

Oprócz bliskich śp. Marka, na sali zasiedli również Adam Wieczorek z małżonką Ingrid, Jakub Pacanowski z małżonką Tatianą, Stefan Gołata z małżonką Ewą, Bożena Mroczek-Rzepka z mężem Grzegorzem, Maria Nadolna, Andrzej Morawski, Tolek Dudziński, Piotr Gątkiewicz, Jerzy Dolecki i piszący te słowa Zbigniew Michalski.

Bardzo szybko ruszyły wspomnienia o Marku i całym bydgoskim muzycznym świecie. Wodzirejem w tym względzie był Adam Wieczorek, świetny gawędziarz i znawca środowiska. Osią tych opowieści był jego dialog z Kubą Pacanowskim (dzisiaj znanego jako właściciel studia “Yacob Records” ), a kiedyś muzyk związany z różnymi projektami muzycznymi z przełomu lat 60. i 70. Lech Jakub Pacanowski wraz z Erykiem Kleinem, grał zarówno w prawie awangardowym Płonącym Krzewie Dzikiej Róży, a od 1970 roku w innym zespole, mocno zapamiętanym w Bydgoszczy, w grupie Magic powstałej w Beanusie w 1970, z którą to grupą Marek Cholewa grał w latach 1970 – 1972.

Marek był bębniarzem nietuzinkowym. Teoretykiem i praktykiem zarazem. – Zwracał uwagę w sposób szczególny również na dostrojenie bębnów i na ustawienie mikrofonów. Robił to w sposób wyjątkowo profesjonalny, jak na tamte czasy – wspominał Andrzej Morawski.
Podobnie określił to Andrzej Kujawa: – Zapamiętałem grę Marka, jako bardzo nowatorską, miał świetny time, brzmiał nowocześnie, bębny świetnie wystrojone… Wraz z innym przyjacielem muzycznym Piotrem Gątkiewiczem (gitarzystą, a przede wszystkim basistą) na początku lat 70. często ćwiczył bardzo wytrwale współbrzmienie basu i bębnów.

Adam Wieczorek, saksofonista, wokalista (mieszkający od lat na pograniczu Niemiec i Austrii) wspominał Marka Cholewę z wielkim szacunkiem i atencją. Jak mówił, dopiero niedawno dowiedział się, że Marek, który pod koniec lat 60., już błyszczał swoim bębniarskim profesjonalizmem, przyjaźnił się z wielkim perkusistą Jagiełłą, o równie wielkim imieniu Władysław! Teraz to jeszcze bardziej tłumaczy te jego nowatorskie zagrywki, którymi Marek fascynował kolegów po licznych wizytach w Warszawie, gdzie mistrzostwo jazzowe Jagiełły, uzupełniało wielki talent Marka Cholewy.

Snując dalej ciekawe opowieści, Adam wspominał wspólne letnie grania w Charzykowach, kiedy w tej samej słynnej nadjeziornej miejscowości grali prawie obok siebie grupa Triole z Ryśkiem Preussem, Markiem Cholewą, Stefanem Gołatą, Andrzejem Rzepeckim i właśnie Adamem Wieczorkiem oraz Płonący Krzew Dzikiej Róży, czyli pełen bajerancko-odlotowych pomysłów Eryk Klein, “Ian” Ruciński, Kuba Pacanowski…

Bardzo ciekawym momentem, na styku historii obydwu grup, była Gitariada w 1969 roku w kinoteatrze przy ulicy Toruńskiej. Wtedy to ponoć Marek Cholewa gościnnie zasiadł za bębnami właśnie Płonącego Krzewu… Obecny wśród obserwatorów, słynny później dziennikarz muzyczny z radiowej Trójki, Janusz “Kosa” Kosiński był, zdaniem Eryka Kleina, pod sporym wrażeniem ich występu. Eryk Klein pamięta te podrasowane “gary”, z jakąś siatką na dole, wyglądało to i brzmiało nie z tej ziemi! Publika szalała z zachwytu!!!

Adam Wieczorek przypomniał też granie Trioli w nadmorskiej Juracie, kiedy emocje sięgały zenitu, tym razem z powodu gniewu zazdrosnego małżonka, pewnej młodej pani. Marek Cholewa, który zgodnym zdaniem wspominających wywierał ogromny wpływ na płeć piękną, cudem podobno wówczas uniknął poważnych obrażeń, posądzony o zgubny wpływ na wyobraźnię połowicy oszalałego z zazdrości męża!

Marek był nie tylko utalentowanym muzykiem, mistrzem perkusji. Mając przeogromny wpływ na kolegów, błyszczał nie tylko w zespole Triole w latach 1967-1969, któremu liderował Ryszard Preuss, ale i założył, oraz opatrzył nazwą, grupę Troudom, jedną z bydgoskich rockowych legend.

Kiedy latem 1969 roku, jak wspomina Andrzej Kujawa, odbył się pożegnalny koncert zespołu Triole (w bydgoskim kinoteatrze przy ulicy Dwernickiego), z powodu planowanego wyjazdu za granicę Ryszarda Preussa, właśnie Marek Cholewa, zapraszając do współpracy Andrzeja Kujawę z Dominujących Gitar, otworzył zupełnie nowy rozdział w historii bydgoskiego rocka.

