Zamknij

Tragiczna śmierć mistrza amerykańskiego stand-upu

18:19, 26.12.2018 | Jan Witkowski
REKLAMA
Skomentuj

Robin Williams rozpoczął swoją wielką karierę artystyczną od popularnych w Stanach shows komików. I zakończył ją, po 35 latach, w trakcie serii klubowych występów, samobójczą śmiercią.

Te 35 lat, niezwykle pracowitych, obfitujących w wiele sukcesów artystycznych, liczne nagrody, w tym takie, jak Grammy czy Oskar,  opisał amerykański dziennikarz Dave Itzkoff w biografii pt. „Robin”. Jak bogata była kariera artystyczna tego aktora, świadczyć może objętość tej książki, liczącej bez aneksów i przypisów ponad 600 stron. Jest to plon niesłychanie rzetelnej i profesjonalnej pracy biografa, który przeprowadził kilkadziesiąt wywiadów i rozmów z członkami rodziny, kolegami z branży, aktorami i reżyserami, z którymi Williams pracował, przeczytał setki materiałów w ogólnokrajowych tytułach, a także zamieszczonych w najmniejszych lokalnych gazetach. A wszystko to sumiennie udokumentował odpowiednimi przypisami i niekiedy stosownymi  wyjaśnieniami.

Ta swoista pedanteria jest świadectwem ogromnej pracy, jaką wykonał autor książki, dowodzi jego szacunku dla wybitnego aktora oraz  tworzy klimat zaufania czytelników tej biografii do autora, który nie konfabuluje, nie wciska odbiorcy tanich sensacyjek i plotek, aby zyskać poklask. Wręcz przeciwnie, jest na wskroś obiektywny, ale nie nudny!

Gdy pod koniec lat 60. Williams trafia z rodzicami na Zachodnie Wybrzeże, San Francisco staje się niekwestionowaną stolicą hippisów. Atmosfera całkowitej wolności i swobody sięga również do szkół, gdzie nastolatki samodzielnie wybierają zajęcia, a dla szkół kreatywność młodzieży staje się głównym celem pedagogicznym. Ta atmosfera chłopakowi bardzo odpowiada, bo wreszcie może zaprezentować swoje walory: poczucie humoru, sypanie dowcipami  jak z rękawa, cięte riposty i urocze błazenady. Te umiejętności to fundament amerykańskiego stand-upu, który od opowiadacza dowcipów wymaga także wchodzenia w interakcje z publicznością i prezentowanie różnych postaci na scenie.

W 1977 rolu w Great American Music Hall w San Francisco w błyskotliwym stylu zdobył scenę stand-upową i królował na niej do 2014 roku.
I tak to poszło. Coraz lepsze kluby w San Francisco i Los Angeles, występy w telewizji, seriale telewizyjne, wreszcie Hollywood i kilkadziesiąt filmów, a wśród nich: „Stowarzyszenie umarłych poetów”,  „Good morning, Vietnam” czy „Buntownik z wyboru”, za grę w którym otrzymał Oscara.

W przeciwieństwie do publiczności, która go uwielbiała na scenie i na ekranie, jurorzy różnych konkursów nie zawsze go doceniali. Szkoda, że tej twórczości estradowej i telewizyjnej nie dane było nam poznać w pełni.

Jego biograf pokazuje, jak Rob był pazerny na pracę, jak się jej poświęcał bez reszty. I jakie ponosił koszty. Rozbite małżeństwa, uzależnienia od narkotyków i alkoholu, odwyki i depresja. Autor książki pisze o nich otwarcie, ale bez ekscytacji, kładąc nacisk na te cechy charakteru, które zaświadczały, że jej bohater był dobrym człowiekiem. Wspierał młodych artystów, udzielał się w akcjach charytatywnych, wybaczał tym, którzy go skrzywdzili, starając się ich zrozumieć. Był nie tylko wielkim artystą, ale i człowiekiem.

-------------------------------
Dave Itzkoff, Robin, s.704, tłum. Maciej Studencki, Wydawnictwo „Agora”, Warszawa 2018.

(Jan Witkowski)
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze (0)

Brak komentarzy, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz

© bydgoszcz24.pl | Prawa zastrzeżone