Marek zaproponował bardzo logiczną nazwę Troudom, będącą wypadkową nazw dwóch wspomnianych grup. Do nowej kapeli przeszedł również Stefan Gołata. Andrzej Kujawa zamienił gitarę basową na solową, Stefan “wskoczył” ponownie na bas i Marek jako lider na perkusji. Nie zadomowił się niestety w nowym zespole zachęcany do tego, superzdolny gitarzysta Ryszard Kobiela (grający w grupie Szkwały), z talentem nieomal na miarę Andrzeja Szeligi.

Troudom ledwie wystartował, a już jesienią 1969 roku o Marka Cholewę upomniało się wojsko. Jak miało zresztą o nim zapomnieć, skoro Marek doskonale strzelał jako zawodnik sekcji strzeleckiej Zawiszy. Marka zastąpił w Troudom Benek Nawrocki, co zapewne uratowało grupę od rozpadu.

Marek Cholewa potrafił zagrać na perkusji nawet na przepustkach czy urlopach wojskowych. Można powiedzieć, że łączenie wojska z muzyką miał Marek jakby odziedziczone po ojcu Czesławie Cholewie, wojskowym kapelmistrzu.
Po zakończeniu służby wojskowej Marek kontynuował muzykowanie we wspomnianej bydgoskiej grupie Magic. Obok siebie na estradzie, najpierw klubu Beanus, potem w innych miejscach, przechodzili do legendy Eryk Klein, Kuba Pacanowski, Marek Cholewa i wokalista Krzysztof Czabański.

Po roku 1972 rozpoczęła się dla Marka Cholewy era zagranicznych kontraktów. Wielki przyjaciel Marka, gitarzysta Andrzej Morawski spotykał się z nim wielokrotnie w Niemczech, chociaż grali tam w różnych grupach na przestrzeni wielu, wielu lat. Andrzej Morawski powiedział, że śmierć Marka Cholewy odczuł wyjątkowo boleśnie. Będąc jedynakiem, traktował Marka niczym własnego brata. Odwiedzał go bardzo często i w zdrowiu, i w czasie choroby Marka.

Gastronomia, muzyka, przedszkole i kolonie letnie!

Gastronomia to kolejny objawiony z czasem talent Marka Cholewy. W Grudziądzu prowadził wiele lat restaurację “Majero”. Tę nazwę wraz z małżonką Jolantą, zaczerpnęli z pobytu w Hiszpanii.

Marek przez 15 lat mieszkał w Grudziądzu, ale odwiedzał Bydgoszcz, również muzykując. Wspomina to Józek Eliasz: – …Marek często przyjeżdżał na moje koncerty klubowe, był jednym z nas. Rozumiał muzykę i muzyków. Takiego Marka zapamiętam.

Bardzo czule mówi o Marku Maria Nadolna, przyjaźniąca się z nim i jego małżonką Jolą. Maria wspomina, że Marek nigdy nie zapominał o naszych dorocznych Spotkaniach Dinozaurów. Dopiero choroba go w tym zatrzymała…

Marek Cholewa urodził się 14 lutego 1949 roku, zmarł 3 marca 2016 roku. Przegrał walkę z chorobą, wygrał szacunek i podziw ludzi za to, że był człowiekiem przepełnionym sympatią i współodczuwaniem. Był cenionym muzykiem, pozostanie bardzo ważną postacią w historii bydgoskiej muzyki rozrywkowej. Był jednym z najważniejszych muzyków z bydgoskiego osiedla Leśnego, kuźni muzycznych talentów, obok Zbyszka Kaute, Andrzeja Kujawy i innych.

Muzyczne drogi Marka i Jędrka Kujawy przecinały się w życiu wielokrotnie. Po raz pierwszy już w grupie przedszkolnej!!!
Ozdobą dzisiejszego tekstu jest ich wspólne zdjęcie, wykonane na koloniach letnich w miejscowości Unieście koło Mielna w 1964 roku!

Marka Cholewę, będziemy ponownie wspominać już w tym roku, bo koledzy muzycy odczuwają wielką tego potrzebę, przypominania i Marka i wszystkich, którzy odeszli już na ten niebiański kontrakt.

Nie dajmy przeszłości stać się niepamięcią

Proszę serdecznie wszystkich, którzy chcieliby dodać choćby słowo lub kilka zdań do historii Marka Cholewy, zespołów Triole, Troudom, Płonący Krzew Dzikiej Róży, Magic, klimatu koncertów i muzycznych prób “U Alego”, w “Wodniaku”, “Fregacie”, “Kablu”, “Energetyku” i innych miejscach, o napisanie na mój adres e-mailowy michalski.z@poczta.onet.pl

Utrwalmy choćby skrawki wspomnień o bydgoskiej muzyce lat 60. i początku lat 70. Przepraszam jednocześnie za ewentualne nieścisłości w tym tekście. Liczę, że z Państwa pomocą wiele rzeczy uda się uszczegółowić lub ewentualnie sprostować.

Zbigniew Michalski